Obrona pracy była pierwszym egzaminem, który nie wywołał we mnie stresu. Trwała zaskakująco (i rozczarowująco) krótko, bo nawet nie dziesięć minut. Produkcja taśmowa magistrów. Fabryka tytułów. Siadłem, obadali czy spełniam warunki, podpisali i oddali do dystrybucji. "Powodzenia w życiu" - krótko, zwięźle. I cóż teraz? Ano, nie wiadomo.
Złamał mi się długopis, którym pisałem przez ostatnie półtora roku. Najwyraźniej zapomniałem go wyjąć z tylnej kieszeni, gdy poszliśmy wczoraj z Jadzią na imprezkę. Ostatnie, do czego mi posłużył, to podpisanie oświadczenia o autorstwo własnej pracy magisterskiej - tuż zanim ją oddałem w dziekanacie. I trach, złamany. Oddałem zresztą nie tylko magisterkę, oprócz tego przyniosłem zdjęcia, kwity, obiegówkę, legitymację, indeks, kartę egzaminacyjną. Innymi słowy posadziłem na uczelni sporego kupsztańca w geście ostatecznego rozliczenia się. I trach, złamany. Życie samo dla siebie produkuje metafory.
Wyszło mi około siedemdziesiąt stron tekstu. Trochę "zbyt sentymentalnie i antropologizująco", ale "ładnie Pan pisze" - więcej w zasadzie od promotora nie usłyszałem. Ale za to mogę się pochwalić, że pisałem ten tekst zupełnie bez kierownictwa, samemu, na oślep, bez poprawek z góry. Napawa mnie to jakąś dumą. Za dwa tygodnie obrona.
Miałem w tym roku okazję rozeznać się w różnicach dotyczących ludzi z centrum i ludzi z obrzeży miasta. A różnice takie niewątpliwie są. Z początku nie wiadomo w czym się dokładnie przejawiają, ale przy głębszym wglądzie sprawa się nieco klaruje. Nie mówię, że wszyscy się wpisują w moje obserwacje, ale są to pewne... tendencje. Pierwsza różnica jest taka, że ludzie z centrum mają wszędzie blisko, więc w każdej chwili mogą się spotkać. Co za tym idzie nie mają zwyczaju umawiania się dwa dni lub dzień wcześniej. Umawiają się godzinę przed. Druga różnica: ludzie z centrum, żyjąc w poczuciu, że mają wszędzie blisko, niemiłosiernie się spóźniają. Człowiek z obrzeży, w obawie żeby mu uboga komunikacja nie zawiodła, szykuje się na pielgrzymkę do miasta już na dwie godziny przed czasem. Jest wytresowany przez niedogodności dojazdowe. Człowiek z centrum w ogóle się nie szykuje, myśląc, że "to blisko", że "zdąży", że "jeszcze to a tamto", relaks, niezmącenie i papieros. W konsekwencji traci czujność co do godziny. Gdy umawiasz się z obrzeżakiem możesz być pewien, że zjawi się przed tobą. Na człowieka z centrum trzeba brać poprawkę czasową.
Inna ciekawostka: ludziom z centrum nie chce się ruszać dupy, gdy mają pojechać dalej niż sto metrów poza swoje terytorium. Zauważyłem to w zeszłym roku, w szerszej, ogólnokrajowej skali, gdy warszawiacy stawiali opór dowiedziawszy się, że zlot MansonPl odbędzie się we Wrocławiu. Ludzie z innych miast jakoś nie mają problemu, żeby podróżować po Polsce. Natomiast wyjechać z Warszawy to już nie lada problem, to już udręka. Dla Warszawiaka każde inne miasto zdaje się być prowincją, a czegóż szukać na prowincji skoro jedyne życie toczy się w centrum? (jest jeszcze sprawa Krakowa, ale o tym kiedy indziej). Przekładając to na strukturę miasta: dla ludzi z centrum wszystko, co poza ich terenem, jest słabsze, nieciekawe, nie warte zachodu i basta. Z perspektywy człowieka z obrzeży, takiego jak ja, człowieka, który ma większy dystans wobec centrum, ponieważ spogląda na nie z boku - sprawy centrum nie mają się tak cudownie, jak to się może wydawać. Owszem, jest to punkt, do którego się siłą rzeczy grawituje, bo tam też się skupia dzienne i nocne "życie", imprezy, etc. Imprezy... Nie mam zamiaru rozwałkowywać teraz mojego ostatniego "traktatu o manekinach", choć przyznam, że pewne kwestie nadal mnie nurtują. Ale chcę zaznaczyć, że mój sceptycyzm wobec nocnego życia centrum jest czymś, co mi może pewne rzeczy utrudniać... Na przykład pełen komfort przeżywania chwili. Na dłuższą metę jednak ułatwia, przyzwyczaja, oswaja. A więc in plus.
Piszę dalej magisterkę. Bilans: w ciągu tygodnia napisałem 30 stron. Nie wiem czy to dobry wynik, czy nie. Nadal się czuję zwiotczały i niechętny. Ależ przecież robię to dla tytułu, tego prestiżowego tytułu, jakim jest marne mgr koło nazwiska... Czasu nie ma, to zasadniczy problem, który sprawia, że pisanie staje się męką. Bo przecież temat dla mnie fajny. No, ale co z tego, co z tego... Wiem jednak, że gdy skończę, poczuję się w jakiś sposób dumny.
Tymczasem polecam przygody pani Barbary i klatki B. Pani Barbara zawsze potrafi rozświetlić moje lica. Klatka B to serial fabularny, ale realizowany tak, jakby był amatorskim zapisem wideo. Z odcinka na odcinek przeradza się w thriller - blok skrywa tajemnice, które frapują, coś nie gra, coś straszy. Ni to Alternatywy 4, ni to Lynch, ni to von Trier. Ale pani Barbara... pani Barbara Kwarc, biorąc udział w tej wielkiej grze, błyszczy. Bo leci autentykiem, sobą od początku do końca. I będąc jednocześnie wpleciona w fabułę, opowiada prywatą, czasem nie związaną z historią. Jak na aktorkę-amatorkę jest dosyć ujmująca. Mój ulubiony fragment z Barbarą, z samego początku serii, gdzie narzeka na pana Józia i jego psa Polę:
Od paru dni piszę. Największy chyba tekst swojego życia. No i to poczucie męki, wtaczania czegoś ciężkiego pod górę, które mi towarzyszy z każdym akapitem. Powiem szczerze - nie bawi mnie to. Preparowanie pół-filozoficznego i ćwierć-naukowego tekstu, za wydruk i oprawę którego trzeba zapłacić i za obronę którego również trzeba zapłacić (a jakże!) - to mnie nie jara. Leży przede mną dziesięć otwartych książek, inne czekają na półce. Tonę w tym, tu nawet porządek staje się chaotyczny. Cedzę. Rozwlekam. Preparuję. Znużenie.
Byłem ostatnio na jakiejś imprezie. Mówię "jakiejś", bo jakoś częściej chodzę i przestałem je rozróżniać. Otóż swoim zwyczajem siedziałem, bo jestem z tych, co preferują stolik nad parkiet. Akurat prawie wszyscy, których ewentualnie znałem mieli odwrotne preferencje, więc siłą rzeczy oddawałem się monologowi. I gdy przez trzy godziny leciał ten sam nudny utwór, zacząłem się zastanawiać o co właściwie tym ludziom chodzi. Jakiś tam smętny lans. Głupio się gibają (a tej nocy robili to wyjątkowo głupio). I zacząłem szukać w tej sytuacji czegoś niezwykłego, co zapewne widzą, a czego ja nie dostrzegłem. A może ja po prostu czegoś nie rozumiem? W takim razie tym silniej chciałbym pojąć. Patrzałem. Naraz wydało mi się, że chyba zmuszają się, albo przynajmniej jedno z nich się zmusza, a inni zmuszają się za nim. Nie przyszli dlatego, że mieli ochotę, tylko dlatego, że wypadało. To syndrom soboty - jest sobota więc trzeba wyjść do klubu i siedzieć do oporu z nadzieją, że będzie fajniej niż jest (sam byłem świadkiem tego, że są ludzie przejawiający niemożność wyjścia, mimo że im się nie podoba). Są też syndromy innych okazji, analogiczne. Sączyłem to piwo i ani krzty poruszenia, wódkę nawet, ale nic, ani chwili podrygu. Dłubaj mnie nawet na parkiet wyciągnął, ale po 10 minutach zszedłem, bo - nie czując muzyki - czułem się przed sobą idiotycznie, gibając się żałośnie w jakimś zmuszeniu, bez radości z tego gibania, tylko po to, żeby źle o mnie nie pomyślano. Gibanie dla gibania, bo inni się gibają. Siadłem. Dalej nasunęło mi się pytanie: Do jakiej grupy należę bardziej? Do tych, którzy nie czują klimatu klubów (jak choćby Piotr, który nie siedzi w tych miejscach do upadłego, nigdy się nie zmuszając - wyszedł, bo nie jego bajka), czy też do tych, którzy za klubem się trzęsą (jak choćby ci, których wiecznie tam można zobaczyć). Do ostatnich na pewno nie należę, ale i do pierwszych nie jestem w stanie się dopisać. I co? Znowu pomiędzy. W niezdecydowaniu i nieokreśleniu. Mogący się odnaleźć na imprezie, ale często obojętny. Sceptyczny co do zabawy w gronie obcych, choć przecież nie zawsze, nie zawsze.. Mający czasem zrywy do pląsu, czasem tańczący w duchu, a czasem w zupełności odcięty. Pozdrawiający przechodzące twarze, przynajmniej te, które kojarzy. Przyglądający się twarzom obcym. Widocznie stolik jest mi pisany. I jest najlepszym w tej kwestii rozwiązaniem. Lubię mieć swoje miejsce. A gdy pojawi się ochota, zawsze przecież mogę je opuścić i oddać się przyjemności, która niewątpliwie ma szansę się pojawić.
Anyway. Zrobiłem Agnieszce logo dla jej firmy. Bez szaleństw, z zawijasem, stylowo. Zamieszczam, co by nie było, że ja nic nie robię: