Bullsik Gallery | Michał Szyksznian
5lip/10

Genealogie bólu: podróż do Wiednia

Wyjazd do Wiednia rozpocząłem od pociągu ze Szczecina do Warszawy, a następnie autokarem z Warszawy do Wiednia. Nie licząc przemiłego i zakrapianego noclegu w stolicy, moja podróż w ruchu trwała łącznie 19 godzin. Pozwolę ją sobie przewinąć i skrócić. 28-go czerwca o 5:00 rano byliśmy z Toksyczną na miejscu i zobaczyliśmy opuszczone miasto — o tej porannej, słonecznej porze Wiedeń spał i tylko gdzieniegdzie dało się dojrzeć jakąś niewyraźną, spóźnioną do łóżka sylwetkę. Na Karlsplatz przywitało nas czarne akwarium Kunsthalle, brodata kobieta i przytwierdzona do elewacji jednego z budynków gigantyczna wytrzeszczona sowa (która zapewne nie była tym, czym się wydawała). Posuwając się dalej w poszukiwaniu jedzenia (Wiedeń o tej porze nie je) odkrywaliśmy ludzkie i pół-ludzkie rzeźby oraz zaklęte w fontannach dawne dramaty. Wiedeń był tym wyszywany. Syreny, poeci, ekstatyczne i wytryskujące pozy. Umęczone ciała dźwigające elewacje. Neoklasyczna geometria i okołobarokowe zdobienia. Miasto zanurzone w przeszłości, nasłuchujące echa demonów, które — jak mi się zdaje — zdążyły już to miejsce opuścić. Choć przecież nie do końca: tego dnia w Wiedniu rozum znowuż wsadzał palce w swe najwrażliwsze punkty. Czekała na nas inauguracja wystawy prac Mansona, zatytułowanej Genealogie bólu, wraz z towarzyszącymi projekcjami krótkich metraży Lyncha.

Dzień zapowiadał się być długim i tak też było w istocie. Po zostawieniu bagaży w tanim hostelu ruszyliśmy do pięciogwiazdkowego hotelu Le Meridien po odbiór wejściówek, które miały tam trafić za sprawą kolońskiej galerii Brigitte Schenk. Wiedzieliśmy, że w hotelu rezyduje Manson (co ciekawe, na mapie metra hotel oznaczony był jego ulubioną liczbą 15), jednakże wiedzieliśmy też, że ma naprężony grafik wywiadów dla prasy, postanowiliśmy zatem poczekać kulturalnie na wieczór. Usiedliśmy na ławce przy placu przed hotelem. Zszedł z nas stres. Byliśmy już bowiem pewni, że mamy zapewniony wstęp na wernisaż.

I jak to w moim życiu czasem bywa, rozpoczął się wkrótce szereg sytuacji wyjętych wprost z filmu. Po krótkim, dwugodzinnym śnie w hostelu wróciliśmy do centrum, już w wieczorowych uniformach. Przed Kunsthalle (które jest również restauracją) połowę ogródka wydzielono dla gości wernisażu. Na deskach leżał uroczyście czerwony dywan. Wybiła 19:00, a więc godzina, na którą powinni pojawiać się goście. Nieśmiało spytałem czy można wchodzić, młody mężczyzna przy bramce sprawdził zgodność nazwiska z listą i weszliśmy. Po dwóch krokach przyatakował nas zespół czterech osób z tacami. Alkohol stał najdalej, więc w zażenowaniu chwyciłem wodę. Potrzebowałem dwóch minut, żeby zacząć się jakoś pewniej poruszać po tym obcym terenie. W środku, w przedsionku, stały obficie zastawione białym winem stoły. Zaskoczył mnie brak poczęstunku w formie stałej (bo jako bieda przybyła z Polski mieliśmy nadzieję oszczędzić na kolacji; morele i truskawki niczego więc nie załatwiały). Tuż obok lasu mieniących się złotawo kieliszków stało stoisko, na którym rozlewano Mansonową markę absyntu. Krążyliśmy niepewnie zastanawiając się czy wejdzie od przodu, czy od tyłu, jak potoczy się wystawa, czy będzie Lynch, etc. Staraliśmy się omijać kamery, które wodziły oczami za gośćmi i szukały ofiar do wywiadów. W którymś momencie, pomiędzy kolejnymi, szybkimi kieliszkami wina (to właśnie uwielbiam na wernisażach) zauważyliśmy, że w sali głównej, za szybami i kotarami,  znajdują się już jacyś ludzie. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to konferencja prasowa — pech chciał, że gości o tym nie informowano, jak również ich tam nie wpuszczano. Dopiero po fakcie zrozumiałem, że te wszystkie zdjęcia z dotychczasowych wystaw były robione właśnie podczas chwil dla prasy. To wszystko wygląda absolutnie inaczej kiedy się w tym uczestniczy. Materiały z YouTube wygenerowały w nas pewne fałszywe mniemania co do czasu trwania poszczególnych etapów wystawy.

Szybkie papierosy, szybkie wino, nerwowe tupanie stopami, przypadkowa rozmowa z przypadkowym gościem. W powietrzu tkwiła właśnie jakaś szybkość i przypadkowość. Połowa obecnych ludzi zdawała się przebywać tam bez wyraźnego powodu (jak potwierdził nasz rozmówca, sam dostał zaproszenie od kogoś przez kogoś). To miasto pełne jest wystaw, a więc śmietanka, jak podejrzewam, chodzi tam z ciekawości, która jest wywołana głównie znudzeniem i przesytem. Co ciekawe, byliśmy tak dobrze wtopieni w tłum, że nic szczególnego nas nie wyróżniało.

Wreszcie wpuszczono gości. Patrzymy, oglądamy, popijamy Mansinthe (ale tylko dlatego, że nigdy go nie piliśmy; anyż jest nam wrogi, więc szybko odłożyliśmy na wpół pełne kieliszki i wróciliśmy do wina). Zobaczenie na żywo obrazów, które zna się tak dobrze, było niewątpliwie przyjemnością. Szczególnie, jeśli chodzi o największą (nawet dosłownie) ozdobę wystawy, czyli pośmiertny portret Elizabeth Short, znanej również jako Czarna Dalia. Na szczęście robienie zdjęć nie było zakazane, obeszliśmy ścianę cykając pierwsze fotki, nadal niepewni czy wernisaż zmierza w jakąś ustaloną stronę, albo czy autor zaszczyci ludzi swoją obecnością (a sztuka bez autora zawsze porusza się po nieokreślonym obszarze, dopiero w relacji z twórcą i jego dramatami ożywa do swoich granic i możliwości). Wkrótce zauważyliśmy Mansona wychodzącego z kibla. Zniknął w innym pomieszczeniu. Wyczuwaliśmy, że niedługo pojawi się oficjalnie przy mównicy i tak też się stało. Otoczony przez ochronę wsunął się zręcznie na scenkę razem z Geraldem Mattem, dyrektorem Kunsthalle, który zafundował mu długą przemowę po niemiecku.

Zdaje się, że Manson był już w tym momencie zmęczony. Wysłuchał grzecznie introdukcji, przypozowując jednocześnie fotoreporterom. Mogliśmy wepchać się na sam przód, jako, że to nie koncert, no i też inny rodzaj kultury. Ku naszemu zaskoczeniu Manson jedynie podziękował gościom za przybycie, po czym migiem ulotnił się na zaplecze. 10 minut później wyszedł stamtąd w towarzystwie obstawy i bez słowa ruszył w kierunku wyjścia.

Trochę z niedowierzaniem otworzyliśmy aparaty gębowe, jako, że byliśmy przekonani, że dla gości również ma wyznaczony czas. Ucieczka z Kunsthalle była przeprowadzona szybko i sprawnie, tak, by nie zablokował go tłum ludzi. Toksyczna w przypływie asertywności zaczepiła Tony'ego, menadżera, wyjaśniając w paru słowach kim jesteśmy, i że chcielibyśmy coś przekazać Mansonowi. Tony potwierdził, że Manson nie wróci na wystawę i polecił nam udać się do Le Meridien. Więc w tych naszych kreacjach, wraz z niechcący ukradzionym winem, pospieszyliśmy do hotelu, który był oddalony ledwie dwie przecznice dalej. Zestresowani i jednocześnie rozbawieni absurdalną sytuacją zatrzymaliśmy się na światłach. Toksyczna zauważyła, że koło nas zatrzymał się czarny samochód, podbiegła. Nie wiedziałem w czym rzecz i co to za samochód, dopóki Manson nie otworzył szyby i nie wskazał w moją stronę palcem, mówiąc, że mnie pamięta. Było to miłym zaskoczeniem, bo, pomimo wymienionej korespondencji, myślałem, że i tak będę musiał ponownie się przedstawić na żywo, aby nakierować go na tor tego, kim jestem. I tak też z tym winem podszedłem na środek trzypasmówki, przywitałem się zdezorientowany. Polecono nam jednak zejść z ulicy, bo przecież niebezpiecznie. "Do zobaczenia później" — rzucił Manson, gdy włączyło się zielone światło.

Weszliśmy do Le Meridien i usiedliśmy w hallu. Zaraz pojawił się Tony, również potwierdził, że pamięta z Warszawy. Zaznaczył jednak, że teraz Manson ma czas, w którym nie wolno mu przeszkadzać, i że będzie udawał się na kolację. Zaproponowaliśmy więc Tony'emu, że przekażemy mu to, co mamy dla Mansona w prezencie, jednakże ten momentalnie stwierdził, że źle by się czuł w takiej sytuacji i wolałby, aby było to dane osobiście. Poprosił, abyśmy usiedli i poczekali. Czekaliśmy długo, przy okazji zaczepił nas rozbawiony kierowca, który najwyraźniej miał radochę z sytuacji na skrzyżowaniu. Gdy wreszcie w lobby pojawił się Manson z ekipą wstałem z siedziska. "Hey Bullshick" — usłyszałem tubalny głos wielkiej czarnej postaci dzierżącej w ręku szklankę Serpis Absinthe. Wytłumaczył nam, że udaje się na kolację, i że chce abyśmy poczekali na niego w hotelu. Chciał nas początkowo wziąć ze sobą, jednakże ani nie było miejsca w samochodzie, ani w rezerwacji. Postaliśmy przez moment, wymieniliśmy parę uprzejmości. "Idzcie do baru, tylko się nie upijcie za bardzo"  — rzucił przed wyjściem. Picie w drogim hotelu na pewno nie było dla nas dobrym pomysłem, bo żyjemy w innych realiach i w innym kontekście niż on. Ale przyjęliśmy uprzejmie radę, po czym zaraz zniknął za drzwiami wlotowymi. Nie byliśmy pewni czy mamy siłę na czekanie, ale chcieliśmy spróbować. Niestety oczekiwanie niemiłosiernie się przedłużyło, aż stwierdziliśmy, że musiało się coś wydarzyć i oznacza to dla nas zakończenie wieczoru. Napisałem mu, że uciekam, i że zostawiam prezenty w recepcji. Wracaliśmy do hostelu w poczuciu niespełnienia, liczyliśmy bowiem na towarzyski meeting, który koniec końców nie nastąpił.

Rano przetarłem zaropiałe od snu oczy i odczytałem przeprosiny. Wyjaśnił, że dała mu w kość różnica 10-ciu stref czasowych. Podobnie jak my, żałował, że spotkanie się nie udało. Obiecał przy okazji odebrać z recepcji to, co zostało zostawione. On miał za 4 godziny samolot, a my dwa dni do autokaru. Trzeba było coś zrobić z pozostałym czasem, więc musieliśmy uskutecznić jedną z najnudniejszych czynności na tej planecie: zwiedzanie.  Zapuściliśmy się na ślepo w Wiedeń. Nie znaleźliśmy jednak takiego smaku, jakiego szukaliśmy. Demony wiedeńskie odleciały wraz z zaproszonym gościem do Los Angeles i nawet orgiastyczne sceny w ogrodzie belwederskim nie zmieniły we mnie tego poczucia.  Byliśmy ponownie na wystawie, tym razem na spokojnie, bez prasy, porobiliśmy zdjęcia na stronę, kupiliśmy pamiątki w formie plakatów. Dzień później Manson odpakował paczkę. Dwie prace, Ferdydurke po angielsku i butelkę Żubrówki. Cytat, jaki napisałem na Gombrowiczu brzmiał: "Gdybym miał w tej chwili udzielić moim współtwórcom, to jest moim czytelnikom, jakiejś najważniejszej rady, powiedziałbym etc." — Witold Gombrowicz, 1968. Na Żubrówce było dodane: "Najlepsze z sokiem jabłkowym". Dostałem ciepłe podziękowania, w których określił to wszystko jako rzecz dla niego bardzo specjalną i głęboką. Misję zatem uważam za wypełnioną.

17cze/10

Prawdziwa krew

Zdaje się, że w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że mówi sobie "trzeba przystopować". Oczywiście nie na długo. Ale tak, zachciało mi się chwilowo przystopować, bo wymiotowałem ostatnio z takim napięciem, że wewnętrzne ciśnienie wypchnęło krew przez skórę na twarzy. Objawiło się to w postaci mnóstwa małych czerwonych piegów, które znikały przez cały dzień. Poza tym wymiotowanie na środku ulicy to zwyczajnie krępująca sytuacja... W szczególności dla filozofa.

Rysuję ostatnio głównie Żydów bądź lesbijki. Nie, żeby mi to przeszkadzało, nawet mnie to łechce, ale pomyślałem, że warto zaznaczyć pojawienie się takich tendencji. Po zebraniu się do kupy rozpocząłem pracę przy portrecie Howarda Sterna, jako, że był on następny w kolejce dla BlueWater. Z tej okazji obejrzałem nawet Części intymne (swoje i czyjeś). Redaktor prześle w tym tygodniu mój rysunek do Sterna w celu zdobycia opinii. Teraz przede mną prawdziwy komercyjny smakołyk, wisienka na szczycie tortu (na klacie) — okładka do Lady Gagi. Chciałbym już pokazać poprzednie, ale muszę grzecznie poczekać.

True Blood. Podtrzymując się tanizną w postaci Supernaturals i oszałamiającym diamentem w postaci Ekipy czekaliśmy z Kamilem na nowy sezon. No i jest. Odpowiednie wyważenie pomiędzy makabrą a seksem nie zawodzi i działa jak zawsze elektryzująco. Nasze rzeczywistości są bowiem napędzane siłami libido i mortido, a my siedzimy zafiksowani gdzieś pomiędzy tym wszystkim. W przyszłości mój Mikael opowie Wam o tym więcej.

Na koniec wieść pokrzepiająca. W ramach zadośćuczynienia za pieprzony wulkan Pod koniec miesiąca ruszy w Kunsthalle w Wiedniu wystawa zatytułowana "Genealogie Bólu". Składać się na nią będą obrazy Mansona i krótkie metraże Davida Lyncha. Na wernisażu będzie obecny i jeden i drugi. Kontakty wznowione, bilety zabukowane. W Wiedniu nigdy nie byłem (a gdzie ja nie nie byłem!). Jeśli pomyśli się o tym nie jako o najdroższym mieście w Eurobiznesie, tylko jako o mieście Schielego, Freuda i Wittgensteina, wówczas w wyobraźni otwiera się pociągająca ciemna szczelina i widać klarownie, że Wiedeń skrywa demony rozumu. Choć dawno pogrzebane, to jednak.

Living on video

Marilyn Manson - The Dope Show (1998)

UserOnline

Users: 1 Guest

Meta

Ostatnie prace

Ostatnie komentarze

Popularne wpisy

Archiwum

Last.fm

Listening Now...
6 minutes ago
8 minutes ago
11 minutes ago

Tagi

alchemia alkohol Batman Bitter Glitter Bluewater Productions David Bowie David Lynch fantasmagorie film filozofia Friedrich Nietzsche Gombrowicz Google Grace Jones Grecja Justin Bieber kino koncert Kraków Którędy? Lady Gaga libido literatura Madame La Kukuruku MansonPl Marilyn Manson miasto Michael Jackson muzyka podróż porno praca magisterska prace publikacje sny studia szkice sztuka telewizja urodziny Warszawa wystawa youtube znajomi śmierć