Prawdziwa krew
Zdaje się, że w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że mówi sobie "trzeba przystopować". Oczywiście nie na długo. Ale tak, zachciało mi się chwilowo przystopować, bo wymiotowałem ostatnio z takim napięciem, że wewnętrzne ciśnienie wypchnęło krew przez skórę na twarzy. Objawiło się to w postaci mnóstwa małych czerwonych piegów, które znikały przez cały dzień. Poza tym wymiotowanie na środku ulicy to zwyczajnie krępująca sytuacja... W szczególności dla filozofa.
Rysuję ostatnio głównie Żydów bądź lesbijki. Nie, żeby mi to przeszkadzało, nawet mnie to łechce, ale pomyślałem, że warto zaznaczyć pojawienie się takich tendencji. Po zebraniu się do kupy rozpocząłem pracę przy portrecie Howarda Sterna, jako, że był on następny w kolejce dla BlueWater. Z tej okazji obejrzałem nawet Części intymne (swoje i czyjeś). Redaktor prześle w tym tygodniu mój rysunek do Sterna w celu zdobycia opinii. Teraz przede mną prawdziwy komercyjny smakołyk, wisienka na szczycie tortu (na klacie) — okładka do Lady Gagi. Chciałbym już pokazać poprzednie, ale muszę grzecznie poczekać.
True Blood. Podtrzymując się tanizną w postaci Supernaturals i oszałamiającym diamentem w postaci Ekipy czekaliśmy z Kamilem na nowy sezon. No i jest. Odpowiednie wyważenie pomiędzy makabrą a seksem nie zawodzi i działa jak zawsze elektryzująco. Nasze rzeczywistości są bowiem napędzane siłami libido i mortido, a my siedzimy zafiksowani gdzieś pomiędzy tym wszystkim. W przyszłości mój Mikael opowie Wam o tym więcej.
Na koniec wieść pokrzepiająca. W ramach zadośćuczynienia za pieprzony wulkan Pod koniec miesiąca ruszy w Kunsthalle w Wiedniu wystawa zatytułowana "Genealogie Bólu". Składać się na nią będą obrazy Mansona i krótkie metraże Davida Lyncha. Na wernisażu będzie obecny i jeden i drugi. Kontakty wznowione, bilety zabukowane. W Wiedniu nigdy nie byłem (a gdzie ja nie nie byłem!). Jeśli pomyśli się o tym nie jako o najdroższym mieście w Eurobiznesie, tylko jako o mieście Schielego, Freuda i Wittgensteina, wówczas w wyobraźni otwiera się pociągająca ciemna szczelina i widać klarownie, że Wiedeń skrywa demony rozumu. Choć dawno pogrzebane, to jednak.
TVC 15
Tym, co przywraca mi teraz wiarę w człowieka, jest Discovery Science. To nie kokieteria, ja to faktycznie przeżywam. Mogę oglądać godzinny program o budowaniu największych teleskopów lub tam na rzekach, podglądać medycynę przyszłości lub poznawać fizykę teoretyczną i za każdym razem mój zwieracz wydziela cichy jęk podziwu. Miewam silne wzruszenia (szczególnie przy eksploracji kosmosu), a nawet zalążki łez. Na przykład ostatnio, podczas oglądania Superludzi, leżałem z rozdziawionymi usty i w całkowitej czołobitności. Bo proszę ja was, jakaż bladość innych wychodzi na jaw w obliczu człowieka, który z powodu wady genetycznej posługuje się naturalnym algorytmem obliczania potęg zawierających w swym wyniku po kilkadziesiąt cyfr. Albo ta zmutowana synestetyczka... Ja mam synestezję najprostszą - kojarzę znaki i pojęcia z barwami. Ale jakaż to mierność, przy osobie która w czasie rzeczywistym percypuje kolory i smaki otaczających ją dźwięków! A co powiedzieć na ślepego od urodzenia malarza, który maluje pejzaże i architekturę, i to w perspektywie? Albo na mężczyznę kontrolującego wewnętrzną temperaturę swojego ciała?
Gdy ujrzałem te niemożliwości, rozcapierzyłem się szeroko w stronę nieba w greckim, tragicznym grymasie. Choć na ogół po zachodzie słońca staram się nie spoglądać w tę stronę (niczym prawdziwa Świnia, rocznik 1983), ponieważ nocne niebo często napawa mnie lękiem. Rzeczy, których nie jesteśmy w stanie zrozumieć, zawsze będą wywoływać strach. Ludzki umysł nie jest w stanie pochwycić idei nieskończoności, więc ta płachta czerni nad głową bywa ciężarem nie do przejścia. Mimo, że z fizycznego punktu widzenia jest obrazem z przeszłości, to dla mnie jest jednak niczym wybieg w przyszłość, ku rzeczom, które i tak się nie ziszczą. To jeden z elementów tego tragizmu.
Poza Discovery Science i poza przypadkowymi programami przyrodniczymi spoglądam też na Zone Club i Polsat Cafe. Nie ma to jak dobre, szmatławe reality, czy programy o stylu, modzie i operacjach plastycznych. I o ile Discovery wprowadza we mnie uczucie podziwu dla człowieka, tak te programy bardzo często degradują to wszystko do poziomu ujemnego. Zdaje się, że rządzi mną wewnętrzna, nie do końca uświadomiona potrzeba balansu. Jeśli wyciągnąć z tych wszystkich moich odczuć średnią, wówczas wychodzę na zero. Ale jakże trójwymiarowe zzero.
Ostatnim z moich ulubionych kanałów jest Ezo TV, czy też wróżki pleniące się nocami po TVNie. Poza tym, że jest to wspaniała szkoła pieprzenia trzy po trzy, jest to również zestaw życiowych, dramatycznych prawd i niekontrolowanych wtop. Pewnie zastanawia Was czy dzwonię po wróżby. Nie, absolutnie, ale raz mi się zdarzyło wysłać smsa, tak z ciekawości. Niestety, nie poszedł na antenę, ale nie czuję się oszukany, ponieważ do dziś otrzymuję zachęty typu: "Jest spisek przeciwko Tobie, obiecuje pomoc - stanelam po Twojej stronie, bede bronic Twojej racji. Slij PLAN na nr... (3,66 zł)". Wróżki czuwają nade mną 24 godziny na dobę.
Polska żałoba
Jako, że nie jestem właściwą osobą do przeżywania żałoby narodowej, początkowo postanowiłem przemilczeć fakty, zarówno tutaj, jak i w innych miejscach. Ale rozmiar emocji, które przekosiły kraj, jest dla mnie czymś na tyle ciekawym, że jednak muszę otworzyć portfel i zapodać trzy grosze. Od razu powiem, że z własnego wyboru przestałem śledzić informacje o katastrofie, wypowiedzi ludzi w mediach, jak również nie odmawiam czarno-białego różańca zdjęć, puszczanego na pętli na większości polskich kanałów. Dlaczego?
To mnie właśnie najbardziej uderzyło w tym całym wydarzeniu: że mnie nie uderzyło. W zasadzie podobnie miałem z nieszczęściami w katowickiej hali, czy ze śmiercią Wojtyły. W bardziej codziennej skali również nie wpływa na mnie tych kilkanaście pogrzebów dziennie, które odbywają się niedaleko na szczecińskim cmentarzu. Wydaje mi się, że w pewnym sensie jestem wyłączony na śmierć. A na pewno na śmierć ludzi, wobec których nie przejawiam sentymentów. Włączam się na nią tylko wtedy, gdy jest ona bliżej niż ma to w zwyczaju. Gdy w zeszłym roku zniknął Jackson, to przyznaję, zwiędłem nieco wewnętrznie, zrobiło mi się źle. Jednakże źle o tyle, o ile miałem z nim styczność poprzez jego dorobek artystyczny. Tam ulokowałem pewne sentymenty i one były kluczem do refleksji, której nie dało się nijak obejść.
Zginęli ludzie reprezentatywni. Przy moim sentymencie dla kraju można by śmiało postawić znak zapytania. Równanie jest generalnie proste: sprawy państwowe zaczęły odgrywać w kontekście mojej psychiki rolę bardzo drugoplanową (żeby nie powiedzieć — epizodyczną). I nie, nie chcę przez to powiedzieć, że jestem ponad tym. Ja jestem obok tego, a to spora różnica. Stąd też jestem obok żałoby i nie ma tu żadnej iskry zapalnej, która mogłaby uruchomić we mnie współodczuwanie. Proszę mnie zrozumieć — w moim przypadku nie ma na to warunków.
Pozostaje jeszcze kwestia żałobnych reakcji. Niby nie wypada ich oceniać, ale mamy generalnie do czynienia z tym samym Festynem Śmierci, co pięć lat temu. Waga podobna, jako, że tutaj przedstawiciele państwowi, a tam, choć jeden człowiek, to jednak o randze świętego. Nie przeszkadza mi moment powagi, nie przeszkadzają mi czarno-białe strony internetowe, czarne wstążki, każdy może się uzewnętrznić ze swoimi odczuciami — nie mam w związku z tym żadnych pretensji. Ale w medialnej żałobie jest na tyle duża przesada, że momentami skręcam wargi w poczuciu zmieszania. Ciężko winić stacje telewizyjne, które niejako odgórnie są zmuszone do działania podług mechanizmu oglądalności (gazety podług poczytności, etc.). Ale wytwarza się cichy konkurs żałobny i to właśnie wywołuje chwilę przesady. Który kanał przedstawi to lepiej? Który zaprosi ciekawszych gości? Który najpełniej ujmie towarzyszące wydarzeniom emocje? (Gdy Olejniczak popłakał się w studio, to aż ukradkiem przerywali puszczany materiał filmowy, żeby pokazać, w jakiej jest ruinie). Kiedy dalej okazuje się, że już nie starcza materiału, że nie ma już zbytnio co analizować, to zaczyna się zapętlanie wokół tematu — i ten korkociąg jest jak sekcja zwłok. Takie wałkowanie trupów w betoniarce. A jest w czym przebierać. To już nie przypomina żałoby, a upajanie się śmiercią. (To nie telewizja ma tę potrzebę upojenia, tylko widz!). Jako filozof nie mam jakoś szczególnie odmiennych odczuć związanych ze śmiercią, jednakże moja refleksja na jej temat nie rodzi się w takiej sytuacji. Tutaj prędzej powstaje refleksja o tych, co żyją.
W trakcie trwania żałoby nie zabrakło również haseł. Ponownie, jak pięć lat temu, pojawił się slogan: dziś nie ma podziałów. Nieprzypadkowo. Myślę, że "brak podziałów" to najlepsze narzędzie do identyfikacji ze śmiercią. Zasada naszego codziennego funkcjonowania tkwi w nierówności. Nierówność oznacza także podziały, które na dalszą metę oznaczają aktywną i dynamiczną potencję oraz możliwości. Jeśli nie ma podziałów, to tak, jakby zamierał ruch, czyli życie. A więc refleksja żałobna przybrała tu formę chwilowej mentalnej hibernacji. Sytuacja absolutnie bierna i bezpłodna. A jednak, co ciekawe, niczym gwałtowny żywioł momentalnie zaaplikowała się w naród. Bo tylko telewizja potrafi przedstawić śmierć w tak żywy sposób.
Biblioteka kieszonkowa
Kupiłem na eBay od jakiegoś Argentyńczyka bootleg z Gombrowiczem. Rzecz rzadka, szczególnie, że w Internecie nie istnieją tego typu materiały filmowe. Film zamieszczony na zamówionym DVD to zripowany ze starszego nośnika blisko godzinny program telewizyjny pt. "Biblioteka kieszonkowa", który został nakręcony w 1969 roku w domu Gombra w Vence, we Francji (tuż przed jego śmiercią). Gombrowicz mówi po francusku, napisy są po hiszpańsku. Mimo, że nie posługuję się żadnym z tych języków, zająłem się tłumaczeniem, bo przecież bym nie wytrzymał. Jak się okazało, hiszpański ma podobną logikę jak polski i nie jest to tak trudne. Poniżej można obejrzeć owoc tego tłumaczenia, czyli trzy pierwsze fragmenty puszczone w jednej playliście (łącznie ok. 14 minut). Oprócz Gombrowicza pojawiają się także Dominique de Roux, Rita Gombrowicz oraz Psina.
Wielka żółta
Aż mi głupio, że tak z tyłka wyciągam ten temat, ale chciałbym się zwierzyć a propos jazzu. Otóż jazz jest w porządku, ale nie łechce mnie jakoś szczególnie, jest mi w zasadzie obojętny. Owszem, mam czasem tę głupią potrzebę powiedzenia, że słucham czegoś offowego, ale nie mogę przy tym zadawać sobie kłamu. Tak więc nie słucham jazzu z powodu zwykłej ludzkiej uczciwości. Ale nie do tego zmierzam. Otóż jest coś czego w jazzie nie znoszę: improwizacja. Zdążyłem się tym na razie podzielić z najbliższymi, ale widziałem ten nieco skisły wyraz pobłażania w ich oczach, spojrzenie niby pogodne i "masz prawo nie lubić", ale... Więc dzielę się publicznie, co więcej, mam zamiar wykorzystać jako podpórkę pewną publiczną osobę. W nocy w powtórce "Małej czarnej" (program dla kobiet) był Maleńczuk i rozmowa między kokoszkami zeszła na temat pewnego uładzenia w życiu, zachowania porządku. Maleńczuk powiedział, że potrzebuje porządku również przy kompozycjach muzycznych, potrzebna mu pełna kontrola - i nawet jeśli piosenka ma aranż jazzowy, to nie ma tu miejsca na improwizowanie, ponieważ, cytuję, "improwizacja w jazzie to pierdolenie w bambus". Przyznam, że lubię to co robi Maleńczuk (i cenię sobie to, że nie popadł w idiotyczne chołubienie undergroundu, że miał w sobie naturalność pozwalającą mu zabiegać o uznanie). Fakt, to co mówi, nie zawsze mi odpowiada. Ale wykorzystuję go z innego powodu niż sympatia czy antypatia. Ja po prostu wiem, że jako osoba prywatna wygłaszająca sąd o improwizacji jazzowej, jestem skazany na pobłażliwe pogłaskanie ze strony otoczenia, które będzie urabiać we mnie poczucie, że się "nie znam" (co jest w pewien sposób poniżające). Więc zasłaniam się takim Maleńczukiem, żeby nabrać w tym wszystkim nieco wiarygodności i siły. Podsumujmy zatem: nie przepadam za improwizowanym jazzem i irytuje mnie, gdy doświadczam tego rzępolenia dłużej niż trzy minuty. Uff, cóż za ulga z samego rana.
Znowu on
Miała być repeta…
Miała być repeta ze skoczków, ale wolałem obejrzeć Goonies (to jeden z moich ulubionych filmów przygodowych z dzieciństwa). Przy okazji zauważyłem, że Corey Feldman wykazuje fizyczne podobieństwo do Erica Forrestera - i w sumie tyle z ciekawostek, bo film utracił trochę na straszności, tajemnicy, spłycił mi się do granic. Ale czego ja wymagam od kina familijnego.
PS. Od dwóch tygodni nie palę. Zobaczymy jak długo.
Relacja z oglądania telewizji
12:45
Jednym okiem czytam, drugim oglądam program kulinarny. Choć patrzę gdzie nie trzeba, to już mnie skręca, juz mi się soki po brzuchu rozlewają. Jaja benedyktyńskie... (w myślach nieśmiało objawia się papież). Mówią: śniadanie najważniejszym posiłkiem dnia. A ja nigdy nie umiem się zmusić do śniadania. Jakoś tak niedobrze się człowiekowi robi, za wcześnie. Jedzenie tuż po przebudzeniu: jakby ciało przeżywało szok przyjmując w siebie jawę.
13:40
W telewizji skoki narciarskie, czyli tak zwane święto religijne. Zwyczajowo klęczą przed Małyszem i się wzajemnie przekonują, poklepują, że może tym razem skoczy jak kiedyś. Dla wielu oznacza to jedyny sukces w ich życiu, dla innych uzdrowienie córek, mężów, etc. Recytują wypis cnót: Małysz w 2001 roku wygrał na tej skoczni dwukrotnie. Dwa razy wygrał. Nasz Adaś. Nie wytrzymam, ja chcę to pojąć, ale to przytłacza. Jak usilnie ludzie żerują na czyimś sukcesie, traktują go jak własny, chwalą się nim, wymuszają. Biedny człowiek niszczony presją, napięciem. Nie dziwię się, że daje dupy. Też bym dawał - złośliwie i z premedytacją!
13:50
Małysz nie dość, że sportowy impotent, to jeszcze paskudny!
13:55
Ale Kamil Stoch nie dość, że skoczył daleko, to jeszcze nie paskudny! Oczy małyszowych wyznawców skonsternowane.
14:00
"Parę tysięcy rodaków przyjechało niezależnie od tego czy Adam będzie skakał tak dobrze, jak byśmy chcieli" - pada nabożny komentarz. Zmusza mnie to do współczucia. Na szczęście przypominam sobie tę okropną reklamę czekolady z Małyszem. Wraca mi sceptycyzm.
14:10
Zajadam gotowanego buraka, adekwatnie do siebie samego.
14:21
Jak do tej pory w pierwszej piątce ani jednego Polaka. Hoho, tabunowi małyszowców obniża się morale. Ale wszystko przed nami, Adam jeszcze nie skakał.
14:28
Na skoczni widać już wąsy. Zaczął padać deszcz. Jedzie... Wybija się... Leci... 130 metrów! Tak! Najgorszy wynik tych zawodów! TAK!!!
- Nieee... zupełnie nieudany skok... - zawstydzony głos komentatora.
- Nie było dobrych warunków... - żałośnie przekonuje drugi.
Chwilę po Małyszu skacze Szwajcar, 213 metrów. Już słyszę różańce i lamenty wyznawców, którzy w tej minucie chwieją się w wierze. Tak trzymać, Małysz złośliwy! Wybaczam mu tę czekoladę.
14:50
Co się dzieje? Co się dzieje?! - powtarzają. Nic, to Małysz z was się śmieje! Skaczą od początku, powtórka rozdania (wszyscy polscy chłopcy nadal lepiej od Małysza). Każą Stochowi tłumaczyć porażkę Adama, ten się denerwuje, spięty, warczy rumieńcami.
15:30
Odwołują zawody. Co się dzieje? Co się dzieje?! A oni dalej o tym Małyszu. Przestańcie, dajcie oddychać, spójrzcie na tych młodych, co lepsi od niego! Puszczają z góry przygotowany materiał o złej kondycji Mistrza (wypowiada się m.in. prof. Jerzy Żołądź). Bóg im w oczach umiera, poruszają się z lekka panicznie, na ślepo. Kamil Stoch nowym mesjaszem sportu narodowego! Jutro repeta.
Kawa czy herbata
Z kamerą wśród tłuszczy
Nie mam zwyczaju oglądać telewizji, ale robiłem dziś wyjątek, bo akurat komputer mi się zbuntował. Musiałem więc zająć się czymś, żeby nie nastąpił szok z powodu zmiany środowiska. No i trafiłem, że w mediach kolejna afera z morderstwem, zwyczajowe sprzedawanie sensacji: trener karate X brutalnie (to musi być podkreślone!) zamordował 9-letniego chłopca. I nie sam fakt morderstwa zwrócił moją uwagę (choć powinien - to znieczulenie czy przesyt?), ale reakcja ludzi na to morderstwo. Doznałem autentycznego szoku: telewizja przypomniała mi dlaczego przyjmuję niechętną postawę wobec masy. Tu już nie o niechęć chodzi, to było poważne zwątpienie w otaczających mnie ludzi. Swoją chwilę wahania zrelacjonowałem na forum:
Widziałem dziś kilka różnych materiałów sprawozdawczych i za każdym razem odczuwałem przerażenie. Pewna kobieta powiedziała: "Powinni nam go (mordercę) wydać, żebyśmy sami mogli wymierzyć mu sprawiedliwość". Nie, to nie była sędzina, ani studentka prawa. To była kobieta, która chętnie poznęcałaby się nad człowiekiem pod pretekstem popełnionego przez niego czynu. Bo tu chodzi o cielesne wymierzenie sprawiedliwości, o katowanie. Ona chciałaby torturować i mordować. Zresztą nie tylko ona. W innym materiale filmowym młody mężczyzna pochodzący z miasteczka trenera, zapytany w jaki sposób wymierzałby tą sprawiedliwość, odpowiedział bez wahania: "Znęcałbym się nad nim, powoli". Z przypadkowych ludzi wychodzą sadystyczne skłonności i nikt na to nie zwraca większej uwagi. Przepraszam bardzo, ale co tu się do kurwy dzieje? Jakaś stara baba zaraz na Jedynce krzyczy, żeby zamordować faceta, a dziecko stojące obok niej dodaje: "Powiesić!". Tak, dziecko.
Co za zezwierzęcenie. I ci sadyści dziwią się, że facet zamordował. Nawet nie zdają sobie sprawy jak bardzo są do niego podobni. Mało tego - wydają swój morderczy sąd nie znając jeszcze kulis sprawy (a tym zajmuje się prawdziwy Sąd). Gdzie zgubili swoje widły i pochodnie? Jestem oburzony i rozczarowany. Poczułem się po prostu brudny. Brudny od słuchania ich fantazji o linczu.
I dalej:
Wiem, że nie powinno się czytać komentarzy pod wiadomościami na portalach informacyjnych, ale poszukałem wiadomości o tym zdarzeniu - tylko po to, aby potwierdzić to, o czym mówię. Tym razem komentarze pochodzą od osób z drugiego końca kraju. Przemawia z nich ślepy jad, agresja i zwierzęcość. Zaczynam się bać, że typowy przedstawiciel społeczeństwa to skryty morderca. Wystarczy odpowiednia chwila, aby nudna gospodyni domowa z upojeniem zakrzyknęła: "Zerwać z niego skórę i posypać solą!". Mniej mnie w tym przypadku interesuje sama sprawa mordercy. Chodzi mi o to, co się dzieje z ludźmi. Widzę w nich przytłaczający ładunek samozaprzeczenia - przecież to niby porządni, moralni obywatele. Czy porządny, moralny obywatel formułuje w ogóle takie słowa? Ja wiem, że to może być w dużej mierze odruchowe - jedna osoba krzyknie i całe stado krzyczy za nią. Ale to jeszcze gorzej świadczy o nas samych. Zresztą ja nie mówię niczego odkrywczego, po prostu refleksja nad tym zaczyna mnie dusić i chcę się nią podzielić, żeby zdjąć z siebie trochę ciężaru.
Zastanawiające jest też jak daleko posunięte potrafią być fantazje o wymierzeniu sprawiedliwości na własną rękę (czytaj: o katowaniu). To jest ten moment, w którym człowiek może bezkarnie mówić o zadawaniu najwymyślniejszych tortur, ponieważ ujdzie mu to płazem, ponieważ zostanie to publicznie usprawiedliwione "wyższą sprawą". I ich temperamenty to wykorzystują. Dostaną nawet oklaski, że tacy prawi i moralni, że widzą krzywdę bliźniego i reagują na nią. Nikt się nawet nie zastanowi nad tym, co właściwie mówią. To strumień ich świadomości - i teraz można się przyjrzeć jak dalece spaczona jest ta świadomość. To się zaczyna od najwcześniejszych lat. Zbiera się grupka dzieci, które piętnują inne dziecko za coś, co odbiega od tej ogólnej pieprzonej normy, którą wynoszą z domu, z telewizora, z podwórka, zewsząd. Sam przyznaję - na przykład w podstawówce zdarzało mi się wyśmiewać z koleżanki, bo miała aparat na zęby. I prawdopodobnie bym tego nie robił, gdyby nie znalazła się grupa śmiałków, która również to czyniła. To sadyzm w mniejszym wydaniu, choć może nawet gorszy, bo tutaj nikt przecież nie popełnia przestępstwa (a więc szykanowanie nie ma "usprawiedliwienia").
Żeby było jasne - nie usprawiedliwiam mordercy, zupełnie nie o to mi chodzi. Popełnił zbrodnię, do tego zbrodnię na kimś, kto nie miał szansy się obronić, zbrodnię na dziecku. Ale od wymierzania kary jest sąd, a nie stado prymitywów. Jedynym osobom, którym w tej całej sprawie współczuję, to rodzina mordercy. Bo może zdarzyć się tak, że za grzechy pana X stado zechce im wymierzyć sprawiedliwość na własną rękę. (To tak, jakby nienawidzić kogoś za to, że jego dziadek mordował ludzi w komorach podczas wojny. Co ma jedno do drugiego? Czy odpowiedzialność za grzechy jest dziedziczna? Darujmy sobie przy okazji bełkot o grzechu pierworodnym).
Skoro już o zbrodniach wojennych mowa. Morderstwo wojenne to trudny przykład problemu moralnego. Wysyła się żołnierzy, którzy mają zabijać wroga i potem przypina im się ordery za zasługi dla kraju. Za zabijanie. To zabijanie jest usprawiedliwione, uświęcone wyższą koniecznością, a do tego nagradzane. Jak się ma przykład trenera X do przykładu żołnierza, który wykonał podobny czyn dziesięciokrotnie lub więcej? Ileż to było sytuacji, kiedy żołnierze nie tylko zabijali, ale mogli bezkarnie znęcać się nad jeszcze żyjącymi ciałami wrogów, w tym matek i dzieci?
W sumie już mi przeszło. Mój egocentryzm nie pozwolił na długo zajmować się innymi. Skierowałem myśli na swoje - w świetle tego morderstwa zapewne banalne - pole twórcze. Fakt, że od dłuższego czasu nie przedstawiłem niczego nowego, nie oznacza, że nie tworzę. Moje tworzenie polega jednak na czymś innym - na tym mianowicie, że myślę, konstruuję siebie w sobie. Staram się dociec przyczyn tych luk, które upierdliwie stają się wyczuwalne, ale będąc zbyt mętnymi, nie mogą być nazwane. Przerwa w rysowaniu stale się wydłuża. Myślałem, że to stan chwilowy, ale obawiam się, czy nie natrafiłem przypadkiem na ścianę, której rozbicie staje pod znakiem zapytania.