Skandynawskie bzdurzenie
Podnieciła mnie dyskusja o współczesnym kinie skandynawskim. Przekonywałem zebranych (Piotra, Kamila i Kasię), że mogę o tych filmach mówić nawet wówczas, gdy ich nie widziałem. Zaczęło się od tego, że Piotr i Kamil stwierdzili, że współczesne kino skandynawskie jest genialne, Bergman, etc. Zwróciłem delikatnie uwagę, że kino pokroju Bergmana nie jest już współczesne, i że współczesna Skandynawia to teren inny niż naówczas — to miejsce pewnego dobrobytu mentalno-materialnego, czyli mówiąc krótko zapewne jałowe i bezpłodne pod względem artystycznym. Utworzyli momentalnie opozycję, padły jakieś obco brzmiące nazwiska współczesnych skandynawskich reżyserów, mające za zadanie uświadomić mi, że plotę bzdury (bo nie znam nazwisk). Dowiedziałem się jedynie, że "robią dobre filmy". Nie wystarczyło mi to, bo miałem za sobą inne argumenta, wynikające z pewnych zależności, które mi się w tamtej chwili objawiły.
Tu nie chodzi o to, czy to, co mówiłem, jest faktyczne, czy nie. Interesowały mnie reakcje. Zainteresowało mnie to, że — po pierwsze — skoro oni aktywnie interesują się kinem, a ja je "tylko" oglądam, to zakładają a priori, że cokolwiek nie powiem na temat kina, wiedzą lepiej. Zacząłem domyślać się sytuacji tuż po tym, jak wyszliśmy z festiwalu Short Waves (na którym byliśmy tego samego dnia), ponieważ opinie o obejrzanych filmach dzielili między sobą, nie pytając mnie o to, co myślę. Trochę tak, jakby moja ocena była z punktu widzenia "filmowca" mniej istotna. Po drugie — nie podobają im się moje kategoryczne sądy, bo są kategoryczne, choć przecież wystarczy posłuchać ich przez 2 minuty, żeby się przekonać, że również takimi się posługują.
Stwierdziłem jedynie (aż!), że współczesne kino skandynawskie nie może nic zaoferować, a jeśli może, to tylko w formie rozwodu nad uniwersaliami, takimi jak miłość, prawda, etc. Nie odbierałem przy tym uniwersaliom wartości. Co innego było tu istotne: skandynawski brak dyskomfortu materialno-psychicznego oddala tych ludzi od jednostkowego widzenia świata. Byt określa świadomość (podtarłem się Marksem), a świadomość tych ludzi jest uśmierzona, ten żywioł twórczy jest tam przysypiający, bezbolesny i atroficzny. Dziś mogą mówić jedynie o ogólnej sytuacji człowieka w kontekście kolektywnym — gdzież tu jednak miejsce na indywidualne dramaty ego? I tak dalej, i tak dalej. Podsycanie żaru. Przyroda? Ma tam dodatkowe zabójcze działanie, bo można przy niej doświadczać formy ukojenia i szczęścia, która jest zwyczajnie niekreatywna. No chyba, że ktoś jest bardziej wrażliwym umysłem — wówczas doświadczy przy niej refleksji o uniwersaliach. Padło pytanie: "A byłeś chociaż w Skandynawii i widziałeś tę przyrodę?". Bo Piotr był, co znowu miało mi zasugerować, że jest bardziej kompetentny do udzielania tego typu ocen. Głupie pytania pozostawia się z głupią odpowiedzią, więc odparłem, że nie w tym sęk, bo nie wiem nawet czy Skandynawia istnieje.
Kamil został niechcący wmanewrowany w pozycję Piotra, właśnie w wyższe imię zaangażowania w kino. Mi z kolei nie zależało na tym, czy dochodzimy do tzw. "prawdy". Rozmowa miała im pokazać, że mogę o czymś mówić, wykonując na tym eksperymenty myślowe, że do pewnych sądów można dojść drogą domysłu, logiki, indywidualnego ujęcia i nie trzeba mieć w tym względzie szczególnego wykształcenia. Mi z kolei miała pokazać, czy faktycznie będę traktowany jako osoba, której nie pozwala się na własną ocenę kina ze względu na moje mniejsze zaangażowanie w temat. Tu nie było miejsca na "Hmm, może coś w tym jest". Było tylko "Nie, nieprawda". Rywalizacja między nami, samcami, jest generalnie przewidywalna, ale pojawił się element, który tę przewidywalność nadwątlił — Kamil utworzył swój własny, trzeci front i wyciągając w moją stronę niewidzialną dłoń stwierdził, że ten żywioł twórczy, który stał się sednem rozmowy, to przede wszystkim kwestia indywidualnego charakteru, bo są osoby (tu wskazał na mnie), które są pobudzane kreatywnie zarówno przez komfort jak i dyskomfort, i sytuacja materialno-psychiczna jest w takim przypadku drugoplanowa. Ale kwestią otwartą pozostaje dla mnie mimo wszystko pytanie czy to się może przydarzać w warunkach skandynawskich. Tu się temat trochę rozrzedził. Jedna jedyna Kasia przysłuchiwała się temu wszystkiemu bez z góry powziętych przesądów. Czy to dlatego, że szanuje każdego z nas i poczuła się rozdarta? (poza tym, że była zwyczajnie zmęczona?) Być może. Wcześniej uprzedziłem ją, gdy zasiadałem do stolika, że jestem ubrany w czarną koszulę i biały krawat, a więc na tyle kontrastująco, że będę zapewne miał bardzo stanowcze i konkretne opinie. Nie wiem czego ode mnie w tej całej rozmowie oczekiwano — towarzyskie głaskanie się to przyjemna sprawa, i zawsze jest na to czas, ale ileż można zażywać tych masaży? Przynajmniej wprowadziłem nieco pasji w rozmowę, wymieniliśmy nie tylko słowa, ale również myśli, a to ważne w sytuacji, gdy robimy to coraz rzadziej.
Tymczasem z innej, bałkańskiej beczki — złych fluidów kwietnia ciąg dalszy. Razem z Toksią za późno dowiedzieliśmy się o nowym terminie wystawy (dzień przed!) i nie było czasu na reorganizację podróży. Długie oczekiwanie, a efekt rozbrajający. Teraz jesteśmy na etapie odzyskiwania pieniędzy, które zostały w to włożone. Kondolencje oczywiście przyjmuję, można składać poniżej.
Stół, najlepiej foremny
Ja z tymi imprezami to mam tak, że z jednej strony potwornie ich nie znoszę, a z drugiej mam jednak potrzebę przebywania z innymi. Nie znoszę, bo jakość rozmów jest byle jaka. Nie chodzi mi o tematykę, chodzi mi o pasję i rozkosz wypływającą z samego bycia wobec siebie. Tego najczęściej nie ma. Ja tam przecież nie chodzę dla muzyki, tylko dla towarzystwa, dla wzajemnego przenikania się. Oczywiście tylko z tymi, z którymi chcę (a to już nieco inny temat!).
Dlatego tak lubię w lokalach stół. Rozmowa na stojąco jest jakościowo różna od tej przy stole, jest zazwyczaj nijaka, pusta, przelotna, zdawkowa i czasem aż wstyd w niej uczestniczyć. Na stojąco to mówią do siebie ludzie, którzy nie chcą się wdawać w głębsze gadki i muszą się nawzajem odbębnić. Są w gotowości do lotu, do odfrunięcia i liźnięcia kolejnej przypadkowo spotkanej osoby. Stół zaś to miejsce, które prowokuje do spojrzenia sobie w szyszynki. Jest jak szachownica, na której rozkładamy swoje figury. Mało tego, człowiek przy stole jest jakoś bardziej wylewny niż na stojąco, traktuje innych z większą uwagą. Stół to wizualizacja przestrzeni, którą pomiędzy sobą i dla siebie rozpościeramy, to pole wzajemnej wymiany, pole strategii, masowania i zderzania się temperamentów. To obszar do konstruowania relacji. Dlatego też preferuję stół nad parkiet. Tańczenie. Też nie lubię i lubię. Nie lubię, bo mnie odrywa od możliwości werbalnego uzewnętrznienia. Może dlatego często się zdarza, że na parkiecie nie przestaję mówić. Ale! Zanim tam się w ogóle znajdę, upływa zazwyczaj sporo alkoholu, jak również czasu, podczas którego niezmiennie okupuję stół.
Już wielokroć doświadczyłem tej szczecińskiej pustki lokalowej, pustki ludzi, którzy nie mają pasji do przebywania ze sobą (nawet przy stole!). Ja to widzę także u tych, których w ogóle nie znam. Przychodzą tam, bo nie wiem, bo wypada? Bo się umówili? (tylko w sumie po co?) Bo weekend? Bo nie mają co ze sobą zrobić? Bo szukają wrażeń, których i tak nie otrzymają? Nie otrzymają z prostej przyczyny: "bywanie gdzieś", a "przebywanie ze sobą" to dwie różne rzeczy. To całe łażenie po pomieszczeniu jak jakieś gołębie na rynku...
A tymczasem Kasia z Piotrem (zobacz Piotr, że Ciebie też uwzględniam!) w nowym mieszkaniu mają barek do siedzenia. To mi się podoba. To już nawet nie szachownica, to stół do ping-ponga, mini korcik tenisowy. Absolutnie fantastyczne.