Potworki z nudy
Ostatnio, przeszukując Wikipedię odnośnie neuroz i innych zaburzeń psychicznych oraz osobowościowych (w celu postawienia sobie diagnozy), stwierdziłem, że określa mnie najbliżej introwertyzm typu B oraz typ osobowości unikającej. Wybaczyłem sobie przy okazji kilkuletnią dystymię, choć nie dało jej się do końca doczyścić. Zauważyłem jednak, że wszystko to musi jakoś współżyć z moimi silnymi przejawami egocentryzmu. Egocentryzm ten potrzebuje publiczności, choćby w liczbie jednej osoby, a więc jest to dążenie w pewien sposób sprzeczne z tym, o czym informuje diagnoza (a informuje o silnych tendencjach do izolacji). No bo jeśli człowiek pozbędzie się wszystkich podmiotów wokół, to czy można jeszcze mówić o silnym zarysowaniu ego? Czy można mówić o kierowaniu otoczenia na siebie? Czyż nie jest tak, że dopiero przez towarzystwo innego możemy określić siebie jako "kogoś" i znaleźć drogę do nakierowania na swoją osobę? Jak można nakreślić samoistnie zawieszony w przestrzeni podmiot, gdy nie ma go z czym porównać? Gdzie jest most, który to wszystko zespaja?
Co ciekawe, izolacja wywołuje niezwykłe, a czasem straszne mutacje ego. Jest jednym z moich ulubionych tematów nie tylko ze względu na to, że miewam ku niej grawitacje, ale także przez tę straszność i mutogenność. To wylęgarnia potworków, przesady i wyostrzonego, niekiedy iluzorycznego subiektywizmu. I zdaje się, że jako taka, musi mieć gdzieś swoje ujście. Prowadzi bowiem do napęcznienia się mózgu, do wytworzenia się w nim osobnego świata, osobnej struktury, osobnego klastra w ulu, osobnego życia w życiu. Niech no porównam to do sytuacji z samego prapoczątku życia na Ziemi: izolacja aminokwasów w "zupie pierwotnej" stała się pierwszą tendencją do łączenia się związków chemicznych w sposób nieprzypadkowy. Nie było ku temu szczególnego powodu, a jednak pojawił się sensowny wynik równania: wyizolowanie się struktur doprowadziło do powstania DNA. W umyśle współczesnego człowieka, w moim umyśle, izolowanie się to początek uzyskiwania sensu w chaosie, to tendencja do porządkowania się zdarzeń, tak jak w gombrowiczowskim Kosmosie. Chaos rzeczy, chaos, informacji, chaos myśli – tu tkwią nowe, samorodne sensy. Tu się wytyczają kierunki podług swojej własnej wewnętrznej logiki. Fiksacje. To musi mieć gdzieś swój upływ, to się nie może bez końca izolować. To musi wypływać na świat i wpływać na niego, musi mieć swoje własne potwierdzenie w innym umyśle, musi się wmieszać w czyjś umysł i napaść na niego, tak jak jeden zestaw genów napada na drugi.
Jak to działa? Mamy prazupę, ciepłą kałużę (umysł) w otoczeniu podłoża z zastygłej lawy (niech to będzie zwyczajna sytuacja nudy). Ciecz paruje w atmosferę (otoczenie) i w wyniku zjawisk i wyładowań atmosferycznych (zderzenie z rzeczywistością) skrapla się i powraca do siebie (autorefleksja). W wyniku zderzenia z nowymi pierwiastkami zaczyna się synteza aminokwasów i dowolne się ich łączenie w białka (izolacja i wyszukiwanie nowych sensów w chaosie). Wkrótce powstają nowe mutujące struktury, potworki chemiczne (jak również psychiczne). Przypadkowy sens, którego nigdy nie było. W przypadku człowieka: raz uruchomiona maszyneria, która domaga się publiczności.
I zdradzę tylko, że pierwotnie ten wpis miał mieć tytuł "Przegląd kulturalny". Miałem opisać kilka filmów, które ostatnio przejrzałem. Jednakże już w pierwszych kilku zdaniach zmutowałem do tego stopnia, że strumieniem myśli doprowadziłem się do odszukania mojego modelu umysłu (przypadkiem?). Ilustracją tego modelu będzie schemat uzyskania syntezy związków organicznych w eksperymencie Stanleya Millera i jego aparatura laboratoryjna:









