Samemu
Pewien miły imiennik napisał mi ostatnio, że podziwia to, do czego zdołałem sam w życiu dojść. Rzecz jasna, nie doszedłem do czegoś znaczącego jeśli chodzi o karierę zawodową (ośmielę się stwierdzić nawet, że nie doszedłem w tej kwestii do niczego, ponieważ nadal tak naprawdę nie wystartowałem należycie). Chodziło mu bardziej o położenie akcentu na słowo "sam". W odpowiedzi przeczytał ode mnie, że jestem amatorem samouctwa, tudzież samodoskonalenia. I tak się zastanawiam, czy to dobre nazwy. Bo z jednej strony są bardzo adekwatne, dążę do czegoś na własną rękę, sam się uczę, nie znoszę porad. (Każda porada "artystyczna" wywołuje we mnie poczucie, że ktoś mi odebrał możliwość ruchu i że na własną rękę muszę wymyślić coś innego. Nie mogę znieść tego, że sam na coś nie wpadłem, że sam czegoś nie odkryłem. Istotny jest w tym wszystkim smak i rozmiar satysfakcji, która towarzyszy mojemu działaniu. To w pewnym sensie paliwo napędowe). Z drugiej jednak strony samouctwo (a więc rzecz nie będąca wynikiem obowiązku, a przyjemności - i to dawkowanej wedle widzimisię) wytwarza dziury w wykształceniu. Weźmy literaturę: nie przeczytałem wiele. A, że lubię dyskutować o tym, co znam, mam nieco zawężone pole popisu. W tym sensie można mnie nazwać zarówno samoukiem, jak i niedoukiem. Obie etykiety poprawne.
To wszystko są składowe większego obszaru o nazwie samorealizacja. A realizujemy się na różne sposoby: albo poszukując czegoś dla siebie, albo rzucając się w wir tego, co już mamy, albo - w tych problematycznych przypadkach, gdy cierpimy nieokreślenie własnej osobowości - pasożytujemy na działaniach innych ("Chcesz to czytać? Ja przeczytam pierwszy! Chcesz się tego nauczyć? Ja też się nauczę! Chcesz wziąć kredyt? Ja też wezmę!"). W ostatnim przypadku rzecz może przybierać niezdrową formułę, ponieważ człowiek naładowany potrzebą zrobienia czegoś, a niemający na siebie pomysłu, jest gotów rzucić się na cokolwiek, histerycznie próbować wszystkiego, co może, aby tylko przybrać jakiś kształt i imię, żeby nadać sobie jakieś znaczenie. U mnie jest zgoła inaczej. Czasami łechce mnie ledwie sama myśl o tym, że byłbym w stanie coś dobrze zrobić. Na przykład: jako osoba mająca wyczucie estetyczne (szczególnie w dziedzinie kompozycji i koloru) i jako osoba, która wkłada w swoje wizualizacje pewien wysiłek intelektualny (nawet jeśli go nie widać), wiem, że gdybym miał fajny sprzęt fotograficzny, to trzaskałbym dobre foty. Wystarcza tu sama świadomość tego, że coś mógłbym, ale nie muszę zaraz próbować, żeby coś światu udowadniać. Ma to oczywiście swoje złą stronę, bo często gasi od progu entuzjazm w kwestii zamieniania myśli w ciało. W konsekwencji bywa, że wielokrotnie nie pokazuję innym barw mojego przeżycia wewnętrznego (przez co słowo "sam" nabiera specyficznego znaczenia.) Przecież nietrudno zauważyć, że mniej rysuję. Staram się nadrabiać pisaniem, zyskując na czasie. A nie mogę siebie popędzać, na razie poprzestaję na obserwowaniu sytuacji, ponieważ wymuszanie czegoś zwiastuje często marne plony.
A skoro już przy słowie "sam" jesteśmy, mój ulubiony Sam to świętej pamięci najbrzydszy pies świata:










