Wolność to autentyczność
O zmarłych raczej źle się nie mówi (porozmawiamy o Hitlerze?) więc muszę z patosem powiedzieć, że G. dokonał pewnego niebywałego fikołka: otóż potrafił zachować maksimum możliwej autentyczności w każdej ze swych masek (nawet jeśli to była poza, to jednak poza wykalkulowana i z głębi woli). Nie twierdzę tego absolutnie, mówię to na czuja, jak mi intuicja dyktuje. A dyktuje mi, że ten diabeł potrafił umknąć nawet sobie samemu, stąd już we własnym stawaniu się realizował tkwiący tam na przedzie potencjał do swobody, powietrza, bycia u granic. I tak to, każdy z kim się zetknął, uganiał się za nim jak za Benny’m Hillem, nawet jego cień. To jedna z tych rzeczy, za które mam ochotę podać mu dłoń. Nogę? Łydkę? No dobra, bez przesady. Wszyscy, którzy mają głębsze pojęcie o Gombrowiczu, wiedzą, że to był stary i zboczony hipnotyzer.

























Pozostaw komentarz!