Bullsik Gallery | Michał Szyksznian
12kwi/10

Polska żałoba

Jako, że nie jestem właściwą osobą do przeżywania żałoby narodowej, początkowo postanowiłem przemilczeć fakty, zarówno tutaj, jak i w innych miejscach. Ale rozmiar emocji, które przekosiły kraj, jest dla mnie czymś na tyle ciekawym, że jednak muszę otworzyć portfel i zapodać trzy grosze. Od razu powiem, że z własnego wyboru przestałem śledzić informacje o katastrofie, wypowiedzi ludzi w mediach, jak również nie odmawiam czarno-białego różańca zdjęć, puszczanego na pętli na większości polskich kanałów. Dlaczego?

To mnie właśnie najbardziej uderzyło w tym całym wydarzeniu: że mnie nie uderzyło. W zasadzie podobnie miałem z nieszczęściami w katowickiej hali, czy ze śmiercią Wojtyły. W bardziej codziennej skali również nie wpływa na mnie tych kilkanaście pogrzebów dziennie, które odbywają się niedaleko na szczecińskim cmentarzu. Wydaje mi się, że w pewnym sensie jestem wyłączony na śmierć. A na pewno na śmierć ludzi, wobec których nie przejawiam sentymentów. Włączam się na nią tylko wtedy, gdy jest ona bliżej niż ma to w zwyczaju. Gdy w zeszłym roku zniknął Jackson, to przyznaję, zwiędłem nieco wewnętrznie, zrobiło mi się źle. Jednakże źle o tyle, o ile miałem z nim styczność poprzez jego dorobek artystyczny. Tam ulokowałem pewne sentymenty i one były kluczem do refleksji, której nie dało się nijak obejść.

Zginęli ludzie reprezentatywni. Przy moim sentymencie dla kraju można by śmiało postawić znak zapytania. Równanie jest generalnie proste: sprawy państwowe zaczęły odgrywać w kontekście mojej psychiki rolę bardzo drugoplanową (żeby nie powiedzieć — epizodyczną). I nie, nie chcę przez to powiedzieć, że jestem ponad tym. Ja jestem obok tego, a to spora różnica. Stąd też jestem obok żałoby i nie ma tu żadnej iskry zapalnej, która mogłaby uruchomić we mnie współodczuwanie. Proszę mnie zrozumieć — w moim przypadku nie ma na to warunków.

Pozostaje jeszcze kwestia żałobnych reakcji. Niby nie wypada ich oceniać, ale mamy generalnie do czynienia z tym samym Festynem Śmierci, co pięć lat temu. Waga podobna, jako, że tutaj przedstawiciele państwowi, a tam, choć jeden człowiek, to jednak o randze świętego. Nie przeszkadza mi moment powagi, nie przeszkadzają mi czarno-białe strony internetowe, czarne wstążki, każdy może się uzewnętrznić ze swoimi odczuciami — nie mam w związku z tym żadnych pretensji. Ale w medialnej żałobie jest na tyle duża przesada, że momentami skręcam wargi w poczuciu zmieszania. Ciężko winić stacje telewizyjne, które niejako odgórnie są zmuszone do działania podług mechanizmu oglądalności (gazety podług poczytności, etc.). Ale wytwarza się cichy konkurs żałobny i to właśnie wywołuje chwilę przesady. Który kanał przedstawi to lepiej? Który zaprosi ciekawszych gości? Który najpełniej ujmie towarzyszące wydarzeniom emocje? (Gdy Olejniczak popłakał się w studio, to aż ukradkiem przerywali puszczany materiał filmowy, żeby pokazać, w jakiej jest ruinie). Kiedy dalej okazuje się, że już nie starcza materiału, że nie ma już zbytnio co analizować, to zaczyna się zapętlanie wokół tematu — i ten korkociąg jest jak sekcja zwłok. Takie wałkowanie trupów w betoniarce. A jest w czym przebierać. To już nie przypomina żałoby, a upajanie się śmiercią. (To nie telewizja ma tę potrzebę upojenia, tylko widz!). Jako filozof nie mam jakoś szczególnie odmiennych odczuć związanych ze śmiercią, jednakże moja refleksja na jej temat nie rodzi się w takiej sytuacji. Tutaj prędzej powstaje refleksja o tych, co żyją.

W trakcie trwania żałoby nie zabrakło również haseł. Ponownie, jak pięć lat temu, pojawił się slogan: dziś nie ma podziałów. Nieprzypadkowo. Myślę, że "brak podziałów" to najlepsze narzędzie do identyfikacji ze śmiercią. Zasada naszego codziennego funkcjonowania tkwi w nierówności. Nierówność oznacza także podziały, które na dalszą metę oznaczają aktywną i dynamiczną potencję oraz możliwości. Jeśli nie ma podziałów, to tak, jakby zamierał ruch, czyli życie. A więc refleksja żałobna przybrała tu formę chwilowej mentalnej hibernacji. Sytuacja absolutnie bierna i bezpłodna. A jednak, co ciekawe, niczym gwałtowny żywioł momentalnie zaaplikowała się w naród. Bo tylko telewizja potrafi przedstawić śmierć w tak żywy sposób.

5sie/08

Znowu on

Siedzimy wczoraj, relaks, niezmącenie i nagle Toksyczna śle smsa z Zakopanego (tak, z Zakopanego, a siedzimy akurat w mieszkaniu Meow, która zbiegiem okoliczności pojechała właśnie do Zakopanego - jak to się wszystko zazębia!), żeby włączyć na Dwójkę, bo Gombrowicz. Włączam z wypiekami i patrzymy. I tak nam obwisa wszystko z minuty na minutę. Co to kurna było?! (wypowiadam to tonem Kołaczkowskiej ze skeczu Hrabi pt. "Kobieta"). Dziś patrzę na program co to było i czytam, że to był fabularyzowany dokument pt. Rozdarcie, czyli Gombro w Berlinie. I powiem szczerze, że to powinno mieć tytuł Rozdarcie pana reżysera, czyli Gombro w Berlinie. Ten cały klimat dołu, grobu i pomoru, to cedzenie lektora, jakby z nagła odkrył bezsensowność życia i postanowił nagrać swój głos po raz ostatni, ta czarnobiałość, sepia w retrospekcji, natarczywość zagubienia, słabizna... Co to kurna było? Przecież pan Gombrowicz to człowiek o dystansie, o humorze nawet, płynny, ruchliwy w myśli, żywotny w obliczu spraw najciemniejszych, a nie taka zdechła kupa w zszarzałej kałuży. Ja tego dnia przypadkowo czytałem te berlińskie dzienniki z trzeciego tomu, więc jestem na świeżo (jak to się wszystko zazębia!). Ani przez myśl mi nie przeszło, żeby Gombrowicz się wyrażał w tym tonie fatalnym, gryząc jeszcze ziemię (a w filmie gryzł i to dosłownie). A ta śmierć wszechobecna berlińska, europejska, polska, która naraz się mu objawiła... Jakby z innego korzenia pochodziła niż to w filmie się słyszało, czuło. Jej źródłem była młodość, wonie przeszłości, zarówno samego Gombrowicza, jak i wszystkich berlińczyków okrążających go wkoło. Rozdarcie było spowodowane śmiercią Argentyny (stała się wspomnieniem), ale i śmiercią własną przy tak bliskiej obecności Polski (powrót do Polski zamykałby cykl życia). Ale tego autor chyba nie wychwycił. A może wychwycił, ale to nie brzmiało jak powyższe, tylko jak... nie wiem... rozbicie moralne wskutek zaistniałych zbrodni hitlerowskich. Teksty te same, ale zaaranżowane w sposób prawie odwrotny. Pan Wiesław Saniewski, bo to jego dzieło, przefiltrował zapewne te zależności poprzez swoje zwiędnięcie i taki też skutek: nudny, nietrafiony. Oburzyliśmy się, zawiedliśmy, jakbyśmy czekali na to tygodniami, a to przecież przypadek (przypadek?), że w ogóle włączyliśmy. Gombrowicza trzeba śledzić po jego linii w dół, do niższości, bo tym jest ostatecznie podszyty. Jego najciemniejszą ciemność najlepiej ująć, ustawiając go w dynamice, w jasnym, młodym słońcu. Jak wtedy, gdy w Kosmosie, odmłodzony o lata, szedł z Fuksem po zakopiańskim upale... (ja nie jestem przesądny i staram się wierzyć w istnienie zbiegów okoliczności, ale to już na bank nie zazębia się przypadkowo).

1lut/04

Chciałbym odejść od zmysłów

Dziś długo i nudno.
Ostatnimi czasy gnębią mnie pytania natury bytowej - do tego stopnia, że zaczynam autentycznie bać się śmierci, wydaje mi się ona nielogiczna i nie na miejscu. Nie rozumiem jej.
Jestem zdania, że istota inteligentna nie powinna posiadać śmiertelnego ciała. Ba! Nie powinna posiadać ciała jakiegokolwiek. Zwierzę, jako nie posiadające świadomości siebie, nie musi się tym problemem stresować, bo nie zna nawet takich pojęć. Nie musi chcieć żyć wiecznie, doskonale spełnia rolę w przedłużaniu swego gatunku (w tym przypadku zaczynam mieć wątpliwości, co do sensu istnienia gatunków w ogóle).
Człowiek płaci dużą cenę za swoją ewolucję. Nasza świadomość siebie, naszej śmierci, nieświadomość naszego miejsca w świecie, pochodzenia - wywołują swego rodzaju stan męki. Męczy mnie to, że się skończę, że mnie nie będzie, że nie będę myślał ani nie będę nie myślał - bo coś co nie istnieje, nie posiada wogóle jakichkolwiek cech. Zaraz powstają podstawowe pytania jakie choć raz w życiu sobie każdy zadaje - więc po co to jestem? Moje życie to oczekiwanie na śmierć z jednoczesną próbą ucieczki od niej. Kończę się z jednego podstawowego powodu - mam śmiertelne ciało, moja istota jest uzależniona od ciała. Istota inteligentna, taka jak człowiek, jest stworzona do życia, nie może umierać, nie powinna - właśnie z tego powodu że jest inteligentna, że ma ŚWIADOMOŚĆ. To jakaś chora sprzeczność. Nie przekonują mnie wierzenia o życiu pozagrobowym, reinkarnacji, czy nieskończoności świadomości, bo nie dają mi one żadnego potwierdzonego konkretu, nadal czuję zagrożenie, jakiś wewnętrzny lęk, niepewność.
Czy chciałbym być zwierzęciem, istotą nieświadomą samego siebie? Przecież wtedy wszystko byłoby takie proste. Otóż nie. Jestem już człowiekiem i gdyby ktoś dał mi możliwość zamiany w zwierzę, nie pokusiłbym się. Nie chciałbym tracić tego, co mogę jako człowiek, nie chciałbym zapomnieć o tym jak to jest być człowiekiem. Jako zwierzę nawet nie byłbym świadomy tej przemiany, nie wiedziałbym o sobie, bo działałbym w oparciu o proste instynkty - a przecież chcę być nadal świadom swojej osoby. Przemiana w zwierzę byłaby równoznaczna z końcem człowieka. Jak mogę być zadowolony kiedy wiem, że się skończę? Koniec brzmi jak jakaś abstrakcja, straszna abstrakcja. Ktoś oczywiście powie, że nieskończoność jest równie niezrozumiałą abstrakcją - owszem, ale nieskończoność nie wpędza mnie w stan lęku i zwątpienia.
Ale czy wieczność nie znudziłaby mi się szybko, czy nie zacząłbym się męczyć? Nie, bo nie czułbym upływu czasu, nie odczuwałbym żadnych tego oznak. Dlatego musiałbym nie posiadać ciała.
Ale co to znaczy czysta myśl? Nie umiem sobie nawet wyobrazić czystej myśli, nie nadając jej kształtu, materii. A chodzi o to aby się pozbyć materii. I niestety nie umiem pomyśleć dalej, bo jako człowiek mierzę wszystko ludzką miarą, mierzenie inną jest dla mnie niemożliwe, przynajmniej z logicznego punktu widzenia. Jestem uwiązany tutaj w swoim śmiertelnym ciele, gdzie żyję z pragnieniem niekończenia się i obawą skończenia się.
Czasem obserwuję starszych ludzi, patrzę na ich nieporadność, na trudność z jaką starają się odnaleźć w nie-swoich czasach. To się nie powinno zdarzyć. Inteligentny człowiek to albo jakiś błąd, albo moment przejścia istoty żywej ze stanu nieświadomego zwierzęcia do stanu bezcielesnego umysłu. Jeśli to drugie, to znalazłem się w iście chujowym punkcie ewolucji, ot co!

17gru/02

Śmierć Goethego

Ze śmiercią pewnego niezwykle płodnego pisarza, Goethego, wiąże się ciekawa rzecz. Ostatnie zdanie jakie wypowiedział na łożu śmierci brzmiało: "Więcej swiatła". Powstały potem spekulacje - co też ten Goethe chciał przez to przekazać? Jedni twierdzili stanowczo, że chciał, aby do ciemnego pokoju, w ostatniej godzinie jego życia, wpuszczono po prostu trochę światła. Inni z kolei zinterpretowali to w ten sposób, że Goethe chciał powiedzieć, że cywilizacja gnije w mroku i trzeba ją oświecić, że potrzebna jest idea, która wprowadzi na nowo harmonię.

Powstaje w mojej głowie pytanie. Czy jeśli ostatnim zdaniem dokonującego żywota Goethego byłoby na przykład: "Wywietrzcie", to czy zinterpretowano by to w podobny sposób?

Living on video

Grace Jones - Corporate Cannibal (2008)

UserOnline

Users: 2 Guests

Meta

Ostatnie prace

Ostatnie komentarze

Popularne wpisy

Archiwum

Last.fm

Tagi

alchemia alkohol Batman Bitter Glitter Bluewater Productions David Bowie David Lynch fantasmagorie film filozofia Friedrich Nietzsche Gombrowicz Google Grace Jones Grecja Justin Bieber kino koncert Kraków Którędy? Lady Gaga libido literatura Madame La Kukuruku MansonPl Marilyn Manson miasto Michael Jackson muzyka podróż porno praca magisterska prace publikacje sny studia szkice sztuka telewizja urodziny Warszawa wystawa youtube znajomi śmierć