Bullsik Gallery | Michał Szyksznian
7cze/10

Inna para szczęk

W zeszłą niedzielę poszła w Hormonie pierwsza edycja cyklu Prawie Kino. Agata i Jadwiga pomyślały o zaktywowaniu tego miejsca na sferę filmową i w końcu dopięły swego. Idea Prawie Kino podoba mi się przede wszystkim z jednego powodu: powrót do tradycji kin, w których można palić papierosy (nie wspominając o stojącym obok barze). Drugim powodem jest dobrze zapowiadający się repertuar. Na pierwszy ogień poszedł The Rocky Horror Picture Show, co było trafionym i przyciągającym uwagę strzałem. Jako, że wiem co nie co o czasach glam rocka, no i widziałem ten film kilkadziesiąt razy, przygotowałem za namową dziewczyn prezentację przed projekcją filmu. To wszystko miało zawrzeć się w sytej pigułce, tak, żeby nie zanudzić ludzi, a jednocześnie nastroić ich na ten cały sodomiczny jarmark. Jedyne "ale" może być skierowane do X, która tuż przede mną musiała "koniecznie powiedzieć parę słów o Susan Sarandon". Każdy z nas liczył na to, że zapomni i że da się odwrócić jej uwagę na tyle, że nie dopuści się jej do mikrofonu; przeliczyliśmy się. Czy to aż tak ważne, że Susan Sarandon rozstała się z Timem Robbinsem? Poza tym skąd ona wzięła przekonanie, że nie można uświadczyć tego filmu w telewizji? Polsat wyemitował The Rocky Horror co najmniej trzy razy na przestrzeni ostatnich 12 lat. Nie można natomiast uświadczyć go w polskich kinach — od teraz Hormon będzie mógł się w tej kwestii pochwalić.

Podczas prezentowania opowiedziałem mniej niż w zamierzeniu miałem powiedzieć, ale to nawet dobrze. Naprawdę rzadko mam okazję występować publicznie, więc miałem niepewność wymalowaną na wszystkim (całe studia skrupulatnie tego unikałem; zrobiłem zaledwie wykład o Gombrowiczu, wykład o Benjaminie Walterze oraz trzy prezentacje: o alchemii, komputerach kwantowych i rewolucjach naukowych). Ale ponoć wyszło dobrze. No, może poza generowaniem sprzężeń przy głośnikach. Ludzie dopisali i nie dopisali. Była niedziela, kac, deszcz, gotyk za oknami - w takich warunkach próba namowy do wyjścia z domów nie wróży raczej większego powodzenia. Ale w pewnym momencie odniosłem nawet wrażenie tłoczności. Prezentację opowiadałem pospiesznie, trochę na żywioł, bo robiłem ją na ostatnią chwilę (norma). Nie mam żadnego nagrania ani zdjęcia, bo... hm, no właśnie, dlaczego? Ale, w skrócie ujmując, przez prezentację przewinęło się około dziesięciu najważniejszych dla glam rocka wykonawców, a każdy z nich był zobrazowany krótkim materiałem filmowym. Po opowieści o historii i fenomenie filmu padło pytanie kluczowe: dlaczego ten film jest kultowy? Odpowiedziałem jak następuje:

Zdaje się, że dlatego, iż zawiera w sobie wszystko, począwszy od kilku gatunków filmowych: jest musicalem, jest komedią, jest dramatem, horrorem, czy też filmem grozy z elementami gore, w dodatku zahacza o science-fiction, jest również erotykiem i zawiera elementy filmu akcji. W jego ramach zawierają się różnorodne, charakterystyczne postaci. To trochę jak z girlsbandem czy boysbandem: nie musimy lubić całości, ale identyfikujemy się z wybraną osobą. Poza tym film jest intertekstualny, nawiązuje do hollywoodzkiego kina z lat 30-tych i 40-tych, jak również do filmów klasy B. Jest kiczowaty, a kicz jest przecież tym, co lubimy, choć może nie do końca się z tym obnosimy. Oprócz tego w filmie mamy dobre wyważenie proporcji pomiędzy wszystkimi jego elementami. Co ważne: film dotyka tabu. Jest w nim również obecna filozoficzna refleksja o hedonizmie i jego konsekwencjach. I koniec końców: pojawił się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.

To są te składniki, które w tym przypadku wytwarzają powłoczkę kultu. Z kultu wychodzi cała kultura fandomu i jego zwyczajów. To zjawisko samonakręcające się. Za kilka dekad ludzie spojrzą na The Rocky Horror i, poza całym jego dziwactwem, z marszu dostrzegą jego ważność kulturową. Bo tym co tworzyło w 1975 kulturę z pewnością nie były Szczęki Spielberga, tylko inna para szczęk w wykonaniu O'Briena i Sharmana.

15maj/10

Pokwietniowy spleen

Kwiecień wraz z jego krzywym układem planetarnym na szczęście już za nami. Samoloty, wulkany, trzęsienia ziemi, redefiniowanie przyjaźni, szalona pogoń za wypełnianiem próżni, etc. Smoleńska obsesja śmierci jest nadal czynna, choć podsycana już tylko ewentualnie przez prywatne zboczenia pana Pospieszalskiego. W którymś momencie w dziwaczny sposób przeszła na kanał libido — jakaś osoba z rozbiegu wpisała w google "Olejniczak porno". Myślę, że można to potraktować jako oznakę pożałobnej ulgi i powrotu na Ziemię.

Wulkan. Oczywiście uspokoił się jak tylko minął czas mojej podróży do Grecji. Uważam, że nie był to zbieg okoliczności, tylko wykalkulowany sabotaż. No bo takie rzeczy zdarzają się tylko w filmach. Choć jeśli się zastanowić, to doświadczam coraz więcej filmowych sytuacji. Czy to znak, że przestaję chwytać tak zwane realne życie? Być może. Wszak wyniosłem z niego głównie bukiet neuroz. Poza tym termin "realne życie" to jedna z największych iluzji, więc samo pytanie robi na mnie średnie wrażenie; ot, dramatyczny efekt retoryczny).

Do grona kwietniowych zgonów doliczę też Ugly Betty, którą zagazowano permanentnie po czwartym sezonie, prezentując zupełnie nijaki finał. Konfuzja. W ramach żałoby wymasowałem swój płat kulturalny filmami — Allen, Cameron, Polański, Scorsese, czyli nowiny z poważniejszej, "wielkiej" półki. Chwilowo zawieszam też oko na Glee, jako, że rysuję związaną z tym okładkę dla BlueWater Productions (sześć postaci na jednym formacie to nie lada wyczyn!). Ryan Murphy zmienił konwencję — po genialnych Nip/Tuck i Running with Scissors ciężko stwierdzić czy przejście do Glee to krok naprzód. Konfuzja, przyzwyczajanie. Ujął mnie wuefistką. Bo nie ma to jak dobry, charakterny i soczysty stereotyp. Szczególnie gdy jest okołolesbijski.

Okładkę do Clintonów mogę już oficjalnie pokazywać. Rosie O'Donnell i Justin Bieber muszą jeszcze chwilę poczekać. Na gwałt szukam nowych zleceń, bo nie chcę wchodzić w wiosnę na golasa. Zresztą (jak zwykle) wchodzenie w wiosnę jest jak wydobywanie się z basenu wypełnionego budyniem. Nawet jak przebierasz nóżkami, to efekt marny. Dodatkowo umarło słońce i budząc się rano odnosi się wrażenie, że przyszła już jesień. Konfuzja. Ale nie zraża mnie to, bo za tydzień piąty zlot Mansonowców w Warszawie. Oczywiście, że będę. Jeśli Kamil zdecyduje się tam na granie, to zamawiam u niego remiks Gagi z Metalliką:

28kwi/10

Skandynawskie bzdurzenie

Podnieciła mnie dyskusja o współczesnym kinie skandynawskim. Przekonywałem zebranych (Piotra, Kamila i Kasię), że mogę o tych filmach mówić nawet wówczas, gdy ich nie widziałem. Zaczęło się od tego, że Piotr i Kamil stwierdzili, że współczesne kino skandynawskie jest genialne, Bergman, etc. Zwróciłem delikatnie uwagę, że kino pokroju Bergmana nie jest już współczesne, i że współczesna Skandynawia to teren inny niż naówczas — to miejsce pewnego dobrobytu mentalno-materialnego, czyli mówiąc krótko zapewne jałowe i bezpłodne pod względem artystycznym. Utworzyli momentalnie opozycję, padły jakieś obco brzmiące nazwiska współczesnych skandynawskich reżyserów, mające za zadanie uświadomić mi, że plotę bzdury (bo nie znam nazwisk). Dowiedziałem się jedynie, że "robią dobre filmy". Nie wystarczyło mi to, bo miałem za sobą inne argumenta, wynikające z pewnych zależności, które mi się w tamtej chwili objawiły.

Tu nie chodzi o to, czy to, co mówiłem, jest faktyczne, czy nie. Interesowały mnie reakcje. Zainteresowało mnie to, że — po pierwsze — skoro oni aktywnie interesują się kinem, a ja je "tylko" oglądam, to zakładają a priori, że cokolwiek nie powiem na temat kina, wiedzą lepiej. Zacząłem domyślać się sytuacji tuż po tym, jak wyszliśmy z festiwalu Short Waves (na którym byliśmy tego samego dnia), ponieważ opinie o obejrzanych filmach dzielili między sobą, nie pytając mnie o to, co myślę. Trochę tak, jakby moja ocena była z punktu widzenia "filmowca" mniej istotna. Po drugie — nie podobają im się moje kategoryczne sądy, bo są kategoryczne, choć przecież wystarczy posłuchać ich przez 2 minuty, żeby się przekonać, że również takimi się posługują.

Stwierdziłem jedynie (aż!), że współczesne kino skandynawskie nie może nic zaoferować, a jeśli może, to tylko w formie rozwodu nad uniwersaliami, takimi jak miłość, prawda, etc. Nie odbierałem przy tym uniwersaliom wartości. Co innego było tu istotne: skandynawski brak dyskomfortu materialno-psychicznego oddala tych ludzi od jednostkowego widzenia świata. Byt określa świadomość (podtarłem się Marksem), a świadomość tych ludzi jest uśmierzona, ten żywioł twórczy jest tam przysypiający, bezbolesny i atroficzny. Dziś mogą mówić jedynie o ogólnej sytuacji człowieka w kontekście kolektywnym — gdzież tu jednak miejsce na indywidualne dramaty ego? I tak dalej, i tak dalej. Podsycanie żaru. Przyroda? Ma tam dodatkowe zabójcze działanie, bo można przy niej doświadczać formy ukojenia i szczęścia, która jest zwyczajnie niekreatywna. No chyba, że ktoś jest bardziej wrażliwym umysłem — wówczas doświadczy przy niej refleksji o uniwersaliach. Padło pytanie: "A byłeś chociaż w Skandynawii i widziałeś tę przyrodę?". Bo Piotr był, co znowu miało mi zasugerować, że jest bardziej kompetentny do udzielania tego typu ocen. Głupie pytania pozostawia się z głupią odpowiedzią, więc odparłem, że nie w tym sęk, bo nie wiem nawet czy Skandynawia istnieje.

Kamil został niechcący wmanewrowany w pozycję Piotra, właśnie w wyższe imię zaangażowania w kino.  Mi z kolei nie zależało na tym, czy dochodzimy do tzw. "prawdy". Rozmowa miała im pokazać, że mogę o czymś mówić, wykonując na tym eksperymenty myślowe, że do pewnych sądów można dojść drogą domysłu, logiki, indywidualnego ujęcia i nie trzeba mieć w tym względzie szczególnego wykształcenia. Mi z kolei miała pokazać, czy faktycznie będę traktowany jako osoba, której nie pozwala się na własną ocenę kina ze względu na moje mniejsze zaangażowanie w temat. Tu nie było miejsca na "Hmm, może coś w tym jest". Było tylko "Nie, nieprawda". Rywalizacja między nami, samcami, jest generalnie przewidywalna, ale pojawił się element, który tę przewidywalność nadwątlił — Kamil utworzył swój własny, trzeci front i wyciągając w moją stronę niewidzialną dłoń stwierdził, że ten żywioł twórczy, który stał się sednem rozmowy, to przede wszystkim kwestia indywidualnego charakteru, bo są osoby (tu wskazał na mnie), które są pobudzane kreatywnie zarówno przez komfort jak i dyskomfort, i sytuacja materialno-psychiczna jest w takim przypadku drugoplanowa. Ale kwestią otwartą pozostaje dla mnie mimo wszystko pytanie czy to się może przydarzać w warunkach skandynawskich. Tu się temat trochę rozrzedził. Jedna jedyna Kasia przysłuchiwała się temu wszystkiemu bez z góry powziętych przesądów. Czy to dlatego, że szanuje każdego z nas i poczuła się rozdarta? (poza tym, że była zwyczajnie zmęczona?) Być może.  Wcześniej uprzedziłem ją, gdy zasiadałem do stolika, że jestem ubrany w czarną koszulę i biały krawat, a więc na tyle kontrastująco, że będę zapewne miał bardzo stanowcze i konkretne opinie. Nie wiem czego ode mnie w tej całej rozmowie oczekiwano — towarzyskie głaskanie się to przyjemna sprawa,  i zawsze jest na to czas, ale ileż można zażywać tych masaży? Przynajmniej wprowadziłem nieco pasji w rozmowę, wymieniliśmy nie tylko słowa, ale również myśli, a to ważne w sytuacji, gdy robimy to coraz rzadziej.

Tymczasem z innej, bałkańskiej beczki — złych fluidów kwietnia ciąg dalszy. Razem z Toksią za późno dowiedzieliśmy się o nowym terminie wystawy (dzień przed!) i nie było czasu na reorganizację podróży. Długie oczekiwanie, a efekt rozbrajający. Teraz jesteśmy na etapie odzyskiwania pieniędzy, które zostały w to włożone. Kondolencje oczywiście przyjmuję, można składać poniżej.

6kwi/10

Dźwięk harmonii

Przyszły święta, więc miałem sobie zrobić przerwę w rysowaniu, ale ten królik za mną za bardzo chodził. Przy pomocy tuszu, stalówki i pędzelka narysowałem autoportret w króliczych uszach, które powziąłem z filmu pt. Gummo (zdaje się, że znalazły się w nim za sprawą Chloë Sevigny). Oglądaliśmy ostatnio z Kamilem i obaj poczuliśmy jego absolutną magię. Przypomniało nam się nawet, że musieliśmy kiedyś gdzieś ten film widzieć, ale absolutnie go nie pamiętaliśmy, poza kilkoma impulsami, które dochodziły nas z ekranu. Gummo przeraża i zachwyca — to już samo w sobie jest dobrą recenzją. Toczy się w nim luźno zarysowana historia ludzi zamieszkałych na amerykańskiej prowincji. To Jerry Springer, tyle, że na poważnie, ze smętnym pomrukiem melancholii, z ciężkim sapaniem psa goniącego swój ogon, z przygniatającym ciężarem niemożności. W tym zdeformowanym świecie wszyscy są genetycznie obciążeni przegraną, tutaj Ameryka wraz ze swoimi amerykańskimi snami nie dociera. Na tym małomiasteczkowym dnie płynie jednak unikatowy strumień poezji. To autorski obraz pokolenia dorastającego w latach 90-tych, będącego poza moralnością, ale jeszcze nieświadomego tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje (obecnie dorastające pokolenie ma bardziej wyostrzony wgląd w swoją chujową rzeczywistość — ich poprzednicy poruszali się niemal na ślepo). Twórca, Harmony Korine, pokazuje je od strony sedesu, spływu, kloaki. Temu wszystkiemu przygrywa idea czegoś innego, czegoś lepszego — ucieleśniona przez króliczego chłopca grającego na harmonii. Korine zasiada tymczasowo na naszym świeczniku.

15lut/10

Biegając z nożyczkami

Różnica: 170 stron Dostojewskiego w 2 tygodnie i 300 stron Burroughsa w 2 dni. Doszedłem do prostego wniosku: Dostojewski mnie tą książką co prawda przymęczył, ale cała sytuacja mogła też mieć źródło w fakcie, że średnio zainteresowało mnie to, nad czym się spuszczał. Inaczej jest z Biegając z nożyczkami Burroughsa. Augustena Burroughsa (nie mylić z Williamem S.!).

Burroughs sklecił swoją książkę ze zdystansowanego psychologicznego chaosu. A nawet psychiatrycznego. Matka Augustena, odzwierciedlenie egocentryzmu, histerii i obłędu, jest jedną z najlepiej zarysowanych postaci, na jakie ostatnimi czasy trafiłem. W ogóle całość tych wspomnień to zestaw tak zły i nieprawdopodobny, że w pierwszym odruchu wszystko może się wydać absolutnie zmyślone. Prezentowany przez Burroughsa typ humoru i rozładowania sprawia, że mam ochotę choć na moment się tam znaleźć i zanurzyć w tym nieokiełznanym smrodzie, w tej paradzie dowolności, w miejscu, które jest wypełnione rozkładem i potencją — jednocześnie! Życie rodzinne zawiadywane przez psychiatrę jest równie patologiczne, co życie rodzinne zawiadywane przez alkoholika i wariatkę. Augusten doświadcza obu na raz. To taki Parnassus, ale przeniesiony na wymiar codzienny, do smutnej, zwiędłej i rozczarowującej rzeczywistości, w której samemu trzeba mierzyć się z mroczną wyobraźnią innych. I w przeciwieństwie do Parnassusa — przepełniony seksualnością. "Psychiatryczna" rodzina Finchów to komuna dziwaków, na czele której siedzi dyplomowany lekarz, porozumiewający się z Bogiem za pomocą własnego stolca. I w tym wszystkim on, Augusten Burroughs, który wspominając te historie po latach, jest równie autentyczny jako sześciolatek, jak i prawie dorosły chłopak (jego sposób budowania logiki w zdaniach!). Zjadłem tę książkę momentalnie, zapchałem się nią jak świnia i pokwikiwałem smutnawo, że mi się skończyła. Potrzeba mi więcej (Spragniony dopisany do listy). Zdaje się, że będę potrzebował odświeżyć też adaptację filmową, tak porównawczo. Film widziałem dwa lata temu — moja kapryśna pamięć do filmów bywa zaskakująco krótka, lecz w tym przypadku historia utrwaliła się we mnie twarzami aktorów. Tak więc nie obeszło się bez nich przy samym czytaniu. Zwiastun poniżej:

25sty/10

W poszukiwaniu trufli

Kino i Pornossus. Może zacznę od tego, że myśl o Parnassusie nie porażała mnie prądem, gdzieś tam byłem zaciekawiony, ale nie sprawdziłem o czym dokładnie opowiada film. Na takie okazje lubię nie zdradzać sobie fabuły, czasem bowiem przeczuwam w kościach, że coś się może źle rozegrać i nastrajam się tak, żeby doznać miłego zaskoczenia. Terry Gilliam niby mi znany, ale bez napięcia. Romanse montypythonowskie znałem, podobnież Brazil, 12 małp, Braci Grimm – a więc główne punkty rozrzutu jego dorobku. Obsada również zapowiadała się smacznie (poza Deppem, którego nie lubię). Zdjęcia promocyjne wyborne. W zasadzie nie było się czego czepić, tylko ruszyć do kina i pożerać oczami.

Nie byłym sobą, gdybym nie wspomniał o obecnej w kinie oborze. Z tyłu kozy kopiące w fotele, a z boku para, która zjawiła się w ciemnicy tuż po reklamach, aby na sekwencjach początkowych rozłożyć się i dziobiąc swoje piekielnie śmierdzące nachos zapytać: "Ej, to będzie w 3d?" Co za różnica skoro i tak lizali się przez cały film. Oto uroki multipleksów.

Po pierwszych pięciu minutach zwracam się niepewnie do Kamila: "Nie sądzisz, że te dialogi są dziwne?" Stękam ostrożnie, bo może czegoś tu nie chwytam, a wolę się upewnić, że nie jestem sam. "Czemu?" – zapytuje z ciekawością. Znowuż ostrożnie (bo wiedziałem, że Kamil ma spore oczekiwania co do tego filmu), tak jakbym starał się bezgłośnie otwierać skrzypiące drzwi, mówię: "No są pisane jakby dla łomów". I to przeczucie nie chciało mnie opuścić aż do końca filmu. Scenariusz oferował trochę zręcznych żartów, trochę mrocznych nikczemności, ale gdy przychodziło do strony emocjonalnej postaci to żal i smutek ściskał tyłek. Nie ze wzruszenia, tylko z opadnięcia rąk. Te sytuacje ciągle przerywały iluzję Parnassusa i nakazywały mi się zapytać ze skrzywieniem: "No jak to?...". Albo Gilliam brnie w banały z powodu wieku (co jest najbardziej prawdopodobne, bo z wiekiem zmienia się sposób działania mózgu), albo nie zdołał ogarnąć tego całego baroku. Parnassus to głównie genialny zmysł plastyczny, Ledger, Waits i fizjonomia Lily Cole. Poza tym nie widzę już żadnych trufli, choćbym się schylał i palcem grzebał. A gdybym tak grzebał, to grzebałbym przede wszystkim za seksualnością, bo, rzecz ciekawa, film był jej całkowicie pozbawiony (poza sugestią na łódce; nie ufam starszym mężczyznom, którzy są pozbawieni sfery seksualnej!). Parnassus staje się przez to dla kina tym, czym byłaby kolejna płyta Michaela Jacksona dla świata muzyki. Przy całej mojej sentymentalnej miłości do Jacko niech pozostanie to komplementem.

28paź/09

Nocne seanse dla dorosłych

Zdarzają mi się sny-filmy, tj. sny na zasadzie filmowej opowieści, gdzie przed moimi oczami toczy się cała historia, ja natomiast pozostaję nieobecnym widzem, nie mającym wpływu na cokolwiek. Jestem obserwatorem, którego nikt nie dostrzega, mogę być wszędzie i patrzeć z jakiegokolwiek kąta kamery. Jestem operatorem, a w głębokiej podświadomości nawet reżyserem - w końcu to mój mózg generuje te obrazy. Na zwykłym poziomie świadomości jestem nieświadomym tych procesów widzem. Powtarzam: jako widz nie mam wpływu na akcję.

Są to sny, które nadają się na historie komiksowe. Albo na ilustracje. Często związane są z elementami seksu i przemocy - historie erotyczne przechodzą w makabrę, horror, nawet gore. Nie wiem skąd we mnie te krwawistości, ja nawet tego nie lubię. Ale przydarzają mi się, gdy śpię. Niczym erotoman elektryzuję się kontaktami intymnymi, niczym rzeźnik oglądam bolące, otwarte mięsa (swoje i obce). Jednak w momencie, gdy mam sen-film, a więc nie uczestniczę w nim bezpośrednio, mogę odetchnąć z ulgą - nic z tych rzeczy nie przydarzy mi się i nie wywoła fizycznego bólu.

I proszę sobie nie wyobrażać, że ja tylko o tym śnię. To tylko fragment tego sennego świata. W moich snach wiją się bardzo podstępne i przemyślane wątki. Zdarza się, że spotykam na swojej drodze ludzi, którzy potrafią mnie zagiąć słownie, lub zadać zagadkę, do której nie potrafię udzielić odpowiedzi. Gdy sami odpowiadają, nagle wszystko staje się jasne i olśniewające. Manipulują mną, robią w konia, kłócą się ze mną, kłamią. Jeśli spojrzeć na to z boku, wówczas jasno widać, że to ja manipuluję sam sobą, sam się robię w konia, kłócę się z sobą i kłamię sobie na poziomach różnych osobowości. A nawet więcej, oszukuję się do tego stopnia, że śnię o budzeniu się, a następnie wierząc, że to jawa, dalej śnię, aż ponownie się wybudzam, nie wiedząc, że dalej śnię o kolejnym wybudzeniu, etc. Nie przestaje mnie to zadziwiać.

I tak na przykład dzisiejszego poranka, w ostatniej godzinie snu zaczęły się sekwencje filmowe. Zima, niebiesko-blada gama kolorów, typu Zmierzch. Jestem (jako kamera, widz) w korytarzu, na wprost drzwi. Otwierają się, wpada chmura rozproszonego wiatrem śniegu, za nią ostre, zimne słońce. Wchodzą dwie osoby, chłopak i dziewczyna. Obejmują się ramieniem, podpierają. Jest wojna, znaleźli schronienie. Widzę ślady czerwonej krwi na ich ubiorach. Chłopak patrzy dziewczynie w oczy, chwila zawieszenia i ciszy. Odgłos wiatru zanika, spowolnione spojrzenia informują mnie, że jest między nimi głębsza więź. Prawie słyszę to typowe dla sytuacji bicie serca. Chłopak mierzy strzelbą w dziewczynę, oddaje strzał. Drugi. W całym tym spowolnieniu widzę jej smutną twarz, która pochyla się w dół, aby w okolicach mostka dostrzec na białej sukience dwie ciemnobordowe rany, zarysowane równo niczym małe plastry buraka na talerzu.

Oburzenie, jestem wśród widowni. Nauczycielka polskiego przyszła na ten film ze swoją klasą. "Ten film jest pełen bezmyślnej przemocy" - zwraca się do mnie. Zabiera dzieciaki z foteli. Znam tę twarz, spośród czterech nauczycielek polskiego z jakimi w życiu miałem lekcje, tylko wobec tej nie czułem żadnego szacunku. Patrzę na nią, chwytam jednego z wystraszonych 10-latków, biorę go na ręcę i przytulam. "Wytłumaczę ci, co się stało" -- mówię mu opiekuńczo, ale tak, żeby tamta słyszała. "Wojna to najokrutniejszy rodzaj przemocy jakiego doświadczają ludzie. Ten chłopak zastrzelił dziewczynę, bo widziała wojnę. Była ubrana na biało, a więc uosabiała niewinność. Zabił ją, żeby uchronić ją przed utratą tej niewinności". Chłopak rozumie, przytakuje smutno, nadal uwieszony. Wybałuszam się na nauczycielkę, żeby dać jej do zrozumienia swoją przewagę nad jej zdolnościami interpretacyjnymi. Ona mruży oczy i pyta nagle: "Ty masz chyba mało znajomych, co?" Bezczelna baba! Chce mnie podejść od tej strony! "Mam na tyle, aby nie czuć niedosytu" - odpowiadam nieco zmieszany jej nagłą złośliwością. Odprowadzam chłopczyka do drzwi, które są drzwiami jego domu, a jednocześnie drzwiami łazienki. Ściany w kolorach łososia zmieszanego z beżem, sztuczne światło u sufitu. Tutaj wracam do bycia kamerą, widzę jak chłopak wchodzi, zmierza w stronę lustra. Dzwoni mu telefon. To jego dziewczyna. Zamiast z nią rozmawiać, mówi żeby poczekała, zaraz jej coś podeśle. Rozbiera się do białych majtek, uchyla je, cyka z aparatu w komórce fotkę swojego penisa. I szczerzy się zadowolony przed lustrem. Budzę się, siadam na łóżku. Nie wiem po co uświadamiałem go w kwestii niewinności, skoro on już swoją utracił. Za chwilę uderza mnie to, że śniąc przeszedłem od przemocy do seksu. Znowu.

24cze/09

“Happy birthday, Mr. President”

Happy birthday, Mr. President (06-2009)Ilustracja do rozdziału 10-go z nigdy nie wydanej książki Holy Wood Marilyna Mansona. Rysunek pochodzi z mojego szkicownika, w którym został nakreślony ołówkiem automatycznym i szarymi markerami. Kolory wyciągnąłem w Photoshopie.

Parę słów wyjaśnienia:

W 2000 roku miał powstać film Holy Wood. Manson w oparciu o swoją płytę przygotował scenariusz, który miał zrealizować razem z Alejandro Jodorowsky'm. Johnny Depp miał grać Prezydenta. Były nawet pieniądze. Nie było zgody wytwórni filmowej na wszystkie sceny. Projekt zatem został wstrzymany. Manson więc zaczął przerabiać scenariusz na tekst książki. Książka koniec końców utkwiła w 2002 roku u wydawcy, gdzie została wstrzymana z okazji tajemniczych powodów religijno-prawnych. Projekt zahibernował i hibernuje po dziś dzień.

Około dekady temu w Walentynki Manson zamieścił w internecie dla fanów fragment 10-go rozdziału - ni to scenariusza, ni to tekstu literackiego. To jedyna część historii, która została kiedykolwiek upubliczniona.

Projekt ten ma swoją fascynującą historię walki artystów o swoje, o której można przeczytać w tym artykule. Natomiast tłumaczenie opisywanego fragmentu tekstu znajduje się tutaj.

30maj/09

Antychryst

Byłem, widziałem. Lis. Oglądałem kiedyś kilka wcześniejszych obrazów von Triera, ale mam na tyle słabą pamięć do filmów, że po paru latach nic mi z nich nie pozostaje. Więc obejdzie się na szczęście bez porównywania, jestem na świeżo - można powiedzieć, że to moje pierwsze z nim zetknięcie, więc nie będę oceniał, czy aby von Trier zapachniał zbukiem, czy wzniósł na wyżyny. Nawet więcej - cały von Trier mnie w tym przypadku średnio zajmuje. Zajmuje mnie sam lis, ..tfu! film.

Może zacznę od kina. Siedziałem wśród tępej obory w otoczeniu ludzi, którzy przyszli, bo przyszli i myśleli, że zafundowali sobie dobrą gumę do żucia dla oczu na piątkowy wieczór. Chichy licealistek, pusty dowcip licealistów, gadanie, buczenie, pierdolenie na uszko - a przecież każdy i tak to słyszy. Giry na fotelu, na moim fotelu, ciągłe pulsowanie oparcia. Nerwica. Chi chi, bla bla. Dlaczego nie mogli po prostu wyjść skoro im się nie podobało? Tak zrobili ludzie mający więcej klasy. Nie chcieli stracić kasy za bilet? Dlaczego więc odbierali mi moją? Poczułem się staro - ta młodość siedząca za mną była rozczarowująca. Zdaje się, że wychowaliśmy się w innych kontekstach rzeczywistości. Ich młodość nie dała im pasjonującego materiału na przyszłość.

Natura tożsama ze złem. Ciekawa koncepcja wyjściowa, szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę średniowieczny zabieg marketingowy Kościoła polegający na utożsamieniu wizerunku bóstwa pogańskiego (kultu Natury) z diabłem. Kobieta tożsama z naturą. Jeszcze lepiej - wyciekające z głębi zło, jej natura wewnętrzna, jej Antychryst, terapia uskuteczniana na śnieżnej kuli, która toczy się i w histerii swego naturalnego toczenia traci kontrolę.

Zwierzęca symbolika i mądrawe dialogi zdawały się być jakoś niedoszyte do reszty. Brzmiały i wyglądały nieco niepłynnie, wchodziły z nagła, z nagła wychodziły. Brakło spoiwa. Ale to i tak smakowało, robiło wrażenie, szczególnie, że działo się pomiędzy dwojgiem i drzewami. Akceptuję tę metaforykę. Akceptuję tę pornografię. Nawet, jeśli ten lis nie mógł się powtrzymać i zrobił to, chcąc zadowolić całą widownię.

8sie/08

3 razy 8

Dziennik pokładowy. Data gwiezdna 08.08.08. Jak już mówiłem, nie jestem przesądny (gówno prawda), ale liczby zawsze działają na mnie nieco misteryjnie i zdarza się, że oglądam świat poprzez ich strukturę. Ale data to nie świat (fizyka), to ledwie odmierzacz czasu. Mimo wszystko...

Chciałem napisać coś mądrego, ale napiszę, że byłem dziś w kinie na Mrocznym rycerzu (sala nr 4, rząd 12, a 12 - 4 = 8; kino Helios, a H to rzecz jasna ósma litera alfabetu; wspominałem już, że jestem numerologiczną ósemką?). Two Face bezbłędny, a i Joker również trafiony (sztuczka z ołówkiem stała się moim ulubionym trickiem). Udany film, nieco obrzezany z bajkowości, ale nie szkodzi. Każdy z batmanowych reżyserów ujął temat po swojemu, dzięki czemu nabiera on nieco więcej trójwymiaru. Aż głupio wybrzydzać (zabijcie mnie, ale nawet Schumacher miał jakieś dobre momenty).

A tak poza tym to chyba nie bardzo wiem, czego w życiu chcę. Zapytany ostatnio jakie mam marzenia, nie potrafiłem odpowiedzieć. Zdaje się, że jestem również w twórczym zastoju. Taka cisza może zwiastować tylko burzę, choć nie wiadomo na jakim odcinku czasu. Jak już mówiłem, liczby odgrywają u mnie swoje skrzypce, a zbliżają mi się 25. urodziny (teraz mam 24, a więc 3 razy 8). To może zadziałać jak akcelerator.

Living on video

Queen - I'm Going Slightly Mad (1991)

UserOnline

Users: 5 Guests

Meta

Ostatnie komentarze

Archiwum

Last.fm

The Boxer
30 Jul 2010, 13:06
The Boxer
30 Jul 2010, 12:47
The Boxer
30 Jul 2010, 12:41
The Boxer
30 Jul 2010, 12:35
The Boxer
30 Jul 2010, 12:32

Newsletter