Skandynawskie bzdurzenie
Podnieciła mnie dyskusja o współczesnym kinie skandynawskim. Przekonywałem zebranych (Piotra, Kamila i Kasię), że mogę o tych filmach mówić nawet wówczas, gdy ich nie widziałem. Zaczęło się od tego, że Piotr i Kamil stwierdzili, że współczesne kino skandynawskie jest genialne, Bergman, etc. Zwróciłem delikatnie uwagę, że kino pokroju Bergmana nie jest już współczesne, i że współczesna Skandynawia to teren inny niż naówczas — to miejsce pewnego dobrobytu mentalno-materialnego, czyli mówiąc krótko zapewne jałowe i bezpłodne pod względem artystycznym. Utworzyli momentalnie opozycję, padły jakieś obco brzmiące nazwiska współczesnych skandynawskich reżyserów, mające za zadanie uświadomić mi, że plotę bzdury (bo nie znam nazwisk). Dowiedziałem się jedynie, że "robią dobre filmy". Nie wystarczyło mi to, bo miałem za sobą inne argumenta, wynikające z pewnych zależności, które mi się w tamtej chwili objawiły.
Tu nie chodzi o to, czy to, co mówiłem, jest faktyczne, czy nie. Interesowały mnie reakcje. Zainteresowało mnie to, że — po pierwsze — skoro oni aktywnie interesują się kinem, a ja je "tylko" oglądam, to zakładają a priori, że cokolwiek nie powiem na temat kina, wiedzą lepiej. Zacząłem domyślać się sytuacji tuż po tym, jak wyszliśmy z festiwalu Short Waves (na którym byliśmy tego samego dnia), ponieważ opinie o obejrzanych filmach dzielili między sobą, nie pytając mnie o to, co myślę. Trochę tak, jakby moja ocena była z punktu widzenia "filmowca" mniej istotna. Po drugie — nie podobają im się moje kategoryczne sądy, bo są kategoryczne, choć przecież wystarczy posłuchać ich przez 2 minuty, żeby się przekonać, że również takimi się posługują.
Stwierdziłem jedynie (aż!), że współczesne kino skandynawskie nie może nic zaoferować, a jeśli może, to tylko w formie rozwodu nad uniwersaliami, takimi jak miłość, prawda, etc. Nie odbierałem przy tym uniwersaliom wartości. Co innego było tu istotne: skandynawski brak dyskomfortu materialno-psychicznego oddala tych ludzi od jednostkowego widzenia świata. Byt określa świadomość (podtarłem się Marksem), a świadomość tych ludzi jest uśmierzona, ten żywioł twórczy jest tam przysypiający, bezbolesny i atroficzny. Dziś mogą mówić jedynie o ogólnej sytuacji człowieka w kontekście kolektywnym — gdzież tu jednak miejsce na indywidualne dramaty ego? I tak dalej, i tak dalej. Podsycanie żaru. Przyroda? Ma tam dodatkowe zabójcze działanie, bo można przy niej doświadczać formy ukojenia i szczęścia, która jest zwyczajnie niekreatywna. No chyba, że ktoś jest bardziej wrażliwym umysłem — wówczas doświadczy przy niej refleksji o uniwersaliach. Padło pytanie: "A byłeś chociaż w Skandynawii i widziałeś tę przyrodę?". Bo Piotr był, co znowu miało mi zasugerować, że jest bardziej kompetentny do udzielania tego typu ocen. Głupie pytania pozostawia się z głupią odpowiedzią, więc odparłem, że nie w tym sęk, bo nie wiem nawet czy Skandynawia istnieje.
Kamil został niechcący wmanewrowany w pozycję Piotra, właśnie w wyższe imię zaangażowania w kino. Mi z kolei nie zależało na tym, czy dochodzimy do tzw. "prawdy". Rozmowa miała im pokazać, że mogę o czymś mówić, wykonując na tym eksperymenty myślowe, że do pewnych sądów można dojść drogą domysłu, logiki, indywidualnego ujęcia i nie trzeba mieć w tym względzie szczególnego wykształcenia. Mi z kolei miała pokazać, czy faktycznie będę traktowany jako osoba, której nie pozwala się na własną ocenę kina ze względu na moje mniejsze zaangażowanie w temat. Tu nie było miejsca na "Hmm, może coś w tym jest". Było tylko "Nie, nieprawda". Rywalizacja między nami, samcami, jest generalnie przewidywalna, ale pojawił się element, który tę przewidywalność nadwątlił — Kamil utworzył swój własny, trzeci front i wyciągając w moją stronę niewidzialną dłoń stwierdził, że ten żywioł twórczy, który stał się sednem rozmowy, to przede wszystkim kwestia indywidualnego charakteru, bo są osoby (tu wskazał na mnie), które są pobudzane kreatywnie zarówno przez komfort jak i dyskomfort, i sytuacja materialno-psychiczna jest w takim przypadku drugoplanowa. Ale kwestią otwartą pozostaje dla mnie mimo wszystko pytanie czy to się może przydarzać w warunkach skandynawskich. Tu się temat trochę rozrzedził. Jedna jedyna Kasia przysłuchiwała się temu wszystkiemu bez z góry powziętych przesądów. Czy to dlatego, że szanuje każdego z nas i poczuła się rozdarta? (poza tym, że była zwyczajnie zmęczona?) Być może. Wcześniej uprzedziłem ją, gdy zasiadałem do stolika, że jestem ubrany w czarną koszulę i biały krawat, a więc na tyle kontrastująco, że będę zapewne miał bardzo stanowcze i konkretne opinie. Nie wiem czego ode mnie w tej całej rozmowie oczekiwano — towarzyskie głaskanie się to przyjemna sprawa, i zawsze jest na to czas, ale ileż można zażywać tych masaży? Przynajmniej wprowadziłem nieco pasji w rozmowę, wymieniliśmy nie tylko słowa, ale również myśli, a to ważne w sytuacji, gdy robimy to coraz rzadziej.
Tymczasem z innej, bałkańskiej beczki — złych fluidów kwietnia ciąg dalszy. Razem z Toksią za późno dowiedzieliśmy się o nowym terminie wystawy (dzień przed!) i nie było czasu na reorganizację podróży. Długie oczekiwanie, a efekt rozbrajający. Teraz jesteśmy na etapie odzyskiwania pieniędzy, które zostały w to włożone. Kondolencje oczywiście przyjmuję, można składać poniżej.
Dźwięk harmonii
Przyszły święta, więc miałem sobie zrobić przerwę w rysowaniu, ale ten królik za mną za bardzo chodził. Przy pomocy tuszu, stalówki i pędzelka narysowałem autoportret w króliczych uszach, które powziąłem z filmu pt. Gummo (zdaje się, że znalazły się w nim za sprawą Chloë Sevigny). Oglądaliśmy ostatnio z Kamilem i obaj poczuliśmy jego absolutną magię. Przypomniało nam się nawet, że musieliśmy kiedyś gdzieś ten film widzieć, ale absolutnie go nie pamiętaliśmy, poza kilkoma impulsami, które dochodziły nas z ekranu. Gummo przeraża i zachwyca — to już samo w sobie jest dobrą recenzją. Toczy się w nim luźno zarysowana historia ludzi zamieszkałych na amerykańskiej prowincji. To Jerry Springer, tyle, że na poważnie, ze smętnym pomrukiem melancholii, z ciężkim sapaniem psa goniącego swój ogon, z przygniatającym ciężarem niemożności. W tym zdeformowanym świecie wszyscy są genetycznie obciążeni przegraną, tutaj Ameryka wraz ze swoimi amerykańskimi snami nie dociera. Na tym małomiasteczkowym dnie płynie jednak unikatowy strumień poezji. To autorski obraz pokolenia dorastającego w latach 90-tych, będącego poza moralnością, ale jeszcze nieświadomego tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje (obecnie dorastające pokolenie ma bardziej wyostrzony wgląd w swoją chujową rzeczywistość — ich poprzednicy poruszali się niemal na ślepo). Twórca, Harmony Korine, pokazuje je od strony sedesu, spływu, kloaki. Temu wszystkiemu przygrywa idea czegoś innego, czegoś lepszego — ucieleśniona przez króliczego chłopca grającego na harmonii. Korine zasiada tymczasowo na naszym świeczniku.
Marcowe historie
Ostatnio pojawiły się z różnych stron pytania pod tytułem "co ja właściwie robię". Dziś bowiem, aby poznać człowieka ludzie nie pytają co ten człowiek uważa na dany temat, tylko pytają gdzie pracuje. Skorzystam z okazji i podkreślę tu jeszcze raz publicznie, że nie pracuję z prostego powodu: aby móc realizować swoje talenta i doprowadzić do sytuacji, w której będę mógł z nich wyżyć. I nie mówię tu o ciułaniu w studio reklamowym, bo jest mi to obce do tego stopnia, że gdybym miał wybierać pomiędzy studiem, a naklejaniem cen w Carrefourze, wybrałbym to drugie. Mówię o drodze wybrukowanej wyrzeczeniami, która jednak może mnie poprowadzić do zwycięstwa. Taka jest moja odpowiedź.
Musiałem to tłumaczyć różnym osobom (z różnym natężeniem i różnym skutkiem). Dodam przy okazji, że nie umiem odpowiadać wiele razy na to samo pytanie używając tych samych zwrotów i zdań. Za każdym razem staram się inaczej dobierać czasowniki, synonimy, używać nieco innych chwytów, aby z nudów nie paść przed sobą trupem. (Powtarzanie tego samego, w taki sam sposób i każdemu z osobna grozi apatią i wchodzeniem w mechanizm). I jeśli pojawia się w krótkim odstępie czasu sporo osób, które mnie częstują tym samym pytaniem, wówczas zaczynam dostrzegać, że ilość wariantów w języku polskim jest jednak ograniczona, nad czym ubolewam. Rozwiązanie: odpowiadać zbiórczo lub poznać nowy język. Tymczasowo wybieram opcję numer jeden.
Zostawmy jednak w tyle historie zawodowe i lingwistyczne, a przejdźmy do miłosnych. Niedawno chciałem pozbyć się (symbolicznie) swojego pierścionka, więc wpadłem na wspaniały pomysł, że go po prostu połknę! Pierścionek okazał się być jednak zbyt duży i utknął przy krtani — nie chciał ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Kasia próbowała go przepchnąć palcami, wyczuwając go w szyi. Nic z tego. Zachowując zimną krew zacząłem prowokować wymioty. Ponieważ jednak robiłem to przy stoliku w Hormonie, przy ludziach, instynkt (czytaj: Kasia) nakazał mi w pewnej chwili udać się do łazienki. Kluczem był spokój — pierścień w końcu wypadł do klopa, obyło się bez pogotowia. W tym miejscu historii zmieniłem zdanie i postanowiłem go ratować, włożyłem rękę w ustęp, wyciągnąłem, opłukałem i już wiedziałem, że tego nie można się tak po prostu pozbyć, że to mógłby być błąd. Życie samo pisze dla siebie metafory!
Tymczasem sprawa z wystawą Mansona zrobiła się nieco bardziej tajemnicza. Galeria, która miała być jej organizatorem, nagle już nim nie jest. Z dnia na dzień znikają banery, postery, prace i nazwisko Mansona z ich witryny. Kurator zaczyna milczeć, więc pewnym jest, że nic już z człowieka nie wykrzesam. Zwracam się do Instancji Najwyższej, która informuje mnie, że wystawa jednak się odbędzie (muzeum potwierdza to samo). Proszę go o wskazanie innego kontaktu. Jedna z osób z jego otoczenia informuje mnie, że z wejściówkami to nie do końca tak, jak mi to uprzednio naświetlono — dezorganizacja, a czasu coraz mniej. Stanęło na tym, że zostaniemy tam z Toksyczną tajniacko "wprowadzeni". Będziemy jednocześnie jedynymi przedstawicielami polskiej biedoty pośród zbiorowiska grubych ryb po grecku. Tajemnice! Suspens! Te trzy dni w Atenach zapowiadają się smacznie. Przy okazji obadam pozostałości lepszego świata, czyli Akropol, tym razem już nie przez pryzmat historii sztuki, a bezpośrednio i naocznie. Rezerwacje poczynione.
Jeszcze a propos rysunków. Dorzuciłem jakiś czas temu do galerii portret Joan Jett, który wykonałem dla Bluewater Productions. Wydawnictwo to w głównej mierze korzysta z popularności różnego typu celebrytów i tworzy o nich komiksy, co jest zresztą nową, po części pasożytniczą formą wydawniczą w Stanach. Jak się okazuje — mimo obelg ze strony innych wydawców — są oni w stanie swoimi historyjkami ożywić nieco podupadający rynek komiksowy w Ameryce poprzez wprowadzenie zupełnie nowego narybku klientów. Interesuje mnie jednak co innego, a mianowicie to, że mogą nieco wypromować swoich twórców. Niech dowodem będzie fakt, że ich komiksy są pokazywane w amerykańskiej telewizji śniadaniowej i docierają nawet na polskiego Pudelka. Komiks "Joan Jett and the Runaways" (będący zresztą reprintem serii rockowej z lat 90-tych) wychodzi w czerwcu, na fali powodzenia nowego debiutu kinowego Florii Sigismondi. Więc będąc mniejszą pijawką, podczepiam się pod pijawkę większą i sprawdzam czy to środowisko jest aby w stanie być mi pomocnym w uskutecznianiu moich planów. Jak na razie zapowiedź komiksu ozdobiła stronę MTV Splash Page oraz szereg pomniejszych portali, które przekopiowały z niej newsa. Czekam na publikację i obserwuję, a w międzyczasie rysuję kolejne okładki. I to z postaciami, o które byście mnie nie podejrzewali.
Stół, najlepiej foremny
Ja z tymi imprezami to mam tak, że z jednej strony potwornie ich nie znoszę, a z drugiej mam jednak potrzebę przebywania z innymi. Nie znoszę, bo jakość rozmów jest byle jaka. Nie chodzi mi o tematykę, chodzi mi o pasję i rozkosz wypływającą z samego bycia wobec siebie. Tego najczęściej nie ma. Ja tam przecież nie chodzę dla muzyki, tylko dla towarzystwa, dla wzajemnego przenikania się. Oczywiście tylko z tymi, z którymi chcę (a to już nieco inny temat!).
Dlatego tak lubię w lokalach stół. Rozmowa na stojąco jest jakościowo różna od tej przy stole, jest zazwyczaj nijaka, pusta, przelotna, zdawkowa i czasem aż wstyd w niej uczestniczyć. Na stojąco to mówią do siebie ludzie, którzy nie chcą się wdawać w głębsze gadki i muszą się nawzajem odbębnić. Są w gotowości do lotu, do odfrunięcia i liźnięcia kolejnej przypadkowo spotkanej osoby. Stół zaś to miejsce, które prowokuje do spojrzenia sobie w szyszynki. Jest jak szachownica, na której rozkładamy swoje figury. Mało tego, człowiek przy stole jest jakoś bardziej wylewny niż na stojąco, traktuje innych z większą uwagą. Stół to wizualizacja przestrzeni, którą pomiędzy sobą i dla siebie rozpościeramy, to pole wzajemnej wymiany, pole strategii, masowania i zderzania się temperamentów. To obszar do konstruowania relacji. Dlatego też preferuję stół nad parkiet. Tańczenie. Też nie lubię i lubię. Nie lubię, bo mnie odrywa od możliwości werbalnego uzewnętrznienia. Może dlatego często się zdarza, że na parkiecie nie przestaję mówić. Ale! Zanim tam się w ogóle znajdę, upływa zazwyczaj sporo alkoholu, jak również czasu, podczas którego niezmiennie okupuję stół.
Już wielokroć doświadczyłem tej szczecińskiej pustki lokalowej, pustki ludzi, którzy nie mają pasji do przebywania ze sobą (nawet przy stole!). Ja to widzę także u tych, których w ogóle nie znam. Przychodzą tam, bo nie wiem, bo wypada? Bo się umówili? (tylko w sumie po co?) Bo weekend? Bo nie mają co ze sobą zrobić? Bo szukają wrażeń, których i tak nie otrzymają? Nie otrzymają z prostej przyczyny: "bywanie gdzieś", a "przebywanie ze sobą" to dwie różne rzeczy. To całe łażenie po pomieszczeniu jak jakieś gołębie na rynku...
A tymczasem Kasia z Piotrem (zobacz Piotr, że Ciebie też uwzględniam!) w nowym mieszkaniu mają barek do siedzenia. To mi się podoba. To już nawet nie szachownica, to stół do ping-ponga, mini korcik tenisowy. Absolutnie fantastyczne.
Zbrodnia i szpara
Jako przyznający się do swego niedouctwa niedouk postanowiłem ostatnio odrobić zaległości literackie w postaci Dostojewskiego. Chwyciłem więc za jego opus magnum, czyli Zbrodnię i karę i rozpocząłem bardzo męczącą petersburską wycieczkę po wszystkich możliwych ulicach. Dostojewski to porcja ponad miarę. Po 170 stronach musiałem powiedzieć "basta" i odłożyć ten niekończący się obiad z dwudziestu dań. Na jak długo? Nie wiem. Ale nieprędko zgłodnieję. Dostojewski mnie zagadał i przymęczył, niczym gość, który nie chce wyjść, mimo, że gospodarze już dawno zasypiają.
Ja rozumiem kontekst dziejowy, w którym to było napisane, rozumiem, że była to nowatorska preegzystencjalistyczna formuła jego czasu – miasto nabudowane na patologicznych instynktach, psychologiczny wgląd w zbrodnię, z dodatkową skłonnością (d)Raskolnikowa do autoszczerości. Ale nie zmienia to faktu, że w kontekście współczesnym Zbrodnia i kara to literatura, która chyba jednak się starzeje. To całe kataryniarstwo... Wiem, że jeszcze nie powinienem oceniać książki, kiedy nawet jednej trzeciej nie przebrnąłem, ale, na boga, to cegła, więc i proporcje robią się inne.
Przy okazji, Fiodor to niezwykłe imię. Pasuje dla kota (ba! być może sam bym sobie takie wybrał, gdyby mnie kiedyś ktoś spytał o zdanie). Mój kot ma 11 lat i do tej pory jest bez imienia. Coś jak Psina Gombrowicza. Kamil nazywa go Książę. Może czas go przechrzcić na Księcia Fiodora? Z pięć lat temu Książę miał takie swoje ulubione zamknięte miejsce w piwnicy, do którego wchodził przez szparę w żaluzjach na dwie-trzy godziny, po czym jakby się nic nie stało – wychodził. Kasia uznała wtedy, że on tam pisze swoje dzieło filozoficzne. Jak się tak zastanowię, to stwierdzam, że wielkością z pewnością dorównywałoby klocom Dostojewskiego. Ale czy było by w tym tyleż samo obsesji i dramatu? Nie, to Księciu nie przystoi. To by zapewne była literatura chłodna, nienawistna, wykalkulowana i dotycząca projektu hodowli ludzi, nie inaczej.
Byliśmy przed Antychrystem
Von Trier miał podobne intuicje lecz lepsze środki. My za to mieliśmy lepszą imprezę. Gdy zechcecie mnie gdzieś zaprosić, weźcie pod uwagę, że może powtórzyć się to, co poniżej. Zdjęcia zrobione komórką na urodzinach Kasi w zeszłym roku.
W poszukiwaniu trufli
Kino i Pornossus. Może zacznę od tego, że myśl o Parnassusie nie porażała mnie prądem, gdzieś tam byłem zaciekawiony, ale nie sprawdziłem o czym dokładnie opowiada film. Na takie okazje lubię nie zdradzać sobie fabuły, czasem bowiem przeczuwam w kościach, że coś się może źle rozegrać i nastrajam się tak, żeby doznać miłego zaskoczenia. Terry Gilliam niby mi znany, ale bez napięcia. Romanse montypythonowskie znałem, podobnież Brazil, 12 małp, Braci Grimm – a więc główne punkty rozrzutu jego dorobku. Obsada również zapowiadała się smacznie (poza Deppem, którego nie lubię). Zdjęcia promocyjne wyborne. W zasadzie nie było się czego czepić, tylko ruszyć do kina i pożerać oczami.
Nie byłym sobą, gdybym nie wspomniał o obecnej w kinie oborze. Z tyłu kozy kopiące w fotele, a z boku para, która zjawiła się w ciemnicy tuż po reklamach, aby na sekwencjach początkowych rozłożyć się i dziobiąc swoje piekielnie śmierdzące nachos zapytać: "Ej, to będzie w 3d?" Co za różnica skoro i tak lizali się przez cały film. Oto uroki multipleksów.
Po pierwszych pięciu minutach zwracam się niepewnie do Kamila: "Nie sądzisz, że te dialogi są dziwne?" Stękam ostrożnie, bo może czegoś tu nie chwytam, a wolę się upewnić, że nie jestem sam. "Czemu?" – zapytuje z ciekawością. Znowuż ostrożnie (bo wiedziałem, że Kamil ma spore oczekiwania co do tego filmu), tak jakbym starał się bezgłośnie otwierać skrzypiące drzwi, mówię: "No są pisane jakby dla łomów". I to przeczucie nie chciało mnie opuścić aż do końca filmu. Scenariusz oferował trochę zręcznych żartów, trochę mrocznych nikczemności, ale gdy przychodziło do strony emocjonalnej postaci to żal i smutek ściskał tyłek. Nie ze wzruszenia, tylko z opadnięcia rąk. Te sytuacje ciągle przerywały iluzję Parnassusa i nakazywały mi się zapytać ze skrzywieniem: "No jak to?...". Albo Gilliam brnie w banały z powodu wieku (co jest najbardziej prawdopodobne, bo z wiekiem zmienia się sposób działania mózgu), albo nie zdołał ogarnąć tego całego baroku. Parnassus to głównie genialny zmysł plastyczny, Ledger, Waits i fizjonomia Lily Cole. Poza tym nie widzę już żadnych trufli, choćbym się schylał i palcem grzebał. A gdybym tak grzebał, to grzebałbym przede wszystkim za seksualnością, bo, rzecz ciekawa, film był jej całkowicie pozbawiony (poza sugestią na łódce; nie ufam starszym mężczyznom, którzy są pozbawieni sfery seksualnej!). Parnassus staje się przez to dla kina tym, czym byłaby kolejna płyta Michaela Jacksona dla świata muzyki. Przy całej mojej sentymentalnej miłości do Jacko niech pozostanie to komplementem.
Przedefiniujmy artystę

Siedząc parę dni temu na winie i papierosie w kuchni u Kasi ponownie rozwlekłem kwestię definiowania artysty, czym zdaje się wywołałem w Piotrze niepokoje, które w konsekwencji rozrosły się do rzucania przez niego odruchowych złośliwości w moją stronę. Komunikował mi między słowami, żebym "nie czuł się za dobrze" i "nie był z siebie taki zadowolony", co jest dziwne, bo jakiż mógłby mieć w tym interes, poza tanią satysfakcją z niczego? Za tym wszystkim czaił się alkoholowy bąk rywalizacji. Ponoć wychodząc kopnąłem go w piszczel i zagroziłem, że zacznę omijać jego dom. Nie wiem, nie pamiętam. On też nie! Było minęło.
Ale przejdźmy do sedna. Co to znaczy być artystą? Dlaczego jest to traktowane jako atrybut przysługujący permanentnie? Uważam, że bycie artystą to stan tymczasowy. Zazwyczaj bywam artystą w okolicach piątej rano, dzisiaj byłem artystą pomiędzy 14:09 a 15:00, jutro... czy jutro w ogóle będę się czuł artystą? Czy można, dajmy na to, kupować bułki w sklepie, lub załatwiać sprawę na poczcie i nadal twierdzić o sobie "artysta"? Jestem artystą w momencie, gdy coś tworzę. Nie musi być to nawet nic namacalnego, wystarczy, że w danej chwili myślę w sposób twórczy, czy nawet filozoficzny. Jestem artystą w momencie, gdy to piszę, etc. Ale co, gdy nie wykonuję żadnej z tych rzeczy? Pomiędzy tymi artystycznymi momentami określenie artysta zwyczajnie traci swoją moc i podstawę, na jakiej może być adekwatne... Potoczna definicja artysty jest rzecz jasna wygodna i ułatwia komunikację i nazewnictwo. Ale! Diabeł tkwi w szczegółach i dobrze czasem diabłu zajrzeć do tyłka. Nie zdziwię się, jeśli mówiąc o tym przyniosę komuś ulgę w pretensjach do bycia artystą. A innym w pretensjach do tych pretensji.
Półroczna dziura
Rok 2009 był dla mnie rokiem nieco leniwym, schyłkowym, ale i naszpikowanym licznymi, często przedziwnymi rodzynkami. Ułożył się sinusoidalnie, w myśl tytułu The High End of Low. Może to chodzi też o tę świadomość liczby. Bo niby dekada się już wykańcza, ale jeszcze nie, jeszcze się człowiek kisi i wisi, i na styku tego bezbarwnego stanu powstają przedziwne zwroty akcji.
Zaczęło się od mojego odejścia z Mansonpl — strony, którą współadministrowałem przez kilka lat. W pożegnalnej dymisji spreparowałem powody, dla których tak się stało. Z perspektywy roku widzę jaskrawo, że było to dla mnie oswabadzające cięcie i absolutnie nie cofnąłbym tego. Czasem stać mnie na radykalne posunięcia i ta sytuacja jest tego idealnym przykładem. Najczęściej nie są to przekalkulowane decyzje, tylko instynktowne reakcje na alarm, jaki się we mnie podnosi. Wraz z Toksią i Mofem (oraz kilkoma innymi) opuściliśmy to, co mógłbym na stan obecny nazwać Polsatem, po czym zdecydowaliśmy się na stworzenie swojego Canal +. 26 stycznia ruszyła strona celebritarian.pl. Ze złych emocji potrafią zrodzić się dobre rzeczy. Jednocześnie odpisał wówczas do mnie Gottfried Helnwein, co było zaskoczeniem, bo pytania do wywiadu przesłałem mu o wiele wcześniej i zdążyłem już o nich zapomnieć. Zgrał się idealnie z premierą Celebritarian — nie mogliśmy być bardziej uradowani. Uzyskaliśmy materiał, który mogliśmy zaprezentować innym na dzień dobry.
W tym samym czasie naszła mnie potrzeba dojścia do porozumienia z otaczającą mnie rzeczywistością, bo, krotko mówiąc, myślałem, że zabiję Kasię. Przestałem ją rozumieć, ona mnie, a jeśli przestajesz rozumieć swojego bliźniaka, to jedynym rozwiązaniem zdaje się być destrukcja. Musiałem zaakceptować to, że się od siebie oddaliliśmy, że mamy swoje własne życia, swoje własne związki, swoje własne priorytety i do pewnych rzeczy już nie mamy dostępu. Usiedliśmy, wyklarowaliśmy sytuację, pomogło. Przyszedł luty, Kamil znalazł mi ogłoszenie o pracę — musiałem iść na rozmowę, żeby chociaż stworzyć wokół siebie pozory entuzjazmu i motywacji. Przeszedłem pierwszy etap, przeszedłem i drugi. Z 200 osób wybrano 10 i tym sposobem, mając puste CV i brak wykształcenia informatycznego, rozpocząłem szkolenie i pracę w ponoć największej w Polsce firmie webhostingowej, home.pl. Pech chciał, że usiadłem na pierwszą linię frontu w call center, jako 24-godzinna pomoc techniczna, księgowa i handlowa.
Zarobki na początku uśmierzyły moją czujność, ale szybko zdałem sobie sprawę, że nie mogę się tam zaaklimatyzować i moja egzystencja w firmie bardziej przypomina zmaganie niż współpracę. Na przełożonych nie narzekałem, poza żoną kierownika, niesamowicie wrednym i drażniącym cipskiem z rodzaju tych, z którymi później zaczął również zmagać się Kamil. Była moją bezpośrednią przełożoną, ale tym razem nadepnęła na minę: któregoś dnia w ramach podziękowań narobiłem jej wstydu przy jej przełożonych, kwestionując wszystko, co jej dotyczy. Od tamtej pory chodziła jak w zegarku. Ale co z tego? To przecież nie zmieniło faktu, że staję się człowiekiem jednowymiarowym, że od kilku miesięcy nic nie napisałem, nic nie narysowałem, że pracuję w stresie, a po pracy tylko konsumuję, tuż przed spaniem i kolejnym stresującym dniem w biegu. Co z tego, że stać mnie było na drinki w Bramie? Czułem się jak Gombrowicz, który wykrzykiwał pracując w Banco Polaco, że woli już obóz koncentracyjny od pracy urzędnika. Może gdyby nie ta ciągła kontrola, brak swobody, elektroniczna obserwacja... Za Jodorowskym mógłbym rzec, że stałem się ofiarą i zacząłem umierać.
W czerwcu wyruszyliśmy do czeskiego Brna na koncert Mansona. Jak się okazało, był to chyba najgorszy jego koncert w historii. I szczerze mówiąc cieszę się, że miałem okazję tego doświadczyć. Nie był to mój pierwszy raz, więc nie żałowałem "straconego" czasu i pieniędzy. Wydarzenie epickie i godne zapamiętania! Lipiec ostatecznie postawił przede mną pytanie odnośnie mojej egzystencji w firmie. Zdecydowałem zakończyć swoje zmagania z korporacyjnym kanibalem, wziąć nożyce i poprzecinać te wszystkie potworne macki. Żeby było jasne - firma nie jest zła, jest wręcz zaskakująco dobra. To ja tam nie pasowałem. W sierpniu byłem już człowiekiem bezrobotnym, oszczędności nie starczyły na długo i wróciłem do biednego punktu wyjścia. Ale narysowałem coś, po raz pierwszy od pół roku. I wznowiłem bloga. I uknułem pomysł na komiks.
W zeszłorocznych zapisach na blogu istnieje półroczna dziura — teraz chyba już jasne skąd się wzięła. Spośród wydarzeń z późniejszych miesięcy najmocniej świeci warszawski koncert Mansona i historia z "Director's Cut". Absolutnie spokojnie i leniwie dobrnąłem do końcówki roku.
Mamy zatem 2010. Latających samochodów jak nie było, tak nie ma. Ale ta dziesiątka nosi w sobie restartującego kopa.
Fiksum-dyrdum
Z innej beczki. Harry mnie ostatnio rozczulił, gdy wyznał, że odstawia rzeczywistość na plan dalszy, że ucieka, bo nie może, bo już nie chce. W jego oczach, oprócz marihuany i alkoholu, dawało się wyczytać pogodzenie. Zgodę na dryf. Dobrnął tam, gdzie niektórzy z nas zdążyli już dobrnąć - do krainy braku entuzjazmu. Tam, gdzie nic nie rośnie.
Ja z kolei, brnąc dalej w brzydką ścieżkę stycznia, osiągnąłem w zeszłym tygodniu swoje minimum. Uczułem mdłości wobec życia. Mdłości wobec ludzi. Mdłości wobec mdłości - a to już było zbyt wiele. Mofu mi powiedział: Obaj nie możemy znieść ludzi, ale na dwóch różnych płaszczyznach - ja dlatego, że są martwi, a ty dlatego, że istnieją. Musiałem sobie to wyznać: życie jest jak pudełko po czekoladkach. I ta właśnie szczerość okazała się być tajnym hasłem programu, które pozwoliło mi przerwać ten nieznośny i nieentuzjastyczny mechanizm fiksacji. Wystarczyło coś wypowiedzieć (ale nie bezmyślnie, tylko uświadamiając sobie), a rzecz stała się mniej potworna. Można płynąć dalej. Zorganizowałem się na tyle, że nawet jakiś kształt obieram. Rozdygotany, rozłażący się - ale kształt.








