Makroprozopus

Tym słowem określa się w skrócie jeden z licznych symboli wyrażających hermetyczno-alchemiczne formuły. Jest to figura heksagramu, utworzona z boskiej sylwetki, wraz z towarzyszącym jej ludzkim odbiciem. Wyznawcy tajemnych doktryn wierzyli, że Mikrokosmos i Makrokosmos są ze sobą nierozerwalnie związane, i że Makrokosmos (bóg, uniwersum, duch) wpływa bezpośrednio na Mikrokosmos (człowieka, materię) — stąd też, między innymi, powszechność wiary we wpływ ciał niebieskich na nasze życia, czyli w horoskop i astrologię. Dziś byśmy powiedzieli, że pod mikrokosmos można przypisać rzeczywistość na poziomie cząsteczkowym, z całym swoim kosmosem jąder i elektronów. W ten sposób stałaby się lustrzanym odbiciem wszechświata w skali makro.
"Jako na górze, tak i na dole" — tymi słowami rozpoczyna się tekst mitycznej szmaragdowej tablicy Hermesa Trismegistosa. Obie sfery (mikro i makro) są reprezentowane przez dwa trójkąty, które są sobie przeciwne, a jednak splatają się wzajemnie i przenikają się (dziś symbol ten nazywa się również Gwiazdą Dawida). Dualizmy, dychotomie jednego uniwersum. Wokół tego wszystkiego Uroboros, wąż symbolizujący cykliczność świata we wszystkich jego aspektach.
Przy ostatnim portrecie Mansona wykorzystałem te właśnie zależności. Zresztą sama idea Marilyn Manson jest ich genialnym reprezentantem. Mamy dychotomię, świat kontrastów, cykliczność twórczą, transformację, etc. Inicjały Mansona służą mi tu jednocześnie za Mikro- i Makro-. Wartość każdej z nich to 13, stoją akurat w połowie łacińskiego alfabetu, który zawiera 26 symboli. 26 to również hebrajski Tetragrammaton, czyli imię Boga YHVH. Tutaj interpretowane jako jednia, pełnia, całość, nieskończone kontinuum, w którym rozgrywają się dramaty przeciwieństw. "Jako na górze, tak i na dole, a jak na dole, tak i na górze, aby czynić cuda Jednej rzeczy" — to jeden z tych najbardziej wstrząsających i poetyckich cytatów dawnej alchemii.
WulkAnus
Według starożytnego przeświadczenia makrokosmos ma bezpośredni wpływ na mikrokosmos, z którym to się wzajemnie przenika i zjednuje. Ponoć w kwietniu mamy "zły układ planet". Widać to po katastrofie w Smoleńsku, po trzęsieniu ziemi w Tybecie, jak również po tym, że islandzki wulkan postanowił spierdzieć się na całą Europę. Tkwiący w tym zbieg okoliczności zaczął mnie poważnie denerwować: wulkan aktywował się tam, gdzie są masy lodu, dzięki czemu w połączeniu z magmą mógł dać na tyle gigantyczną chmurę, żeby sparaliżowaćć ruch w przestrzeni powietrznej całego kontynentu— i zrobił to akurat wtedy, gdy raz w ciągu 26 lat mam lecieć, żeby spotkać się z Mansonem. A podróż dopięliśmy na ostatni guzik i wierzyliśmy do ostatniego momentu w jej powodzenie. Na pół godziny przed wyruszeniem uzyskaliśmy informację o tym, że anulowano nam lot. Jednocześnie Manson dał znać, że też nie ma możliwości przylotu i przekłada wystawę na następny tydzień. Szczęście w nieszczęściu. Niedługo podejście drugie, a tymczasem niepewność i czas przebukowań.
Jednocześnie spieszę donieść, że w zeszłym żałobnym tygodniu osiągnąłem niespotykaną dla siebie wydajność w postaci wykończenia aż trzech prac. Najpierw portret Ellen DeGeneres dla BlueWater, na okładkę drugiego wydania jej les-biograficznego komiksu (pierwsze rozeszło się na przestrzeni tygodnia). Potem Justin Bieber zaaranżowany po trosze na postać Małego Księcia, również dla BlueWater. A na zwieńczenie zupełnie nowy Manson, tym razem o alchemiczno-hermetycznym zapaszku, w pozycji, która reprezentuje owo przenikanie się świata makro i mikro. Praca ta, tuż obok angielskiego wydania "Ferdydurke", jest częścią prezentu, którego jeszcze nie dowiozłem na miejsce.
Amerykański Artysta
Trochę na temat ostatniej pracy, "American Artist". 5 stycznia Manson obchodził swoje urodziny i z tej też okazji otrzymał ode mnie drugi obraz, tym razem w całości wykonany cyfrowo. Koncepcja klarowała mi się od Nowego Roku. Manson był jeszcze w świątecznym nastroju i wałkował jeden ze swoich ulubionych filmów, American Psycho, co sugerował wszem i wobec w swoich statusach i zdjęciach na MySpace. Chodziło mi o przełożenie tego filmu na język jego życia. Postanowiłem zrobić coś na kształt fikcyjnego plakatu filmowego, z wykorzystaniem sławetnej wizytówki.
Kiedyś, jeszcze za czasów Holy Wood (2000), Manson powiedział, że pomiędzy artystą, a seryjnym mordercą jest cienka granica. Chodziło o to, że obaj kierują się tym samym rodzajem pasji i obsesji, lecz artysta posiada inne narzędzia do wyrażania tego. Podmieniłem Mansona na Patricka Batemana, a zamiast Jean (jedyna kobieta, którą Bateman brał w ogóle pod uwagę jako potencjalną bliską duszę) na białej kanapie siedzi Evan Rachel Wood. Manson, podobnie jak Bateman, fantazjuje o zabiciu jej, lecz koniec końców wykorzystuje pistolet na gwoździe, aby złączyć wspólnie ich dłonie. Mamy zatem wspólnotę krwi, pasję cierpienie i miłość – zawarte w jednym geście. Manson "robi dziury w szczęściu", w nawiązaniu do piosenki "Putting Holes in Happiness", przez co tytuł ten nabiera nieco innego sensu. Zresztą napisał tę piosenkę trzy lata wcześniej, również w swoje urodziny. Wówczas był to początek jego związku z Wood, a obecnie para się zaręczyła (o czym nie wiedziałem w trakcie rysowania tego plakatu!). A zatem wszystko jest do siebie dopasowane jak tylko się da.
2 stycznia zrobiłem trochę szkiców i bazgrołów, poszukując kompozycji. Gdy już udało mi się zbliżyć do tego, co chciałem, rozpocząłem ostateczne szkicowanie na komputerze. Pracę skończyłem o czwartej rano 5 stycznia. Efekt nieco za czysty, kliniczny, ale koniec końców tak mi się podobało. Czysto jak w mieszkaniu Batemana. Tego dnia musiałem jechać z samego rana pomóc matce w pracy, byłem zatem potwornie wymęczony i niewyspany, a w dodatku o 13:00 szykowała mi się audycja w radiu Szczecin.fm. Wszystko na wariackich papierach, ale dałem radę, zdążyłem, wysłałem z pozdrowieniami.
Nie publikowałem tej pracy, ale sześć dni później Manson wstawił ją na swój MySpace, podpisując: "obrazek urodzinowy. utalentowany kolega, jego imię widnieje w tekście napisanym małą czcionką. erekcja.". Strasznie miła forma podziękowania, szczególnie, że zrobił mi przy okazji trochę "reklamy". Co ciekawe, ludzie zaczęli masowo dzwonić na numer podany na wizytówce, spodziewając się usłyszeć... no właśnie, kogo? Numer w całości sfabrykowałem, klecąc go z paru symbolicznych liczb. Dzwonili tak co najmniej tydzień, a najśmieszniejsze jest to, że okazało się, że taki numer faktycznie istnieje i koleś, który odbierał telefon w Detroit nie był zapewne w najlepszym nastroju.
Jest parę nowizn w tej pracy. Po pierwsze, brak konturów, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Po drugie, inny rodzaj kompozycji obrazu niż to miało miejsce dotychczas.
Jestem z niej zadowolony. Zresztą, gdybym nie był, to bym raczej jej nigdzie nie wysłał.
Co poeta miał na myśli
Czemu ja nie opisuję swoich ilustracji? Wstawiam je niemo w galerię, jedynie z krótką notką, z bonusowym podpisem. W zeszłym roku było parę okazji do przeprowadzenia dłuższych prezentacji, ale nie podjąłem się. Zatem w ramach uporządkowań słów kilka o wybranych pracach.
Michał zmagający się z korporacyjnym kanibalem
To było pierwsze, co narysowałem po rzuceniu pracy. Z jednej strony tytuł nawiązuje do piosenki Grace Jones, z drugiej zawarłem w tym gest nawiązujący do św. Michała walczącego ze smokiem. Nie mam skrzydeł, ponieważ jako Michał jestem człowiekiem. Zależało mi, aby nie wchodzić w banał potwora z zębami, więc pozbawiłem kanibala szczęki i ująłem jego głowę w formie głowonoga. Operacja ta podkresliła klimat "retro" i całość udało się ująć w nawiązaniu do ilustracji z lat 70. i 80. Kompozycję oparłem na złotej spirali.
Portret Mansona z czasów teledysku Long Hard Road Out of Hell (12 lat temu!). Praca jest rozwinięciem jednego z pomysłów Duchampa. Otóż Duchamp wziął pewnego razu Monę Lisę i domalował jej wąsy. Pracę zatytułował L.H.O.O.Q., co czytane po francusku dawało w wolnym tłumaczeniu wynik "ona jest napalona". Podmieniłem Monę Lisę na Mansona, a tytuł przetransformowałem na pierwsze litery słów tworzących tytuł wspomnianej piosenki. Sens Duchampowski został zlikwidowany, Manson przejął całość.
Obsada mojego ulubionego filmu porno, Taboo. Zresztą to jeden z pierwszych, które widziałem, jeszcze w dzieciństwie. Film powstał w 1980 roku, czyli w czasach kosmatego naturalizmu i jest pierwszą częścią dłuższej serii. Dramat ten (bo wówczas pornusy miały fabułę) opowiada historię Barbary, porzuconej przez męża kobiety w średnim wieku. Poszukiwanie szczęścia przedziwnym splotem wydarzeń wiedzie ją do łóżka syna. Barbara musi sama zmagać się moralnymi konsekwencjami incestu, ponieważ jej najbliższa przyjaciółka Gina, która jest erotomanką, wcale w niczym nie pomaga. Klasyk, polecam. Zwiastun tutaj.
Portret na zamówienie, przedstawiający Marcina Kubickiego z magazynu Gitarzysta. Marcin jest wieloletnim fanem Mansona. To również dzięki niemu obraz "Director's Cut" znalazł się w Stodole i trafił do odpowiednich rąk, które przekazały go dalej. Przy portrecie skupiliśmy się na umiejscowieniu go w realiach którejś z płyt Mansona. Obmyśliliśmy w końcu Eat Me, Drink Me oraz pierwszą sesję zdjęciową dla tego okresu, którą wykonał Perou. Aby uniknąć wrażenia oszczędności, jaka charakteryzowała tę sesję, postanowiłem wprowadzić tło w postaci ciemnych, "mięsnych" ścianek i żyłek, które mogłyby przywoływać na myśl ludzkie ciało, czy może nawet wnętrze ludzkiego serca.
Ostatnia praca z 2009 roku, a zarazem pierwsza jaką kiedykolwiek poświęciłem Gombrowiczowi (nie licząc magisterskiej!). To rzadki Gombrowicz, bo Gombrowicz młody fizycznie. Przyłapany przed lustrem, z perspektywy podglądacza. Wbrew pozorom on nie ściąga tu z siebie skóry, on ją nakłada. To jaki jest naprawdę, jest ciemne i mętne. Widzimy go takim, jakim on chce, abyśmy go widzieli. Wizualny koncpet, z którego jestem szczególnie dumny. Tytuł nawiązuje do debiutu literackiego Gombrowicza (Pamiętnik z okresu dojrzewania) i wskazuje jednocześnie na najbardziej dynamiczny okres jego formowania się.
Spotkanie z Mansonem i “Director’s Cut”
Koncert Mansona w Polsce był dla fanów wydarzeniem na miarę przyjazdu papieża, z całą pielgrzymką, przygotowaniami, etc. Szczególnie dla tych, którzy mieli go zobaczyć po raz pierwszy. Ci, którzy widzieli go w Polsce w 2001 i w 2003 roku byli przede wszystkim stęsknieni — koncert za granicą nie wywołuje takich emocji jak koncert we własnym kraju, co jest zresztą głupie do szpiku, ale wszyscy uwikłali się w to uczucie, łącznie ze mną i najzwyczajniej w świecie mi to nie przeszkadzało.
Mniej więcej na tydzień przed koncertem rozpocząłem pracę nad obrazem, który miał być ultymatywnym ujęciem ostatniej płyty Mansona The High End of Low. Początkowo chciałem rzecz rozwiązać w standardowy dla siebie sposób, tj. łącząc tradycję z cyfrówką. Ale w środku wiedziałem, że potrzebuję czegoś jeszcze większego. Pomyślałem nieufnie o nieużywanym od czterech lat podobraziu. Ale olejne odpadały, przede wszystkim dlatego, że to żmudny proces schnięcia, a absolutnie nie było na to czasu. Pozostało inne rozwiązanie — akryle.
Problem tkwił w tym, że jeśli chodzi o tę technikę, to niczego nie byłem pewien. Mówiąc krotko: nigdy nie używałem akryli, no chyba, że białej do łączenia z temperami (i to w czasach paleozoiku, gdy chodziłem do Plastyka). Miałem do zagospodarowania przestrzeń o wymiarach 50 x 70 cm, a więc ani małą, a ani dużą ("pomiędzy"). Nic pewnego, zupełne ryzyko. Ale czemuż nie! Jeśli się nie uda, to trafi mnie szlag, ale gdyby tak... Szybkie konsultacje. Kamil stwierdził, że powinienem zadziałać.
Są rzeczy, do których wstyd się przyznawać, ale ja nawet lubię przyznawać się do nich publicznie. To ten typ ekshibicjonizmu, który koniec końców mnie nie deprecjonuje, a utrzymuje na tej samej platformie (rzecz do zbadania!). Enyłej, tak jak unikam całe życie wszelkiego rodzaju tutoriali i chełpię się samouctwem, tak tutaj, chyba ze strachu przed ryzykiem, zmusiłem się do obejrzenia paru filmów wideo pokazujących użycie techniki akrylowej — ot, dziadek malujący łódki na plaży, krok po kroku nakłada kolory. Generalnie tutorial nie nauczył mnie niczego więcej niż czestego wycierania pędzli i moczenia ich w wodzie. Czas może i stracony, ale psychicznie otrzymałem większe poczucie pewności co do tego, co zamierzam zrobić.
Jak się tworzy ultymatywną ilustrację do czegokolwiek? Siadasz i obtaczasz się muzyką, zdjęciami i wszystkim tym, co związane z twoim tematem. Jeśli masz lotny umysł wówczas szybko przeprowadzisz asocjacje, które w tym wszystkim jeszcze nie istnieją, które są gdzieś zawarte potencjalnie i czekają na wydobycie. Esencjonalną częścią tej płyty była sypialnia Mansona, w której odizolował się od świata na trzy miesiące po tym, jak odeszła od niego Evan Rachel Wood. Tak powstawały na ścianach liryki, pojedyncze słowa, mentalne wytryski. Tam w otoczeniu lamp filmowych i maszyn do dymu Manson, bazując na niczym innym jak tylko na momencie, w którym się znalazł, tworzył świat swojej płyty, swój "film", swoje życie. To samo w sobie jest już na tyle inspirujące, że potrzeba mi było niewiele więcej.
W tym samym czasie wyszło na jaw, że niektóre zdjęcia na płytę robiła Wood. Okazało się zatem, że para zeszła się na krótko, ze trzy miesiące przed premierą płyty — Wood pomagała Mansonowi w tworzeniu materiału, który w pewnym sensie był wobec niej rozżalony, wrogi i nieprzyjazny. Szczególnie, gdy weźmiemy pod uwagę wideo, które Manson nakręcił kilka miesięcy później, w którym to sięga do najczarniejszych rejonów swojego poczucia romatyzmu i dobija pięściami sobowtóra Wood. Ta wiedza podelektryzowała mnie na tyle, że automatycznie pojawił się w mojej głowie całościowy wizerunek obrazu. Manson-reżyser, siedzący w swojej sypialni podczas tworzenia "filmu" The High End of Low, dokonuje na Wood reżyserskiego cięcia (inaczej montażu — gra słów).
15 listopada obraz był ukończony, dwa dni później wiozłem go do Warszawy. Jako, że nie byłem w stanie własnoręcznie go dostarczyć, poprosiłem o to Marcina Kubickiego, który miał do Stodoły dostęp od strony prasy. Byłem spokojny, Manson miał dostać mój obraz i to było najważniejsze. W tym punkcie przeżyłem jeden z najboleśniejszych skrętów jelit w swoim życiu, ponieważ Marcin poinformował mnie, że Mansonowi tak się obraz spodobał, że zażyczył sobie spotkania ze mną po koncercie. W końcu, po 10-ciu latach otworzyły się nade mną niebiosa i zatrąbili anieli.
Miałem czekać na informacje od niego, koniec końców w umówione mmiejsce przyprowadzono do mnie menadżera trasy, który obściskał mi ręce, pogratulował talentu i wyznał, że dawno nie widział Mansona tak szczęśliwego. Już sama ta informacja pokazywała, że misja została ukończona w jak najlepszy sposób i w zasadzie nie musiałbym prosić o nic więcej. I nie prosiłem, samo przyszło — menago wcisnął mi dwie wejściówki na backstage (jedną dla mnie, drugą dla Toksycznej, którą wziąłem jako swoją towarzyszkę), poinstruował gdzie się stawić i czekać po koncercie, po czym zniknął równie radośnie jak się pojawił.
Świadomość tego, że Manson czeka na mnie po koncercie była nieco nie do ogarnięcia. To tak, jakby mi powiedziano, że w kawiarni Rex czeka na mnie Gombrowicz. Tu już nie chodzi o to, że to jest mój artystyczny autorytet, czy intelektualny przyjaciel. Prosta niewiadoma — czego się spodziewać? Absolutnie chuj wie czego. I gdy tak po koncercie krążyliśmy i oczekiwaliśmy na backstage'u na znak od menadżera, gdy nas podprowadzono pod te niewiadome schody i niewiadome drzwi, i gdy w tej całej pożerającej niewiadomej spojrzeliśmy sobie z Mansonem oko w oko, wówczas na chwilę sens się zawiesił i rozpoczął się wzajemny proces zrównywania się ze sobą. Rozpoczął od uścisków dłoni, gratulacji i podziękowań. Zaskakujące, wszystko na odwrót — a jednak teraz wiem, że potrzebowałem w tym uczestniczyć i potęgować poczucie, że relacja fan-idol jest dla tej chwili nieadekwatna, i że transformujemy to w coś innego. Staliśmy wobec siebie jak dwóch artystów, dwa silne indywidua — w tym cały myk. Miałem przewagę, bo wiedziałem o nim więcej niż mógłby kiedykolwiek przypuszczać. On nie wiedział o mnie nic, poza tym, że mamy porozumienie mentalne. I w tej konfiguracji zaserwował mi siebie jako przyjaciela. Wytłumaczyłem mu, że w pewnym sensie przyjaźnie się z nim już od dekady.
Omawialiśmy obraz pod paroma względami, nie tylko techniki wykonania (Manson maluje akwarelami), ale i tego co w nim zawarte. Nie myliłem się, to odzwierciedlenie tego, co skrywa The High End of Low. I on to widział za każdym razem, gdy się temu przyglądał. Dodatkowo był zaskoczony wiernością z jaką oddałem szczegóły poszczególnych elementów. Dotłumaczyłem parę kwestii, kurtuazyjnie, abyśmy mogli się wspólnie popodniecać. I tak: dobór kolorów odzwierciedla kolorystykę okładki albumu, niektórych zdjęć promo, jak również kolorystykę ujęć oficjalnej wersji klipu Arma-Goddamn-Motherfucking-Geddon. Jest też symboliczny dla kontrastu wytwarzanego przez sformułowanie 'Marilyn Manson'. Strój Mansona również pochodzi z tego klipu (miałem okazję przymierzać marynarkę, którą dla mnie wygrzebał z garderoby). I jeden z gwoździ wieczoru — zegar wskazujący 6:19, ważną dla Mansona liczbę (z punktu widzenia fetyszysty numerologicznego). Dowiedziałem się przy okazji, że spośród ścian sypialni wybrałem tę bardziej pozytywną, w której zawarta była 'nadzieja' na ratowanie relacji z Wood. Ściana negatywna znajduje się oryginalnie po prawej stronie i zawiera bardziej zrozpaczone i wściekłe wyznania, zakreślone tuż po tym jak uświadomił sobie z całą pewnością, że związek ten jest nie do odratowania.
Przypadek sprawił rzecz następującą. Jak się okazało dzień po Warszawie Manson miał się spotkać z Wood w Berlinie, prawie dokładnie w rocznicę ich rozstania. Przyznał, że wracają do siebie i dodał, że mój obraz bardzo się jej spodoba. Dziś wiem, że Evan widziała Director's Cut i że oglądała go z satysfakcją, stwierdzając przy okazji filuternie, że jej piersi wyglądają na całkiem spore. Nie wiem czemu, ale zawsze rysuję większe niż powinienem.
Reszty spotkania z Mansonem nie będę tu przedstawiał, robiłem to już gdzie indziej — zresztą tematycznie najistotniejsze dla tego wpisu jest przedstawienie kwestii związanych z obrazem. Dodam jeszcze tylko, że jeśli chodzi o sam koncert, to był wyśmienity i być może najlepszy spośród pięciu, na których do tej pory byłem. 17 listopada był dla mnie w pewnym sensie jednym z tych najważniejszych punktów kulminacyjnych, w których wydarza się to, co uznaje się za średnio możliwe. To są momenty, które automatycznie ubierają się w swoją własną mitologię i prawdopodobnie utrwalają się w mózgu w formie nowego zakrzywienia na korze mózgowej. A zatem ku pamięci. Etc.
“Happy birthday, Mr. President”
Ilustracja do rozdziału 10-go z nigdy nie wydanej książki Holy Wood Marilyna Mansona. Rysunek pochodzi z mojego szkicownika, w którym został nakreślony ołówkiem automatycznym i szarymi markerami. Kolory wyciągnąłem w Photoshopie.
Parę słów wyjaśnienia:
W 2000 roku miał powstać film Holy Wood. Manson w oparciu o swoją płytę przygotował scenariusz, który miał zrealizować razem z Alejandro Jodorowsky'm. Johnny Depp miał grać Prezydenta. Były nawet pieniądze. Nie było zgody wytwórni filmowej na wszystkie sceny. Projekt zatem został wstrzymany. Manson więc zaczął przerabiać scenariusz na tekst książki. Książka koniec końców utkwiła w 2002 roku u wydawcy, gdzie została wstrzymana z okazji tajemniczych powodów religijno-prawnych. Projekt zahibernował i hibernuje po dziś dzień.
Około dekady temu w Walentynki Manson zamieścił w internecie dla fanów fragment 10-go rozdziału - ni to scenariusza, ni to tekstu literackiego. To jedyna część historii, która została kiedykolwiek upubliczniona.
Projekt ten ma swoją fascynującą historię walki artystów o swoje, o której można przeczytać w tym artykule. Natomiast tłumaczenie opisywanego fragmentu tekstu znajduje się tutaj.
Aladdin Sane
Do galerii zawitała ostatnio kolejna twarz Davida Bowie. Tym razem jest to figura wymyślona na potrzeby albumu kontynuującego glamowy wątek Ziggiego Stardusta. Aladdin Sane (1973) to Ziggy w parafrazie amerykańskiej, jego kontynuacja, wchodząca w fazę globalną. Przygotowując się do tego rysunku wymyśliłem kilka ustawień rąk, z których najbardziej przypadło mi do gustu to, które widać w efekcie finalnym. Po części sztucznawe, sztywnanwe, ale w prosty i zaskakujący sposób wyrażające hermetyczną maksymę jedności i równowagi sił konstrukcji i destrukcji, dobra i zła. Z drugiej strony nie da się oprzeć wrażeniu obecności konotaji swastycznych (sugerujących pomyślność), być może zwiastujących transformację w przyszłą postać Thin White Duke'a. To się zazębia na tyle dobrze, że warto było z tego skorzystać. Taki Bowie-amulet.
Główną inspiracją były dwie następujące fotografie/grafiki: 1, 2.
Samemu
Pewien miły imiennik napisał mi ostatnio, że podziwia to, do czego zdołałem sam w życiu dojść. Rzecz jasna, nie doszedłem do czegoś znaczącego jeśli chodzi o karierę zawodową (ośmielę się stwierdzić nawet, że nie doszedłem w tej kwestii do niczego, ponieważ nadal tak naprawdę nie wystartowałem należycie). Chodziło mu bardziej o położenie akcentu na słowo "sam". W odpowiedzi przeczytał ode mnie, że jestem amatorem samouctwa, tudzież samodoskonalenia. I tak się zastanawiam, czy to dobre nazwy. Bo z jednej strony są bardzo adekwatne, dążę do czegoś na własną rękę, sam się uczę, nie znoszę porad. (Każda porada "artystyczna" wywołuje we mnie poczucie, że ktoś mi odebrał możliwość ruchu i że na własną rękę muszę wymyślić coś innego. Nie mogę znieść tego, że sam na coś nie wpadłem, że sam czegoś nie odkryłem. Istotny jest w tym wszystkim smak i rozmiar satysfakcji, która towarzyszy mojemu działaniu. To w pewnym sensie paliwo napędowe). Z drugiej jednak strony samouctwo (a więc rzecz nie będąca wynikiem obowiązku, a przyjemności - i to dawkowanej wedle widzimisię) wytwarza dziury w wykształceniu. Weźmy literaturę: nie przeczytałem wiele. A, że lubię dyskutować o tym, co znam, mam nieco zawężone pole popisu. W tym sensie można mnie nazwać zarówno samoukiem, jak i niedoukiem. Obie etykiety poprawne.
To wszystko są składowe większego obszaru o nazwie samorealizacja. A realizujemy się na różne sposoby: albo poszukując czegoś dla siebie, albo rzucając się w wir tego, co już mamy, albo - w tych problematycznych przypadkach, gdy cierpimy nieokreślenie własnej osobowości - pasożytujemy na działaniach innych ("Chcesz to czytać? Ja przeczytam pierwszy! Chcesz się tego nauczyć? Ja też się nauczę! Chcesz wziąć kredyt? Ja też wezmę!"). W ostatnim przypadku rzecz może przybierać niezdrową formułę, ponieważ człowiek naładowany potrzebą zrobienia czegoś, a niemający na siebie pomysłu, jest gotów rzucić się na cokolwiek, histerycznie próbować wszystkiego, co może, aby tylko przybrać jakiś kształt i imię, żeby nadać sobie jakieś znaczenie. U mnie jest zgoła inaczej. Czasami łechce mnie ledwie sama myśl o tym, że byłbym w stanie coś dobrze zrobić. Na przykład: jako osoba mająca wyczucie estetyczne (szczególnie w dziedzinie kompozycji i koloru) i jako osoba, która wkłada w swoje wizualizacje pewien wysiłek intelektualny (nawet jeśli go nie widać), wiem, że gdybym miał fajny sprzęt fotograficzny, to trzaskałbym dobre foty. Wystarcza tu sama świadomość tego, że coś mógłbym, ale nie muszę zaraz próbować, żeby coś światu udowadniać. Ma to oczywiście swoje złą stronę, bo często gasi od progu entuzjazm w kwestii zamieniania myśli w ciało. W konsekwencji bywa, że wielokrotnie nie pokazuję innym barw mojego przeżycia wewnętrznego (przez co słowo "sam" nabiera specyficznego znaczenia.) Przecież nietrudno zauważyć, że mniej rysuję. Staram się nadrabiać pisaniem, zyskując na czasie. A nie mogę siebie popędzać, na razie poprzestaję na obserwowaniu sytuacji, ponieważ wymuszanie czegoś zwiastuje często marne plony.
A skoro już przy słowie "sam" jesteśmy, mój ulubiony Sam to świętej pamięci najbrzydszy pies świata:
W cieniu
Ostatnio uciekałem. Przed siebie. A może od siebie. A może po prostu w stronę słońca, tam, gdzie bym nie czuł, że stoję w czyimś cieniu. Sprawa do zbadania... przemyślenia, połknięcia, wydalenia.
Myślałem o zrobieniu swojej wystawy (choć tak naprawdę to inni o tym pomyśleli, sam bym nie wyszedł z inicjatywą). Wszak 25 lat życia, 5 lat dorobku w pracach i nic, i nic... Miałem nawet możliwość, bo pewne szczecińskie stowarzyszenie współorganizuje Queer Film Festiwal i wystawa mogłaby być jednym z jego dekoracyjnych punktów. Jako organizacja pozarządowa są w stanie zebrać środki od sponsorów. Tylko, że jeśli mam mieć wystawę, to nie w ramach czegoś. Nie chcę być dodatkiem. Nie chcę też jej z kimś dzielić, niepotrzebni mi dodatkowi "artyści". Poza tym organizacja, którą traktuję z pobłażaniem i sceptycyzmem nie jest dla mnie odpowiednim partnerem. Nie chcę czuć się jej wdzięczny. Jeśli już, to wystawa osobna... Choć zagadką pozostaje mój średni entuzjazm.
Poniżej Kasia. Wstawiam z braku laku.
Piszę
Od paru dni piszę. Największy chyba tekst swojego życia. No i to poczucie męki, wtaczania czegoś ciężkiego pod górę, które mi towarzyszy z każdym akapitem. Powiem szczerze - nie bawi mnie to. Preparowanie pół-filozoficznego i ćwierć-naukowego tekstu, za wydruk i oprawę którego trzeba zapłacić i za obronę którego również trzeba zapłacić (a jakże!) - to mnie nie jara. Leży przede mną dziesięć otwartych książek, inne czekają na półce. Tonę w tym, tu nawet porządek staje się chaotyczny. Cedzę. Rozwlekam. Preparuję. Znużenie.
Byłem ostatnio na jakiejś imprezie. Mówię "jakiejś", bo jakoś częściej chodzę i przestałem je rozróżniać. Otóż swoim zwyczajem siedziałem, bo jestem z tych, co preferują stolik nad parkiet. Akurat prawie wszyscy, których ewentualnie znałem mieli odwrotne preferencje, więc siłą rzeczy oddawałem się monologowi. I gdy przez trzy godziny leciał ten sam nudny utwór, zacząłem się zastanawiać o co właściwie tym ludziom chodzi. Jakiś tam smętny lans. Głupio się gibają (a tej nocy robili to wyjątkowo głupio). I zacząłem szukać w tej sytuacji czegoś niezwykłego, co zapewne widzą, a czego ja nie dostrzegłem. A może ja po prostu czegoś nie rozumiem? W takim razie tym silniej chciałbym pojąć. Patrzałem. Naraz wydało mi się, że chyba zmuszają się, albo przynajmniej jedno z nich się zmusza, a inni zmuszają się za nim. Nie przyszli dlatego, że mieli ochotę, tylko dlatego, że wypadało. To syndrom soboty - jest sobota więc trzeba wyjść do klubu i siedzieć do oporu z nadzieją, że będzie fajniej niż jest (sam byłem świadkiem tego, że są ludzie przejawiający niemożność wyjścia, mimo że im się nie podoba). Są też syndromy innych okazji, analogiczne. Sączyłem to piwo i ani krzty poruszenia, wódkę nawet, ale nic, ani chwili podrygu. Dłubaj mnie nawet na parkiet wyciągnął, ale po 10 minutach zszedłem, bo - nie czując muzyki - czułem się przed sobą idiotycznie, gibając się żałośnie w jakimś zmuszeniu, bez radości z tego gibania, tylko po to, żeby źle o mnie nie pomyślano. Gibanie dla gibania, bo inni się gibają. Siadłem. Dalej nasunęło mi się pytanie: Do jakiej grupy należę bardziej? Do tych, którzy nie czują klimatu klubów (jak choćby Piotr, który nie siedzi w tych miejscach do upadłego, nigdy się nie zmuszając - wyszedł, bo nie jego bajka), czy też do tych, którzy za klubem się trzęsą (jak choćby ci, których wiecznie tam można zobaczyć). Do ostatnich na pewno nie należę, ale i do pierwszych nie jestem w stanie się dopisać. I co? Znowu pomiędzy. W niezdecydowaniu i nieokreśleniu. Mogący się odnaleźć na imprezie, ale często obojętny. Sceptyczny co do zabawy w gronie obcych, choć przecież nie zawsze, nie zawsze.. Mający czasem zrywy do pląsu, czasem tańczący w duchu, a czasem w zupełności odcięty. Pozdrawiający przechodzące twarze, przynajmniej te, które kojarzy. Przyglądający się twarzom obcym. Widocznie stolik jest mi pisany. I jest najlepszym w tej kwestii rozwiązaniem. Lubię mieć swoje miejsce. A gdy pojawi się ochota, zawsze przecież mogę je opuścić i oddać się przyjemności, która niewątpliwie ma szansę się pojawić.
Anyway. Zrobiłem Agnieszce logo dla jej firmy. Bez szaleństw, z zawijasem, stylowo. Zamieszczam, co by nie było, że ja nic nie robię:









