Bullsik Gallery | Michał Szyksznian
2lis/08

Nadal po francusku

Jean Genet, "Un Chant d'Amour" (1950)Nie spodziewałem się zbyt wiele po Dzienniku złodzieja. O Genecie ledwie słyszałem, dopiero poznałem po raz pierwszy. No i z tego spotkania wykluł się stosunek dwojaki, a w zasadzie nieokreślony. Dezorientacja. Bo jak można pisać jednocześnie tak błyskotliwie i tak męcząco?

Pierwsze dwadzieścia stron było najgorsze, po prostu flaki z olejem. Jakoś wchodzi się w środek opowieści, tu nadpoetycko, tam podludzko, złodzieje, margines, homoseksualizm - ale nie wiadomo po co. Potem dopiero uwidacznia się jakiś kształt, zamysł. Jedna główna wada (choć pewnie może to przybrać formę zalety, zależnie od perspektywy) to erotyzacja całokształtu rzeczywistości, erotyzm nadmierny, bo nie stricte pornograficzny (a więc rozładowujący), tylko awangardowo-poetycki (a więc męczący). Ale! Książka jest wysadzana rzadszymi błyskotliwościami, godnymi podziwu. Trzeba tylko przeczesać się przez ten gąszcz niepotrzebnych ozdobników, przez te męczące ekstazy poety, obrać ze zbędnego pierniczenia. I mamy oto bohatera Genetowskiego, outsidera rzuconego w margines, w amoralność, w nędzę i niskie instynkty. Jedyne bogactwo jakie posiada to bogactwo ducha, który pozwala mu robić ze swego poniżenia cnotę. I tak też buduje on swoją osobliwą estetykę na kanwie zła moralnego. Problem jest taki, że ta forma ujmowania świata staje mu się jedyna, raz zanurzony nie potrafi się z niej wydostać, nie umie się wycofać, ponieważ wszystko podporządkowuje swej nadrzędnej nieetyce. Wolność, niezależność, transgresja? Tak, w pewnym sensie, ale już bez progresu, to jednorazowy awans, bez możliwości dalszego rozkwitania. No bo skoro Genet szczyci się taką konsekwencją w utrzymywaniu swej życiowej postawy, dlaczego nie próbuje kroku dalej? Zbrodnia, zdrada samego siebie... Gdyby udało mu się dokonać tego drugiego, to z pewnością zapiałbym z podziwu. A tak to w sumie nie wiem dokąd mnie doprowadził. Co mi chciał powiedzieć, jak mi się objawić. Bo wysoce wątpliwe, aby produkował swoją mitologię wyłącznie dla siebie.

Jeszcze nie skończyłem nad nim myśleć.

24lip/08

Wolność to autentyczność

Dziś 24-ty i 39. rocznica śmierci Witolda. Tak, nastrój memoriałowy, co jest głupie, bo ja ani go znałem, ani co. Ale sęk w tym, że on jest jak taki niemy znajomy. Jak przyjaciel, którego nigdy nie było, z którym zdarza mi się nawet umówić na piwo (zabieram wtedy książkę i tłukę się z nim w myślach). A propos tytułu - tak mi z kolejnego rachunku wychodzi, że kwintesencją kierowania się ku wolności była w przypadku Gombrowicza nasza (jego, Twoja, moja) obsesyjna potrzeba autentyczności, nierealizowalnej zresztą - bo w tym cały pikuś. Egzystencjalizm miał swoją egzystencję autentyczną, a Gombrowicz, choć zwolennik myśli egzystencjalnej, przeskoczył ją wykazując paradoks bycia - my wiecznie chcemy być sobą, mimo, że nie jesteśmy w stanie, bo nawet nie wiadomo gdzie to "sobą" można zlokalizować, skoro nawet w samotności wchodzimy w pułapki formy.

O zmarłych raczej źle się nie mówi (porozmawiamy o Hitlerze?) więc muszę z patosem powiedzieć, że G. dokonał pewnego niebywałego fikołka: otóż potrafił zachować maksimum możliwej autentyczności w każdej ze swych masek (nawet jeśli to była poza, to jednak poza wykalkulowana i z głębi woli). Nie twierdzę tego absolutnie, mówię to na czuja, jak mi intuicja dyktuje. A dyktuje mi, że ten diabeł potrafił umknąć nawet sobie samemu, stąd już we własnym stawaniu się realizował tkwiący tam na przedzie potencjał do swobody, powietrza, bycia u granic. I tak to, każdy z kim się zetknął, uganiał się za nim jak za Benny'm Hillem, nawet jego cień. To jedna z tych rzeczy, za które mam ochotę podać mu dłoń. Nogę? Łydkę? No dobra, bez przesady. Wszyscy, którzy mają głębsze pojęcie o Gombrowiczu, wiedzą, że to był stary i zboczony hipnotyzer.

Living on video

David Bowie - Space Oddity (1971)

UserOnline

Users: 5 Guests, 1 Bot

Meta

Ostatnie prace

Ostatnie komentarze

Popularne wpisy

Archiwum

Last.fm

The Boxer
8 Sep 2010, 09:18
7 Sep 2010, 22:50
Welcome to the Monkey House
7 Sep 2010, 22:46
Welcome to the Monkey House
7 Sep 2010, 22:43

Tagi

alchemia alkohol Batman Bitter Glitter Bluewater Productions David Bowie David Lynch fantasmagorie film filozofia Friedrich Nietzsche Gombrowicz Google Grace Jones Grecja Justin Bieber kino koncert Kraków Którędy? Lady Gaga libido literatura Madame La Kukuruku MansonPl Marilyn Manson miasto Michael Jackson muzyka podróż porno praca magisterska prace publikacje sny studia szkice sztuka telewizja urodziny Warszawa wystawa youtube znajomi śmierć