Kora mózgowa
Aktywność psychiczna jest w pewnym wieku rzadko osiągalna, z różnych przyczyn. Choćby z takiej, że starzejący się człowiek ukonkretnia się, zastyga jak żywica w jakimś kształcie. Przy czym, z nadmiaru wiedzy (i rozkładu), upada wewnętrzna łatwość poszukiwania możliwości, zanika dynamika i wizjonerski algorytm myślenia tak właściwy dla młodości. Dodatkowo, w tak szybko zmieniającej się rzeczywistości (używam tego słowa na określenie ludzkiej cywilizacji), mało kto jest w stanie nadążyć za nowym stanem rzeczy. Wywołuje to, szczególnie u ludzi starszych, poczucie, że ten świat nie jest ich światem. Dochodzi cała kwestia dezorientacji, niepewności, uruchomienia się nostalgii i nabierania fałszywego mniemania, że "kiedyś było lepiej". Trzeźwość myślenia, odwaga, czy brawura zamieniają się w obojętność, bądź lękliwość i niepewność, wygląd fizyczny obraca się w niwecz i nie tylko świat, lecz nawet własne odbicie w lustrze staje się obce. Końcowym wynikiem tych zależności jest usuwanie się w cień. Następuje wyłączanie się z obiegu i wegetatywne skupianie na własnej, prywatnej i niezmiennej iluzji czasu przeszłego ("konserwatyzm"). W tym punkcie krystalizują się już chyba tylko natrętne pytania o mistykę życia, o drogę dla siebie w oderwaniu od tego, co wokół. (Nie jest tak zawsze, ale generalizuję, żeby coś nakreślić... i przy okazji oswoić się z przyszłością).
Stąd też zadowala mnie ostatnia aktywizacja Kory, którą można określić jako ugodzenie w sutannę — mówię o "Zabawie w chowanego" oraz o wywiadach, choćby dla Wprost (1,2,3) czy Rzeczypospolitej. Zdaje się, że Kora przeorganizowała się i uzyskała dystans, który pozwala jej się rozliczyć z dawnych doświadczeń. Oznacza to także, że posiada dar, który podtrzymuje w niej buńczuczną ruchliwość myśli i pozwala włożyć kijek w tabu. Dodajmy do tego wszystkiego niedawny, całkiem dosadny list w obronie Palikota. Ten bohemiarski ton oskarżycielski przywołuje w myślach jej siłę z przeszłości.
Nad zagadką Kory i Maanamu zastanawiam się już od pewnego czasu. Bo zagadką dla mnie jest to, dlaczego tak dobrze przyswajam i nastrajam się w obliczu tych utworów, tych tekstów. Kontekst Maanamu jest dla mnie jak dobrze skrojona i pasująca kamizelka. Rozwiązanie tkwi, jak mi się zdaje, w tym, że urodziłem się w czasie, dla którego Maanam był ścieżką dźwiękową.


W 1983 roku Maanam miał na koncie bardzo zacny materiał i szykował się z wydaniem następnego. Urodziłem się w momencie, gdy przez polskie podwórka przelatywały już dwa albumy. Zaraz wyszedł trzeci, Nocny Patrol, ten kamień szlachetny, następnie Mental Cut , no i szczytowe zakończenie lat 80-tych w postaci Się ściemnia. Ta trójca jest chyba najbardziej esencyjna dla pierwszego Maanamu. Wszystko razem daje obraz snujących się, meduzalnych, opiumowych, wypłowiałych, betonowych ciemnych zaułków, portów, win, tang i zdrad, z towarzyszącą temu pazurzastą ekspresją sceniczną Kory, z tekstami pełnymi dynamicznych powtórzeń i zapętleń, z muzyką, która nie starała się kalkować Zachodu. Maanam miał swoją zupełnie odrębną półkę na polskiej scenie rockowej. Oczywiście będąc tak młody, nie wiedziałem tego i nie przetrwarzałem, tylko kodowałem. W okresie przejściowym dla Polski (i dla Maanamu) również przeżywałem własne przejście, stałem się bowiem siedmiolatkiem, a więc nabrałem świadomości własnego Ja i jego odrębności od świata. Wszystko, co zdarzyło się wcześniej, zapisałem w nieświadomym.


Drugi etap Maanamu to lata 90-te. Ten czas, w którym Kora przeczekała noc i ukochała poranek, dzień, weszła we wspólny język i w uwielbienie dla uniwersum, w kontakt z czystą przyrodą i świadomością na poziomie mistyczno-łóżkowym. Kiedy po latach skompletowałem muzykę Maanamu okazało się, że dobrze zarejestrowałem oba okresy (choć każdy na inny sposób). Jako odkrywca kopiący w lamusie dzieciństwa przeżyłem wówczas ciągnące się przez całą dyskografię wielkie ekscytujące deja vu. Te piosenki są po prostu znajome, czy się ich słucha czy nie. Z tak zrodzonymi sentymentami trudno dyskutować — wszystko może stać się częścią naszej nostalgii i sprawić, że pozostaniemy wobec tego praktycznie bezkrytyczni. Mam tak z kilkoma rzeczami, m.in. właśnie z drącym się, kosmiczno-balsamicznym tonem Kory. To jedna z tych iluzji przeszłości, która pozostanie ze mną prawdopodobnie do końca... Tymczasem premierę nowej płyty Kory przesunięto na przyszły rok. Wyczekuję ze spokojem i pewnością, bo jak już zdążyła pokazać Grace Jones, 60 lat to dobry wiek na artystyczny restart.
Maanam - Kadyks (1989)
Chciałbym odejść od zmysłów
Dziś długo i nudno.
Ostatnimi czasy gnębią mnie pytania natury bytowej - do tego stopnia, że zaczynam autentycznie bać się śmierci, wydaje mi się ona nielogiczna i nie na miejscu. Nie rozumiem jej.
Jestem zdania, że istota inteligentna nie powinna posiadać śmiertelnego ciała. Ba! Nie powinna posiadać ciała jakiegokolwiek. Zwierzę, jako nie posiadające świadomości siebie, nie musi się tym problemem stresować, bo nie zna nawet takich pojęć. Nie musi chcieć żyć wiecznie, doskonale spełnia rolę w przedłużaniu swego gatunku (w tym przypadku zaczynam mieć wątpliwości, co do sensu istnienia gatunków w ogóle).
Człowiek płaci dużą cenę za swoją ewolucję. Nasza świadomość siebie, naszej śmierci, nieświadomość naszego miejsca w świecie, pochodzenia - wywołują swego rodzaju stan męki. Męczy mnie to, że się skończę, że mnie nie będzie, że nie będę myślał ani nie będę nie myślał - bo coś co nie istnieje, nie posiada wogóle jakichkolwiek cech. Zaraz powstają podstawowe pytania jakie choć raz w życiu sobie każdy zadaje - więc po co to jestem? Moje życie to oczekiwanie na śmierć z jednoczesną próbą ucieczki od niej. Kończę się z jednego podstawowego powodu - mam śmiertelne ciało, moja istota jest uzależniona od ciała. Istota inteligentna, taka jak człowiek, jest stworzona do życia, nie może umierać, nie powinna - właśnie z tego powodu że jest inteligentna, że ma ŚWIADOMOŚĆ. To jakaś chora sprzeczność. Nie przekonują mnie wierzenia o życiu pozagrobowym, reinkarnacji, czy nieskończoności świadomości, bo nie dają mi one żadnego potwierdzonego konkretu, nadal czuję zagrożenie, jakiś wewnętrzny lęk, niepewność.
Czy chciałbym być zwierzęciem, istotą nieświadomą samego siebie? Przecież wtedy wszystko byłoby takie proste. Otóż nie. Jestem już człowiekiem i gdyby ktoś dał mi możliwość zamiany w zwierzę, nie pokusiłbym się. Nie chciałbym tracić tego, co mogę jako człowiek, nie chciałbym zapomnieć o tym jak to jest być człowiekiem. Jako zwierzę nawet nie byłbym świadomy tej przemiany, nie wiedziałbym o sobie, bo działałbym w oparciu o proste instynkty - a przecież chcę być nadal świadom swojej osoby. Przemiana w zwierzę byłaby równoznaczna z końcem człowieka. Jak mogę być zadowolony kiedy wiem, że się skończę? Koniec brzmi jak jakaś abstrakcja, straszna abstrakcja. Ktoś oczywiście powie, że nieskończoność jest równie niezrozumiałą abstrakcją - owszem, ale nieskończoność nie wpędza mnie w stan lęku i zwątpienia.
Ale czy wieczność nie znudziłaby mi się szybko, czy nie zacząłbym się męczyć? Nie, bo nie czułbym upływu czasu, nie odczuwałbym żadnych tego oznak. Dlatego musiałbym nie posiadać ciała.
Ale co to znaczy czysta myśl? Nie umiem sobie nawet wyobrazić czystej myśli, nie nadając jej kształtu, materii. A chodzi o to aby się pozbyć materii. I niestety nie umiem pomyśleć dalej, bo jako człowiek mierzę wszystko ludzką miarą, mierzenie inną jest dla mnie niemożliwe, przynajmniej z logicznego punktu widzenia. Jestem uwiązany tutaj w swoim śmiertelnym ciele, gdzie żyję z pragnieniem niekończenia się i obawą skończenia się.
Czasem obserwuję starszych ludzi, patrzę na ich nieporadność, na trudność z jaką starają się odnaleźć w nie-swoich czasach. To się nie powinno zdarzyć. Inteligentny człowiek to albo jakiś błąd, albo moment przejścia istoty żywej ze stanu nieświadomego zwierzęcia do stanu bezcielesnego umysłu. Jeśli to drugie, to znalazłem się w iście chujowym punkcie ewolucji, ot co!









