Stół, najlepiej foremny
Ja z tymi imprezami to mam tak, że z jednej strony potwornie ich nie znoszę, a z drugiej mam jednak potrzebę przebywania z innymi. Nie znoszę, bo jakość rozmów jest byle jaka. Nie chodzi mi o tematykę, chodzi mi o pasję i rozkosz wypływającą z samego bycia wobec siebie. Tego najczęściej nie ma. Ja tam przecież nie chodzę dla muzyki, tylko dla towarzystwa, dla wzajemnego przenikania się. Oczywiście tylko z tymi, z którymi chcę (a to już nieco inny temat!).
Dlatego tak lubię w lokalach stół. Rozmowa na stojąco jest jakościowo różna od tej przy stole, jest zazwyczaj nijaka, pusta, przelotna, zdawkowa i czasem aż wstyd w niej uczestniczyć. Na stojąco to mówią do siebie ludzie, którzy nie chcą się wdawać w głębsze gadki i muszą się nawzajem odbębnić. Są w gotowości do lotu, do odfrunięcia i liźnięcia kolejnej przypadkowo spotkanej osoby. Stół zaś to miejsce, które prowokuje do spojrzenia sobie w szyszynki. Jest jak szachownica, na której rozkładamy swoje figury. Mało tego, człowiek przy stole jest jakoś bardziej wylewny niż na stojąco, traktuje innych z większą uwagą. Stół to wizualizacja przestrzeni, którą pomiędzy sobą i dla siebie rozpościeramy, to pole wzajemnej wymiany, pole strategii, masowania i zderzania się temperamentów. To obszar do konstruowania relacji. Dlatego też preferuję stół nad parkiet. Tańczenie. Też nie lubię i lubię. Nie lubię, bo mnie odrywa od możliwości werbalnego uzewnętrznienia. Może dlatego często się zdarza, że na parkiecie nie przestaję mówić. Ale! Zanim tam się w ogóle znajdę, upływa zazwyczaj sporo alkoholu, jak również czasu, podczas którego niezmiennie okupuję stół.
Już wielokroć doświadczyłem tej szczecińskiej pustki lokalowej, pustki ludzi, którzy nie mają pasji do przebywania ze sobą (nawet przy stole!). Ja to widzę także u tych, których w ogóle nie znam. Przychodzą tam, bo nie wiem, bo wypada? Bo się umówili? (tylko w sumie po co?) Bo weekend? Bo nie mają co ze sobą zrobić? Bo szukają wrażeń, których i tak nie otrzymają? Nie otrzymają z prostej przyczyny: "bywanie gdzieś", a "przebywanie ze sobą" to dwie różne rzeczy. To całe łażenie po pomieszczeniu jak jakieś gołębie na rynku...
A tymczasem Kasia z Piotrem (zobacz Piotr, że Ciebie też uwzględniam!) w nowym mieszkaniu mają barek do siedzenia. To mi się podoba. To już nawet nie szachownica, to stół do ping-ponga, mini korcik tenisowy. Absolutnie fantastyczne.
Spacer (miasta strony c.d.)
Pierwsze uderzenie brzydoty - brudny dziadek na wózku. Nie ma nogi. Smaży się w nieobecnym słońcu. Idę dalej, coraz bardziej ciepło. Wybieram kierunek na park. Ukrop. Kaka na chodnikach. Odnotowuję zwiększoną aktywność much przy kamienicach. Z bram dobiega skisła woń amoniaku. Chodzą ludzie. Chodzą muchy (przy tej temeraturze zaczynają chodzić).
W parku jakby się wściekli - więcej ludzi niż drzew. Pod Platanem gra jakiś żenujący zespół. Wycofuję się, schodzę w dół w stronę autobusu. Po wejściu do krainy spalin szybko żałuję. Ktoś musiał tu nasikać. Niedobrze mi, wysiadam. Idę na tramwaj. Na przystanku stoi nieco dziabnięty koleś. Łydki jakby (tu muzyka z Psychozy) w strupach. Łokcie jakby w strupach.
W tramwaju zająłem miejsce obok nieszkodliwie wyglądającego mężczyzny, co szybko okazało się błędnym posunięciem. Wiem, że nie umył penisa, czuję to. Odwracam wzrok na prawą kolumnę siedzeń, żeby o tym nie myśleć - gruby facet trzyma się za oparcie. Jego ręka... grzybica!
W międzyczasie wsiada duża kobieta. Brwi krzaczaste, długie włosy na podbródku, z rodzaju wczorajszych. Wysiadłem. Na skrzyżowaniu na pasach staje przy mnie koleś od strupów - z tak bliska zapach staje się nie do zniesienia. Odchodzę dwa metry w bok, uciekam kupić papierosy, ale! W sklepie znowu on, przede mną!
W pośpiechu ruszam do pubu, gdzie zasiadam na Noteckie ciemne i gdzie otwieram zeszyt, żeby to wszystko opisać. I siedząc tak po tym całym spacerze przez miasto czuję jak śmierdzą mi nogi. Schowane skrzętnie w butach, ale wiem, że śmierdzą.
Miasta strony
Widzę, że stoi na przystanku, postawna, ubrana średnio gustownie. Złoto tu i ówdzie. Profil twardy, kanciasty, z wydatną brodą. Pani Doubtfire. Peruka? Wychodzę z tramwaju, idzie kobieta na oko 180 cm wzrostu. Szczęka. Okulary typu Jan Suzin. Zmierza twardo, szybko. Siatka pełna czegoś, stukot butów. Następna. Nieładna, zmiażdżona życiem, zaniedbana. Włosy na całym podbródku. Dziś żadna nie wygląda na kobietę. To miasto zamieszkują różnej maści transwestyci.
W cieniu
Ostatnio uciekałem. Przed siebie. A może od siebie. A może po prostu w stronę słońca, tam, gdzie bym nie czuł, że stoję w czyimś cieniu. Sprawa do zbadania... przemyślenia, połknięcia, wydalenia.
Myślałem o zrobieniu swojej wystawy (choć tak naprawdę to inni o tym pomyśleli, sam bym nie wyszedł z inicjatywą). Wszak 25 lat życia, 5 lat dorobku w pracach i nic, i nic... Miałem nawet możliwość, bo pewne szczecińskie stowarzyszenie współorganizuje Queer Film Festiwal i wystawa mogłaby być jednym z jego dekoracyjnych punktów. Jako organizacja pozarządowa są w stanie zebrać środki od sponsorów. Tylko, że jeśli mam mieć wystawę, to nie w ramach czegoś. Nie chcę być dodatkiem. Nie chcę też jej z kimś dzielić, niepotrzebni mi dodatkowi "artyści". Poza tym organizacja, którą traktuję z pobłażaniem i sceptycyzmem nie jest dla mnie odpowiednim partnerem. Nie chcę czuć się jej wdzięczny. Jeśli już, to wystawa osobna... Choć zagadką pozostaje mój średni entuzjazm.
Poniżej Kasia. Wstawiam z braku laku.
Mdłości
Zbiegiem okoliczności przez ostatnie trzy dni wchłonąłem Mdłości Sartre'a. Miałem je już czytać wcześniej, lecz Kasia mnie ubiegła (przetrzymała je przez prawie pięć miesięcy). A więc w zasadzie moment czytania - przypadkowy. W sobotę z kolei, a więc trzy dni temu, doświadczyłem czegoś na kształt Mdłości, może nie odnośnie samemu sensu tego, co istnieje, ale odnośnie sensu mojej obecności w danym miejscu. Otóż w nocy wpadliśmy z Agnieszką i Kamilem do Bramy na release party składanki Szczecin Główny Trzy. Byłem w dobrym nastroju, umilanym od czasu do czasu przez obecność Jadzi. Ludzie. Dużo ludzi. Ludzie chodzą. Ludzie tańczą, kłębią się z sobą, pomiędzy sobą, na siebie. Kłębiący się przedstawiciele kultury offowej Szczecina, czyli w zasadzie paru czynnych artystów i nieco więcej przedstawicieli z zakresu ich odbiorców, tudzież konsumentów tego offu. W zasadzie sami znajomi, którzy mają okazję spotykać się przy tego typu okazjach, bo w międzyczasie średnio o sobie pamiętają. Ale wspierają się obecnością. Bo ta składanka, w momencie, gdy jest wydawana pod szyldem Szczecin, oprócz tego, że ma na celu pokazanie, że Szczecin też coś umie, stara się zatuszować to, że Szczecina tak naprawdę ci ludzie nie interesują. Dlatego zbierają się w kupę, bo w kupie bardziej widoczni (od razu zaznaczam, że to, że bywam czasem krytyczny, nie oznacza, że przekreślam wartość tego, co robią). Ale o to już mniejsza. No więc coś we mnie w którymś momencie pękło, coś się rozwarstwiło, wszedłem o jeden schodek za daleko i wszystkie schodki za mną zniknęły. A więc pozostałem bez odwrotu. W czym rzecz? Otóż poczułem się w tym miejscu nie na miejscu, poczułem się tam bez sensu, bez żadnej racji, dla której miałoby mnie to cieszyć, bez celu. Silny, mdły atak poczucia niezrozumienia swojej sytuacji. Bo to nie tyle była kwestia niedopasowania, czy czegoś z tej półki, choć zapewne poczucie obcości było jednym z etapów, które wywołały we mnie drżenia. Chciałem uciekać, ogarnięty dygotem rzuciłem kuflem, za bardzo pijany by się pohamować. Nie mogę znaleźć przyczyny tego stanu, a wiem, że pozwoliłoby mi to uniknąć podobnej sytuacji w przyszłości. Miałem Mdłości tuż przed Mdłościami. Niezły wstęp do posłuchania Sartre'a.
Co do samego Sartre'a, to miałem okazję czytać go po raz pierwszy (w ciągu pięciu lat filozofii nawet mi to przez myśl nie przeszło). Literacko okazał się być interesujący, bo zakorzeniony do szpiku w życiu, takim, jakie zdarza mi się widzieć i odczuwać. Z jednej strony ma coś z Gombrowicza, perspektywę widzenia. Zdarzały mu się też porównania wręcz Schulzowskie. W chwilach naturalizmu tchnął po Houellebecq'owsku. Czyli zestaw przedni, z którego wynurza się ten zez rozbieżny, już nie Gombrowicza, nie Schulza czy innych, tylko typowy dla niego. Ujął mnie i w przyszłości postaram się zdobyć tę okrutną cegłę Bytu i Nicości. Ale przejdźmy do jego alter-ego, Antoine'a Roquentina, bohatera Mdłości, a raczej do porównania go z bohaterem Gombrowicza (bo to mi się samoistnie narzuca). Antoine przystaje na to, że dla nikogo nie istnieje, zaś Gombrowicz stara się postawić kontrę w formie narzucenia się innym. Ja Antoine'a słabnie, gasnąc, podczas gdy Ja Gombrowicza nieustannie się podsyca i ukonkretnia w świecie. Antoine nie chce nic robić, bo to stwarza dodatkowe istnienie w świecie - Gombrowicz stara się przeciwstawić istnieniu, które go konstruuje. Mimo, że obaj podzielają podobne intuicje, cierpią podobne Mdłości, jeden jest bierny, drugi czynny. Antoine trwa, a Gombrowicz się stwarza. Na czym to polega? Otóż Roquentin to człowiek jednej skrajności - skrajności widzenia pulsu rzeczywistości, jej absurdu tkwiącego w samym jej rdzeniu. Brakuje mu rozładowania, skoku do innej perspektywy, przeciwstawienia się poprzez zmianę percepcji. A to już Gombrowicz posiada. Człowiek jednej skrajności choruje, człowiek obu skrajności, w formie obrony, potrafi te choroby wywoływać w innych. Ciekawe.
Przygody
Mam takie dwie dziwne historie, które się wydarzyły w ciągu ostatnich dziesięciu dni.
Historia pierwsza. Wsiadam do tramwaju, średnie zaludnienie, mija mnie dziewczyna. Na oko przed trzydziestką, dżinsowa kurteczka, różowa bluzeczka, zgrabna raczej, włosy blond, tlenione, spięte, ładnie podcięte. Ale! Brwi czarne i krzaczaste, zrośnięte, a od górnej wargi po głęboką szyję "poranny"czarny zarost. Nie, nie mówię o tak zwanym problemie wąsika, to był najprawdziwszy zarost na połowie twarzy, niby ogolony, ale już wystający, jakby rano nie zdążyła się go pozbyć. Siadłem, ale głupio mi patrzeć, bo poszła na tył wagonu, razem ze swoją matką (jej towarzyszka wyglądała na matkę). Traf chciał, że z tyłu wagonu siadło dwóch prostaków pod czterdziestkę, z browarami, jeden kark, drugi chudy, ale równie kozaccy i w zabawowym nastroju. Zobaczyli "ją" i zaczęło się. Śmiech okropny, z przeżartych krtani, rechot buraczy. I na cały tramwaj, że jaki to ona ma zarost, jaka obrzydliwa, że "Zbyszek, daj numer, umówimy się! Zboczeniec obrzydliwy!". Z "jej" strony cisza, ze strony "matki" również. Nie widzę, ale śledzę sytuację uszami. No bo głupio się obracać. A tamci dalej, hulaj dusza, jadą po tym nieszczęsnym androgynie, chamsko i ordynarnie, wieśniacko do bólu. Trwało to ponad 5 minut, aż tamte wysiadły. Buraki krzyczały jeszcze za nimi z otwartych drzwi. Matka się cofa i buńczucznie do buraka: "Coś do mnie mówiłeś?", na co on: "Nie do ciebie tylko do twojego chłoptasia!". Resztę drogi, aż do końcowego komentowali między sobą w ohydnym rechocie ten zarost, unosząc się ekstatycznym rozbawieniem i przerywając sobie poważnymi wstawkami o tym, że "zboczeniec obrzydliwy". Słabo.
Historia druga. Idę z Kamilem przez Krzywoustego. Dzień, ale średniawe zaludnienie. Półtora metra przed nami idzie czarnoskóry, czyli, mówiąc językiem nieoficjalnym, murzyn. I tak idzie, a my za nim. I idziemy, idziemy. Nagle, nie wiadomo skąd, ktoś jebnął w ścianę bananem, tak, że rozprysł się pomiędzy nami a murzynem. Chwilowe zdziwko, zastopowanie. Ale już po dwóch sekundach wszystko rusza dalej, idziemy dalej. Słabo.
Mnie tylko zastanawia czemu mnie te historie rozbawiają, zamiast smucić. Na koniec niezwykły napis z jednej ze ścian deptaku Bogusława, który szczerze mnie ujął:
Spoza Szczecina c.d.

Kraków. 12:30. Spokój. Do piwa leci Szopen. Nie to, żebym rozpoznał, po prostu słyszałem jak barman mówił co puszcza. Z innych osobliwości krakowskich: przesadnie długa kolejka (110 osób - liczyłem) po lody na ulicy Starowiślnej. Jakby co najmniej sprzedawały je nagie ekspedientki. I co ciekawe, ta kolejka utrzymuje się do wieczora.
Poza tym na krakowskich ulicach zaobserwowałem całkiem spore zagęszczenie pingwinów. Niektóre miały nawet niebieski habit. To jakiś wyższy rodzaj wtajemniczenia, lepszy rodzaj zbroi, kolejny level. Widziałem też niebiesko-czarne. Te są najwyraźniej w fazie przejściowej.
O, w końcu coś tanecznego poleciało. Nie twierdzę, że Szopen nie jest taneczny. Ale nie w tej epoce.
Donna Summer. Ace of Base. Jakaś schizofrenia. Ten lokal podstępnie dostosowuje się do mojej osoby. Zacząłem czytać kupioną pół godziny temu książkę: Wspominając Gombrowicza Miguela Grindberga. Dwadzieścia stron i już nie mogę. Wzruszam się. Mogę. W tle słyszę Shout w wersji Lulu z 1965 roku. To miejsce z każdą minutą staje się cudownie asensowne. Peszek, Spice Girls, Bregovic, młoda Madonna. Jacko. A ja dalej się wzruszam i swędzi mnie pod oczami od tego Grindberga. Czekam na Kamila, przychodzi, uff. Wieczorem odjazd.
Spoza Szczecina
Kraków. Gołębie. Srają jak wszędzie indziej. Ludzie. Srają jak wszędzie indziej. Spokój. Gorąco. Jestem tu już trzeci dzień. Głowa mi śmierdzi wczorajszą imprezą. Czasem przyglądam się rzeczom i w rozpuku myśli nie ogarniam ich słowami. Bo za ulotne.
Kraków. Chciałem pojąć fenomen tego miejsca. Dlaczego muszyska uparcie zlatują się właśnie tu? Dlatego, że większe "możliwości"? Nie, za proste. Na razie nie pojąłem, być może dlatego, że przyjechałem z góry nastawiony na to pojęcie.
Kraków. Ulica Gazowa w Dzielnicy Żydowskiej sugeruje, że tkwi tu jakieś pozornie niewidoczne poczucie humoru, że coś jest na rzeczy. Pomijam już ulicę Kupa. Może jestem blisko rozwiązania zagadki. A może po prostu za bardzo chcę ją rozwiązać. Nie wiem skąd mój sceptycyzm do Krakowa. Może stąd, że zanim tu jestem, wiem już, że ma tu być zajebiście. Ale nie jest, jest normalnie. Na razie. No może poza tym, że to miejsce nie sprzyja studenckiej kieszeni. Stąpam po tych ulicach z pewną ostrożnością.
15 minut później
Akcja-reakcja. Kich, zdrówko, dziękuję. I tego nie da się przeprowadzić inaczej. Savoire vivre, ale jaki głupi. Przedwczoraj obserwowałem salę kina Mikro pełną klaszczących ludzi. Ja też klaskałem. Im głośniej oni, tym głośniej ja. Im dłużej i intensywniej, tym ja również. Gdyby człowieka wyjąć z tego kontekstu - jakież to głupie! Z drugiej strony tylko tak się dało nagrodzić miażdżący koncert 10000 Szelek. I z przyjemnością popłynąłem wraz z innymi w ten zbiór głupich gestów. Bo aż się prosiło.

