Wer ist der Moerder?
Tym razem powrót do czerni i bieli, choć w moim przypadku nic nigdy nie jest do końca monochromatyczne. Wcześniej nadałem brak kolorów Freddie’mu Mercury, dziś sobie i Kamilowi. Bo to my obaj, usytuowani w jakiejś na poły klasycznej sytuacji kina noir. Dym, nocne oświetlenie, niepokojąca ulica. I M jak Morderca.
Po co rysujecie? – spytał ktoś na forum digartu. Zastanowiłem się i stwierdziłem, po części ze wstydem, że z podobnego powodu, dla którego inni chcą być sławni: aby potwierdzić siebie w świecie. (Bo uważam, że to się właśnie czai za współczesnym celebrytyzmem, za chęcią bycia sławnym dla samej sławy – owa, często nieświadoma, rozpacz człowieka poszukującego jakiegoś sensu, krzyczącego „Tu jestem! Mam sens o ile o mnie wiesz!„). Napisałem:
Tak zwana sztuka to medium do narzucania się innym, choć na moment, co wywołuje zadowalające poczucie potwierdzenia siebie i swojej obecności w świecie, czyli w sumie poczucie nabierania sensu. My szukamy tego potwierdzenia/sensu w innych ludziach, nawet obcych, byle myślących. To jak w teorii umysłu u Davidsona: umysł istnieje o ile posługuje się językiem i o ile jest interpretowany przez drugi umysł. A wydaje mi się, że im więcej interpretatorów tym większe poczucie usensownienia nas samych. Tak to chyba można ująć i pewnie dlatego też rysuję. To forma oczarowywania i narzucania innym wiedzy o sobie. Oczywiście nie myślę w ten sposób, gdy coś tworzę. To się objawia dopiero przy szczerej refleksji.
Rozbroiło mnie to nieco. No bo się okazuje, że pod tą całą przyjemnością z rysowania, uciechą z momentu kreacji, jest inny, bardziej podstawowy czynnik prowadzący do wzięcia ołówka w dłoń. Brzmi nieco górnolotnie, głupio i śmiesznie, ale tak właśnie z tego rachunku wychodzi.
























Pozostaw komentarz!