Bullsik Gallery | Michał Szyksznian
5lip/10

Genealogie bólu: podróż do Wiednia

Wyjazd do Wiednia rozpocząłem od pociągu ze Szczecina do Warszawy, a następnie autokarem z Warszawy do Wiednia. Nie licząc przemiłego i zakrapianego noclegu w stolicy, moja podróż w ruchu trwała łącznie 19 godzin. Pozwolę ją sobie przewinąć i skrócić. 28-go czerwca o 5:00 rano byliśmy z Toksyczną na miejscu i zobaczyliśmy opuszczone miasto — o tej porannej, słonecznej porze Wiedeń spał i tylko gdzieniegdzie dało się dojrzeć jakąś niewyraźną, spóźnioną do łóżka sylwetkę. Na Karlsplatz przywitało nas czarne akwarium Kunsthalle, brodata kobieta i przytwierdzona do elewacji jednego z budynków gigantyczna wytrzeszczona sowa (która zapewne nie była tym, czym się wydawała). Posuwając się dalej w poszukiwaniu jedzenia (Wiedeń o tej porze nie je) odkrywaliśmy ludzkie i pół-ludzkie rzeźby oraz zaklęte w fontannach dawne dramaty. Wiedeń był tym wyszywany. Syreny, poeci, ekstatyczne i wytryskujące pozy. Umęczone ciała dźwigające elewacje. Neoklasyczna geometria i okołobarokowe zdobienia. Miasto zanurzone w przeszłości, nasłuchujące echa demonów, które — jak mi się zdaje — zdążyły już to miejsce opuścić. Choć przecież nie do końca: tego dnia w Wiedniu rozum znowuż wsadzał palce w swe najwrażliwsze punkty. Czekała na nas inauguracja wystawy prac Mansona, zatytułowanej Genealogie bólu, wraz z towarzyszącymi projekcjami krótkich metraży Lyncha.

Dzień zapowiadał się być długim i tak też było w istocie. Po zostawieniu bagaży w tanim hostelu ruszyliśmy do pięciogwiazdkowego hotelu Le Meridien po odbiór wejściówek, które miały tam trafić za sprawą kolońskiej galerii Brigitte Schenk. Wiedzieliśmy, że w hotelu rezyduje Manson (co ciekawe, na mapie metra hotel oznaczony był jego ulubioną liczbą 15), jednakże wiedzieliśmy też, że ma naprężony grafik wywiadów dla prasy, postanowiliśmy zatem poczekać kulturalnie na wieczór. Usiedliśmy na ławce przy placu przed hotelem. Zszedł z nas stres. Byliśmy już bowiem pewni, że mamy zapewniony wstęp na wernisaż.

I jak to w moim życiu czasem bywa, rozpoczął się wkrótce szereg sytuacji wyjętych wprost z filmu. Po krótkim, dwugodzinnym śnie w hostelu wróciliśmy do centrum, już w wieczorowych uniformach. Przed Kunsthalle (które jest również restauracją) połowę ogródka wydzielono dla gości wernisażu. Na deskach leżał uroczyście czerwony dywan. Wybiła 19:00, a więc godzina, na którą powinni pojawiać się goście. Nieśmiało spytałem czy można wchodzić, młody mężczyzna przy bramce sprawdził zgodność nazwiska z listą i weszliśmy. Po dwóch krokach przyatakował nas zespół czterech osób z tacami. Alkohol stał najdalej, więc w zażenowaniu chwyciłem wodę. Potrzebowałem dwóch minut, żeby zacząć się jakoś pewniej poruszać po tym obcym terenie. W środku, w przedsionku, stały obficie zastawione białym winem stoły. Zaskoczył mnie brak poczęstunku w formie stałej (bo jako bieda przybyła z Polski mieliśmy nadzieję oszczędzić na kolacji; morele i truskawki niczego więc nie załatwiały). Tuż obok lasu mieniących się złotawo kieliszków stało stoisko, na którym rozlewano Mansonową markę absyntu. Krążyliśmy niepewnie zastanawiając się czy wejdzie od przodu, czy od tyłu, jak potoczy się wystawa, czy będzie Lynch, etc. Staraliśmy się omijać kamery, które wodziły oczami za gośćmi i szukały ofiar do wywiadów. W którymś momencie, pomiędzy kolejnymi, szybkimi kieliszkami wina (to właśnie uwielbiam na wernisażach) zauważyliśmy, że w sali głównej, za szybami i kotarami,  znajdują się już jacyś ludzie. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to konferencja prasowa — pech chciał, że gości o tym nie informowano, jak również ich tam nie wpuszczano. Dopiero po fakcie zrozumiałem, że te wszystkie zdjęcia z dotychczasowych wystaw były robione właśnie podczas chwil dla prasy. To wszystko wygląda absolutnie inaczej kiedy się w tym uczestniczy. Materiały z YouTube wygenerowały w nas pewne fałszywe mniemania co do czasu trwania poszczególnych etapów wystawy.

Szybkie papierosy, szybkie wino, nerwowe tupanie stopami, przypadkowa rozmowa z przypadkowym gościem. W powietrzu tkwiła właśnie jakaś szybkość i przypadkowość. Połowa obecnych ludzi zdawała się przebywać tam bez wyraźnego powodu (jak potwierdził nasz rozmówca, sam dostał zaproszenie od kogoś przez kogoś). To miasto pełne jest wystaw, a więc śmietanka, jak podejrzewam, chodzi tam z ciekawości, która jest wywołana głównie znudzeniem i przesytem. Co ciekawe, byliśmy tak dobrze wtopieni w tłum, że nic szczególnego nas nie wyróżniało.

Wreszcie wpuszczono gości. Patrzymy, oglądamy, popijamy Mansinthe (ale tylko dlatego, że nigdy go nie piliśmy; anyż jest nam wrogi, więc szybko odłożyliśmy na wpół pełne kieliszki i wróciliśmy do wina). Zobaczenie na żywo obrazów, które zna się tak dobrze, było niewątpliwie przyjemnością. Szczególnie, jeśli chodzi o największą (nawet dosłownie) ozdobę wystawy, czyli pośmiertny portret Elizabeth Short, znanej również jako Czarna Dalia. Na szczęście robienie zdjęć nie było zakazane, obeszliśmy ścianę cykając pierwsze fotki, nadal niepewni czy wernisaż zmierza w jakąś ustaloną stronę, albo czy autor zaszczyci ludzi swoją obecnością (a sztuka bez autora zawsze porusza się po nieokreślonym obszarze, dopiero w relacji z twórcą i jego dramatami ożywa do swoich granic i możliwości). Wkrótce zauważyliśmy Mansona wychodzącego z kibla. Zniknął w innym pomieszczeniu. Wyczuwaliśmy, że niedługo pojawi się oficjalnie przy mównicy i tak też się stało. Otoczony przez ochronę wsunął się zręcznie na scenkę razem z Geraldem Mattem, dyrektorem Kunsthalle, który zafundował mu długą przemowę po niemiecku.

Zdaje się, że Manson był już w tym momencie zmęczony. Wysłuchał grzecznie introdukcji, przypozowując jednocześnie fotoreporterom. Mogliśmy wepchać się na sam przód, jako, że to nie koncert, no i też inny rodzaj kultury. Ku naszemu zaskoczeniu Manson jedynie podziękował gościom za przybycie, po czym migiem ulotnił się na zaplecze. 10 minut później wyszedł stamtąd w towarzystwie obstawy i bez słowa ruszył w kierunku wyjścia.

Trochę z niedowierzaniem otworzyliśmy aparaty gębowe, jako, że byliśmy przekonani, że dla gości również ma wyznaczony czas. Ucieczka z Kunsthalle była przeprowadzona szybko i sprawnie, tak, by nie zablokował go tłum ludzi. Toksyczna w przypływie asertywności zaczepiła Tony'ego, menadżera, wyjaśniając w paru słowach kim jesteśmy, i że chcielibyśmy coś przekazać Mansonowi. Tony potwierdził, że Manson nie wróci na wystawę i polecił nam udać się do Le Meridien. Więc w tych naszych kreacjach, wraz z niechcący ukradzionym winem, pospieszyliśmy do hotelu, który był oddalony ledwie dwie przecznice dalej. Zestresowani i jednocześnie rozbawieni absurdalną sytuacją zatrzymaliśmy się na światłach. Toksyczna zauważyła, że koło nas zatrzymał się czarny samochód, podbiegła. Nie wiedziałem w czym rzecz i co to za samochód, dopóki Manson nie otworzył szyby i nie wskazał w moją stronę palcem, mówiąc, że mnie pamięta. Było to miłym zaskoczeniem, bo, pomimo wymienionej korespondencji, myślałem, że i tak będę musiał ponownie się przedstawić na żywo, aby nakierować go na tor tego, kim jestem. I tak też z tym winem podszedłem na środek trzypasmówki, przywitałem się zdezorientowany. Polecono nam jednak zejść z ulicy, bo przecież niebezpiecznie. "Do zobaczenia później" — rzucił Manson, gdy włączyło się zielone światło.

Weszliśmy do Le Meridien i usiedliśmy w hallu. Zaraz pojawił się Tony, również potwierdził, że pamięta z Warszawy. Zaznaczył jednak, że teraz Manson ma czas, w którym nie wolno mu przeszkadzać, i że będzie udawał się na kolację. Zaproponowaliśmy więc Tony'emu, że przekażemy mu to, co mamy dla Mansona w prezencie, jednakże ten momentalnie stwierdził, że źle by się czuł w takiej sytuacji i wolałby, aby było to dane osobiście. Poprosił, abyśmy usiedli i poczekali. Czekaliśmy długo, przy okazji zaczepił nas rozbawiony kierowca, który najwyraźniej miał radochę z sytuacji na skrzyżowaniu. Gdy wreszcie w lobby pojawił się Manson z ekipą wstałem z siedziska. "Hey Bullshick" — usłyszałem tubalny głos wielkiej czarnej postaci dzierżącej w ręku szklankę Serpis Absinthe. Wytłumaczył nam, że udaje się na kolację, i że chce abyśmy poczekali na niego w hotelu. Chciał nas początkowo wziąć ze sobą, jednakże ani nie było miejsca w samochodzie, ani w rezerwacji. Postaliśmy przez moment, wymieniliśmy parę uprzejmości. "Idzcie do baru, tylko się nie upijcie za bardzo"  — rzucił przed wyjściem. Picie w drogim hotelu na pewno nie było dla nas dobrym pomysłem, bo żyjemy w innych realiach i w innym kontekście niż on. Ale przyjęliśmy uprzejmie radę, po czym zaraz zniknął za drzwiami wlotowymi. Nie byliśmy pewni czy mamy siłę na czekanie, ale chcieliśmy spróbować. Niestety oczekiwanie niemiłosiernie się przedłużyło, aż stwierdziliśmy, że musiało się coś wydarzyć i oznacza to dla nas zakończenie wieczoru. Napisałem mu, że uciekam, i że zostawiam prezenty w recepcji. Wracaliśmy do hostelu w poczuciu niespełnienia, liczyliśmy bowiem na towarzyski meeting, który koniec końców nie nastąpił.

Rano przetarłem zaropiałe od snu oczy i odczytałem przeprosiny. Wyjaśnił, że dała mu w kość różnica 10-ciu stref czasowych. Podobnie jak my, żałował, że spotkanie się nie udało. Obiecał przy okazji odebrać z recepcji to, co zostało zostawione. On miał za 4 godziny samolot, a my dwa dni do autokaru. Trzeba było coś zrobić z pozostałym czasem, więc musieliśmy uskutecznić jedną z najnudniejszych czynności na tej planecie: zwiedzanie.  Zapuściliśmy się na ślepo w Wiedeń. Nie znaleźliśmy jednak takiego smaku, jakiego szukaliśmy. Demony wiedeńskie odleciały wraz z zaproszonym gościem do Los Angeles i nawet orgiastyczne sceny w ogrodzie belwederskim nie zmieniły we mnie tego poczucia.  Byliśmy ponownie na wystawie, tym razem na spokojnie, bez prasy, porobiliśmy zdjęcia na stronę, kupiliśmy pamiątki w formie plakatów. Dzień później Manson odpakował paczkę. Dwie prace, Ferdydurke po angielsku i butelkę Żubrówki. Cytat, jaki napisałem na Gombrowiczu brzmiał: "Gdybym miał w tej chwili udzielić moim współtwórcom, to jest moim czytelnikom, jakiejś najważniejszej rady, powiedziałbym etc." — Witold Gombrowicz, 1968. Na Żubrówce było dodane: "Najlepsze z sokiem jabłkowym". Dostałem ciepłe podziękowania, w których określił to wszystko jako rzecz dla niego bardzo specjalną i głęboką. Misję zatem uważam za wypełnioną.

28kwi/10

Skandynawskie bzdurzenie

Podnieciła mnie dyskusja o współczesnym kinie skandynawskim. Przekonywałem zebranych (Piotra, Kamila i Kasię), że mogę o tych filmach mówić nawet wówczas, gdy ich nie widziałem. Zaczęło się od tego, że Piotr i Kamil stwierdzili, że współczesne kino skandynawskie jest genialne, Bergman, etc. Zwróciłem delikatnie uwagę, że kino pokroju Bergmana nie jest już współczesne, i że współczesna Skandynawia to teren inny niż naówczas — to miejsce pewnego dobrobytu mentalno-materialnego, czyli mówiąc krótko zapewne jałowe i bezpłodne pod względem artystycznym. Utworzyli momentalnie opozycję, padły jakieś obco brzmiące nazwiska współczesnych skandynawskich reżyserów, mające za zadanie uświadomić mi, że plotę bzdury (bo nie znam nazwisk). Dowiedziałem się jedynie, że "robią dobre filmy". Nie wystarczyło mi to, bo miałem za sobą inne argumenta, wynikające z pewnych zależności, które mi się w tamtej chwili objawiły.

Tu nie chodzi o to, czy to, co mówiłem, jest faktyczne, czy nie. Interesowały mnie reakcje. Zainteresowało mnie to, że — po pierwsze — skoro oni aktywnie interesują się kinem, a ja je "tylko" oglądam, to zakładają a priori, że cokolwiek nie powiem na temat kina, wiedzą lepiej. Zacząłem domyślać się sytuacji tuż po tym, jak wyszliśmy z festiwalu Short Waves (na którym byliśmy tego samego dnia), ponieważ opinie o obejrzanych filmach dzielili między sobą, nie pytając mnie o to, co myślę. Trochę tak, jakby moja ocena była z punktu widzenia "filmowca" mniej istotna. Po drugie — nie podobają im się moje kategoryczne sądy, bo są kategoryczne, choć przecież wystarczy posłuchać ich przez 2 minuty, żeby się przekonać, że również takimi się posługują.

Stwierdziłem jedynie (aż!), że współczesne kino skandynawskie nie może nic zaoferować, a jeśli może, to tylko w formie rozwodu nad uniwersaliami, takimi jak miłość, prawda, etc. Nie odbierałem przy tym uniwersaliom wartości. Co innego było tu istotne: skandynawski brak dyskomfortu materialno-psychicznego oddala tych ludzi od jednostkowego widzenia świata. Byt określa świadomość (podtarłem się Marksem), a świadomość tych ludzi jest uśmierzona, ten żywioł twórczy jest tam przysypiający, bezbolesny i atroficzny. Dziś mogą mówić jedynie o ogólnej sytuacji człowieka w kontekście kolektywnym — gdzież tu jednak miejsce na indywidualne dramaty ego? I tak dalej, i tak dalej. Podsycanie żaru. Przyroda? Ma tam dodatkowe zabójcze działanie, bo można przy niej doświadczać formy ukojenia i szczęścia, która jest zwyczajnie niekreatywna. No chyba, że ktoś jest bardziej wrażliwym umysłem — wówczas doświadczy przy niej refleksji o uniwersaliach. Padło pytanie: "A byłeś chociaż w Skandynawii i widziałeś tę przyrodę?". Bo Piotr był, co znowu miało mi zasugerować, że jest bardziej kompetentny do udzielania tego typu ocen. Głupie pytania pozostawia się z głupią odpowiedzią, więc odparłem, że nie w tym sęk, bo nie wiem nawet czy Skandynawia istnieje.

Kamil został niechcący wmanewrowany w pozycję Piotra, właśnie w wyższe imię zaangażowania w kino.  Mi z kolei nie zależało na tym, czy dochodzimy do tzw. "prawdy". Rozmowa miała im pokazać, że mogę o czymś mówić, wykonując na tym eksperymenty myślowe, że do pewnych sądów można dojść drogą domysłu, logiki, indywidualnego ujęcia i nie trzeba mieć w tym względzie szczególnego wykształcenia. Mi z kolei miała pokazać, czy faktycznie będę traktowany jako osoba, której nie pozwala się na własną ocenę kina ze względu na moje mniejsze zaangażowanie w temat. Tu nie było miejsca na "Hmm, może coś w tym jest". Było tylko "Nie, nieprawda". Rywalizacja między nami, samcami, jest generalnie przewidywalna, ale pojawił się element, który tę przewidywalność nadwątlił — Kamil utworzył swój własny, trzeci front i wyciągając w moją stronę niewidzialną dłoń stwierdził, że ten żywioł twórczy, który stał się sednem rozmowy, to przede wszystkim kwestia indywidualnego charakteru, bo są osoby (tu wskazał na mnie), które są pobudzane kreatywnie zarówno przez komfort jak i dyskomfort, i sytuacja materialno-psychiczna jest w takim przypadku drugoplanowa. Ale kwestią otwartą pozostaje dla mnie mimo wszystko pytanie czy to się może przydarzać w warunkach skandynawskich. Tu się temat trochę rozrzedził. Jedna jedyna Kasia przysłuchiwała się temu wszystkiemu bez z góry powziętych przesądów. Czy to dlatego, że szanuje każdego z nas i poczuła się rozdarta? (poza tym, że była zwyczajnie zmęczona?) Być może.  Wcześniej uprzedziłem ją, gdy zasiadałem do stolika, że jestem ubrany w czarną koszulę i biały krawat, a więc na tyle kontrastująco, że będę zapewne miał bardzo stanowcze i konkretne opinie. Nie wiem czego ode mnie w tej całej rozmowie oczekiwano — towarzyskie głaskanie się to przyjemna sprawa,  i zawsze jest na to czas, ale ileż można zażywać tych masaży? Przynajmniej wprowadziłem nieco pasji w rozmowę, wymieniliśmy nie tylko słowa, ale również myśli, a to ważne w sytuacji, gdy robimy to coraz rzadziej.

Tymczasem z innej, bałkańskiej beczki — złych fluidów kwietnia ciąg dalszy. Razem z Toksią za późno dowiedzieliśmy się o nowym terminie wystawy (dzień przed!) i nie było czasu na reorganizację podróży. Długie oczekiwanie, a efekt rozbrajający. Teraz jesteśmy na etapie odzyskiwania pieniędzy, które zostały w to włożone. Kondolencje oczywiście przyjmuję, można składać poniżej.

19kwi/10

WulkAnus

Według starożytnego przeświadczenia makrokosmos ma bezpośredni wpływ na mikrokosmos, z którym to się wzajemnie przenika i zjednuje. Ponoć w kwietniu mamy "zły układ planet". Widać to po katastrofie w Smoleńsku, po trzęsieniu ziemi w Tybecie, jak również po tym, że islandzki wulkan postanowił spierdzieć się na całą Europę. Tkwiący w tym zbieg okoliczności zaczął mnie poważnie denerwować: wulkan aktywował się tam, gdzie są masy lodu, dzięki czemu w połączeniu z magmą mógł dać na tyle gigantyczną chmurę, żeby sparaliżowaćć ruch w przestrzeni powietrznej całego kontynentu— i zrobił to akurat wtedy, gdy raz w ciągu 26 lat mam lecieć, żeby spotkać się z Mansonem. A podróż dopięliśmy na ostatni guzik i wierzyliśmy do ostatniego momentu w jej powodzenie. Na pół godziny przed wyruszeniem uzyskaliśmy informację o tym, że anulowano nam lot. Jednocześnie Manson dał znać, że też nie ma możliwości przylotu i przekłada wystawę na następny tydzień. Szczęście w nieszczęściu. Niedługo podejście drugie, a tymczasem niepewność i czas przebukowań.

Jednocześnie spieszę donieść, że w zeszłym żałobnym tygodniu osiągnąłem niespotykaną dla siebie wydajność w postaci wykończenia aż trzech prac. Najpierw portret Ellen DeGeneres dla BlueWater, na okładkę drugiego wydania jej les-biograficznego komiksu (pierwsze rozeszło się na przestrzeni tygodnia). Potem Justin Bieber zaaranżowany po trosze na postać Małego Księcia, również dla BlueWater. A na zwieńczenie zupełnie nowy Manson, tym razem o alchemiczno-hermetycznym zapaszku, w pozycji, która reprezentuje owo przenikanie się świata makro i mikro. Praca ta, tuż obok angielskiego wydania "Ferdydurke", jest częścią prezentu, którego jeszcze nie dowiozłem na miejsce.

6kwi/10

Marcowe historie

Ostatnio pojawiły się z różnych stron pytania pod tytułem "co ja właściwie robię". Dziś bowiem, aby poznać człowieka ludzie nie pytają co ten człowiek uważa na dany temat, tylko pytają gdzie pracuje. Skorzystam z okazji i podkreślę tu jeszcze raz publicznie, że nie pracuję z prostego powodu: aby móc realizować swoje talenta i doprowadzić do sytuacji, w której będę mógł z nich wyżyć. I nie mówię tu o ciułaniu w studio reklamowym, bo jest mi to obce do tego stopnia, że gdybym miał wybierać pomiędzy studiem, a naklejaniem cen w Carrefourze, wybrałbym to drugie. Mówię o drodze wybrukowanej wyrzeczeniami, która jednak może mnie poprowadzić do zwycięstwa. Taka jest moja odpowiedź.

Musiałem to tłumaczyć różnym osobom (z różnym natężeniem i różnym skutkiem). Dodam przy okazji, że nie umiem odpowiadać wiele razy na to samo pytanie używając tych samych zwrotów i zdań. Za każdym razem staram się inaczej dobierać czasowniki, synonimy, używać nieco innych chwytów, aby z nudów nie paść przed sobą trupem. (Powtarzanie tego samego, w taki sam sposób i każdemu z osobna grozi apatią i wchodzeniem w mechanizm). I jeśli pojawia się w krótkim odstępie czasu sporo osób, które mnie częstują tym samym pytaniem, wówczas zaczynam dostrzegać, że ilość wariantów w języku polskim jest jednak ograniczona, nad czym ubolewam. Rozwiązanie: odpowiadać zbiórczo lub poznać nowy język. Tymczasowo wybieram opcję numer jeden.

Zostawmy jednak w tyle historie zawodowe i lingwistyczne, a przejdźmy do miłosnych. Niedawno chciałem pozbyć się (symbolicznie) swojego pierścionka, więc wpadłem na wspaniały pomysł, że go po prostu połknę! Pierścionek okazał się być jednak zbyt duży i utknął przy krtani — nie chciał ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Kasia próbowała go przepchnąć palcami, wyczuwając go w szyi. Nic z tego. Zachowując zimną krew zacząłem prowokować wymioty. Ponieważ jednak robiłem to przy stoliku w Hormonie, przy ludziach, instynkt (czytaj: Kasia) nakazał mi w pewnej chwili udać się do łazienki.  Kluczem był spokój — pierścień w końcu wypadł do klopa, obyło się bez pogotowia. W tym miejscu historii zmieniłem zdanie i postanowiłem go ratować, włożyłem rękę w ustęp, wyciągnąłem, opłukałem i już wiedziałem, że tego nie można się tak po prostu pozbyć, że to mógłby być błąd. Życie samo pisze dla siebie metafory!

Tymczasem sprawa z wystawą Mansona zrobiła się nieco bardziej tajemnicza. Galeria, która miała być jej organizatorem, nagle już nim nie jest. Z dnia na dzień znikają banery, postery, prace i nazwisko Mansona z ich witryny. Kurator zaczyna milczeć, więc pewnym jest, że nic już z człowieka nie wykrzesam. Zwracam się do Instancji Najwyższej, która informuje mnie, że wystawa jednak się odbędzie (muzeum potwierdza to samo). Proszę go o wskazanie innego kontaktu. Jedna z osób z jego otoczenia informuje mnie, że z wejściówkami to nie do końca tak, jak mi to uprzednio naświetlono — dezorganizacja, a czasu coraz mniej. Stanęło na tym, że zostaniemy tam z Toksyczną tajniacko "wprowadzeni". Będziemy jednocześnie jedynymi przedstawicielami polskiej biedoty pośród zbiorowiska grubych ryb po grecku. Tajemnice! Suspens! Te trzy dni w Atenach zapowiadają się smacznie. Przy okazji obadam pozostałości lepszego świata, czyli Akropol, tym razem już nie przez pryzmat historii sztuki, a bezpośrednio i naocznie. Rezerwacje poczynione.

Jeszcze a propos rysunków. Dorzuciłem jakiś czas temu do galerii portret Joan Jett, który wykonałem dla Bluewater Productions. Wydawnictwo to w głównej mierze korzysta z popularności różnego typu celebrytów i tworzy o nich komiksy, co jest zresztą nową, po części pasożytniczą formą wydawniczą w Stanach. Jak się okazuje — mimo obelg ze strony innych wydawców — są oni w stanie swoimi historyjkami ożywić nieco podupadający rynek komiksowy w Ameryce poprzez wprowadzenie zupełnie nowego narybku klientów. Interesuje mnie jednak co innego, a mianowicie to, że mogą nieco wypromować swoich twórców. Niech dowodem będzie fakt, że ich komiksy są pokazywane w amerykańskiej telewizji śniadaniowej i docierają nawet na polskiego Pudelka. Komiks "Joan Jett and the Runaways" (będący zresztą reprintem serii rockowej z lat 90-tych) wychodzi w czerwcu, na fali powodzenia nowego debiutu kinowego Florii Sigismondi. Więc będąc mniejszą pijawką, podczepiam się pod pijawkę większą i sprawdzam czy to środowisko jest aby w stanie być mi pomocnym w uskutecznianiu moich planów. Jak na razie zapowiedź komiksu ozdobiła stronę MTV Splash Page oraz szereg pomniejszych portali, które przekopiowały z niej newsa. Czekam na publikację i obserwuję, a w międzyczasie rysuję kolejne okładki. I to z postaciami, o które byście mnie nie podejrzewali.

25lut/10

Piekło, itd.

Coraz bardziej oddalam się od mainstreamu życia codziennego, czyli od myślenia o stałym zatrudnieniu, mieszkaniu, karierze zawodowej, czy emeryturze. Przestałem już nawet walczyć i wymuszać na sobie pewne rzeczy — ja po prostu jestem w chwili obecnej zorganizowany psychicznie w sposób, który się z tym wszystkim mija. Nie mogę, nie godzę się, jestem twórczym duchem zamkniętym w niemożności realizacji z powodów pieniężnych! Sytuacja, delikatnie mówiąc, żalowa, ale niestrudzenie szukam rozwiązania.

W kwietniu Manson ma nową wystawę swoich prac w Atenach. Tytuł wystawy: Hell, etc. Niestety, przeloty samolotem są dla mnie cenowo zabijające, choć zobaczymy co da się do tego czasu zrobić. Wieczór inauguracyjny (na którym Manson będzie obecny)  jest tylko na zaproszenia, ale udało mi się pociągnąć odpowiedni sznurek. Mimo wszystko, jeśli Szyksznian nie będzie w stanie przyjechać do Mansona, to może i Manson przyjedzie do Szykszniana: zaproponowałem kuratorowi wystawy, aby ruszyć z Hell, etc. poza Grecję, wprost do Warszawy. Wstępnie są chętni, jednakże rzecz może zależeć przede wszystkim od tego, czy wystawa nie "wyprzeda się" już w Atenach.

Śnił mi się ostatnio Gombrowicz i jest to prawdopodobnie wywołane moim powrotem do wzmożonej lektury okołogombrowiczowskiej. Książkę Agnieszki Stawiarskiej, opisującą rzeczywistość Gombrowicza od momentu, gdy się pojawił na Ziemi, do jego emigracji w 1939 roku (Gombrowicz w przedwojennej Polsce) pochłonąłem z wypiekami. Nie wiem w jaki sposób pani Stawiarska ogarnęła tak przepastny materiał, ale winszuję. Czytanie o literackim światku Warszawy z okresu międzywojnia i lawirowanie między setkami nazwisk i wypowiedzi wprowadziło mnie w czasowy kołowrotek — zacząłem to wszystko "widzieć i słyszeć", niczym film historyczno-biograficzny. Rzecz niezwykła i do polecenia. W chwili obecnej mierzę się z kolei z cegłą korespondecyjną: 19 lat wymiany listów pomiędzy Gombrowiczem a Giedroyciem (redaktorem "Kultury"). I szczerze powiem: wolę jednak biografie i korespondencję niż "analizy twórczości". Z tych pierwszych więcej się dowiaduje o człowieku. A im więcej wiem o człowieku, tym lepiej układa mi się w głowie jego twórczość. Ujęcia naukowe to często przydatna zapomoga umysłowa, ale jednak... to są teksty bez życia i nieco uśmiercające. A przecież tu chodzi o żywe stwarzanie się, nawet pośmiertnie. Ale, do czego zmierzałem? No więc Gombrowicz mi powiedział we śnie, abym pisał, i to już, ponieważ nie ma czasu i inaczej wszystko mi przepadnie. Pomyślę więc o uskutecznieniu wysiłków z Gitarzystą i o zaczepieniu się gdzieś do felietonowania. Odczytuję jego radę również w ten sposób: abym łapał każdą okazję do uczynienia tego, czego pragnę. A pragnę między innymi napisać i wyrysować mojego Mikaela, bo przecież szkoda, aby tak dobra rzecz pozostała w czterech ścianach mojego umysłu.

Living on video

UserOnline

Users: 4 Guests, 2 Bots

Meta

Ostatnie prace

Ostatnie komentarze

Popularne wpisy

Archiwum

Last.fm

Listening Now...
10 minutes ago
14 minutes ago
18 minutes ago

Tagi

alchemia alkohol Batman Bitter Glitter Bluewater Productions David Bowie David Lynch fantasmagorie film filozofia Friedrich Nietzsche Gombrowicz Google Grace Jones Grecja Justin Bieber kino koncert Kraków Którędy? Lady Gaga libido literatura Madame La Kukuruku MansonPl Marilyn Manson miasto Michael Jackson muzyka podróż porno praca magisterska prace publikacje sny studia szkice sztuka telewizja urodziny Warszawa wystawa youtube znajomi śmierć