Prezydent Nijakomorowski
Po raz pierwszy nie głosowałem, i to nie tylko z lenistwa, lecz także z braku zainteresowania. Gdyby wygrał mój kandydat, Jarosław Kaczyński, wówczas stwierdziłbym, że na darmo szedłem, bo uzyskałbym ten sam efekt i bez zagłosowania. Wygrywa Komorowski i myślę: jak dobrze, że nie poszedłem, bo i tak nic szczególnego w wyniku bym nie zmienił. Zanim jednak wyjaśnię dlaczego typowałem Kaczyńskiego i zadośćuczynię Waszemu poruszeniu, napiszę jeszcze jeden fragment zdania złożonego, aby przedłużyć oczekiwanie i wzmocnić napięcie. Otóż! W piątek przed wyborami doszło do mnie to, jak bardzo rząd Tuska i PO są dla mnie niewygodni względem mojego własnego politycznego zaangażowania. Największe zainteresowanie polityką przejawiałem bowiem w czasie panowania wroga, tj. premiera Jarosława, w tym okresie fantastycznych, debilnych i oczoprzewrotnych żenad, żalów, wpadek i pomyłek. Platforma, jak tylko wygrała wybory, postarała się zachować twarz i pokazać się jako opcja lepsza i sensowniejsza od poprzedniej ekipy (co w sumie trudne nie było). Giertych i Lepper zniknęli. Nastąpił czteromiesięczny okres potwornej, rozlazłej i oleistej nudy, który całkowicie przestroił mnie na inny kanał codziennej prasówki: na Pudelka. Trwa to do dzisiaj. I patrzę teraz na tego Komorowskiego, na jego nudny wąs z innej epoki, drgający niewidocznie pod naporem smętnych fal jego nijakiego głosu. Dobry ojciec piątki dzieci. Skorelowany z planami partii rządzącej, niekonfliktowy chodzący sens. No i umówmy się: dla mnie i dla wielu innych pozostawał najbardziej oczywistą opcją wyboru.
I dlatego też postanowiłem nie narażać się na własne pośmiewisko i, po części z chęci zrobienia sobie na przekór, zamiast na talerz flaków, chciałem zagłosować na czarny charakter, na błąd skondensowany, w obecności którego każdemu lasuje się mózg każdy się angażuje politycznie (przypomnijcie sobie tylko!). Poza tym, jeśli potrzebne jest więcej argumentów, niech wypowie się za mnie jedna z kobiet z suwalskiego, która stwierdziła, że dostosowuje kandydata na prezydenta do swojego wzrostu. W moim poczuciu wszystko się zatem sprzysięgło przeciw Komorowskiemu. Nie mogłem pozwolić na to, aby przez okres pozostały do kolejnych wyborów rząd nie generował żadnych tarć. Nie czuję, jakoby statyczność służyła całej sprawie. Mimo to, niedzielne lenistwo zwyciężyło, a Kaczyński i tak został odstrzelony. Bez żadnej pompy i zachwytu, jakby nic, nastała era Bronka. Co równa się, jak podejrzewam, totalnej anihilacji polityki w moim umyśle — przynajmniej na najbliższy czas.









