Bullsik Gallery | Michał Szyksznian
14lip/10

Kora mózgowa

Aktywność psychiczna jest w pewnym wieku rzadko osiągalna, z różnych przyczyn. Choćby z takiej, że starzejący się człowiek ukonkretnia się, zastyga jak żywica w jakimś kształcie. Przy czym, z nadmiaru wiedzy (i rozkładu), upada wewnętrzna łatwość poszukiwania możliwości, zanika dynamika i wizjonerski algorytm myślenia tak właściwy dla młodości. Dodatkowo, w tak szybko zmieniającej się rzeczywistości (używam tego słowa na określenie ludzkiej cywilizacji), mało kto jest w stanie nadążyć za nowym stanem rzeczy. Wywołuje to, szczególnie u ludzi starszych, poczucie, że ten świat nie jest ich światem. Dochodzi cała kwestia dezorientacji, niepewności, uruchomienia się nostalgii i nabierania fałszywego mniemania, że "kiedyś było lepiej". Trzeźwość myślenia, odwaga, czy brawura zamieniają się w obojętność, bądź lękliwość i niepewność, wygląd fizyczny obraca się w niwecz i nie tylko świat, lecz nawet własne odbicie w lustrze staje się obce. Końcowym wynikiem tych zależności jest usuwanie się w cień. Następuje wyłączanie się z obiegu i wegetatywne skupianie na własnej, prywatnej i niezmiennej iluzji czasu przeszłego ("konserwatyzm"). W tym punkcie krystalizują się już chyba tylko natrętne pytania o mistykę życia, o drogę dla siebie w oderwaniu od tego, co wokół. (Nie jest tak zawsze, ale generalizuję, żeby coś nakreślić... i przy okazji oswoić się z przyszłością).

Stąd też zadowala mnie ostatnia aktywizacja Kory, którą można określić jako ugodzenie w sutannę — mówię o "Zabawie w chowanego" oraz o wywiadach, choćby dla Wprost (1,2,3) czy Rzeczypospolitej.  Zdaje się, że Kora przeorganizowała się i uzyskała dystans, który pozwala jej się rozliczyć z dawnych doświadczeń. Oznacza to także, że posiada dar, który podtrzymuje w niej buńczuczną ruchliwość myśli i pozwala włożyć kijek w tabu. Dodajmy do tego wszystkiego niedawny, całkiem dosadny list w obronie Palikota. Ten bohemiarski ton oskarżycielski przywołuje w myślach jej siłę z przeszłości.

Nad zagadką Kory i Maanamu zastanawiam się już od pewnego czasu. Bo zagadką dla mnie jest to, dlaczego tak dobrze przyswajam i nastrajam się w obliczu tych utworów, tych tekstów. Kontekst Maanamu jest dla mnie jak dobrze skrojona i pasująca kamizelka. Rozwiązanie tkwi, jak mi się zdaje, w tym, że urodziłem się w czasie, dla którego Maanam był ścieżką dźwiękową.

W 1983 roku Maanam miał na koncie bardzo zacny materiał i szykował się z wydaniem następnego. Urodziłem się w momencie, gdy przez polskie podwórka przelatywały już dwa albumy. Zaraz wyszedł trzeci, Nocny Patrol, ten kamień szlachetny, następnie Mental Cut , no i szczytowe zakończenie lat 80-tych w postaci Się ściemnia. Ta trójca jest chyba najbardziej esencyjna dla pierwszego Maanamu. Wszystko razem daje obraz snujących się, meduzalnych, opiumowych, wypłowiałych, betonowych ciemnych zaułków, portów, win, tang i zdrad, z towarzyszącą temu pazurzastą ekspresją sceniczną Kory, z tekstami pełnymi dynamicznych powtórzeń i zapętleń, z muzyką, która nie starała się kalkować Zachodu. Maanam miał swoją zupełnie odrębną półkę na polskiej scenie rockowej. Oczywiście będąc tak młody, nie wiedziałem tego i nie przetrwarzałem, tylko kodowałem. W okresie przejściowym dla Polski (i dla Maanamu) również przeżywałem własne przejście, stałem się bowiem siedmiolatkiem, a więc nabrałem świadomości własnego Ja i jego odrębności od świata. Wszystko, co zdarzyło się wcześniej, zapisałem w nieświadomym.

Drugi etap Maanamu to lata 90-te. Ten czas, w którym Kora przeczekała noc i ukochała poranek, dzień, weszła we wspólny język i w uwielbienie dla uniwersum, w kontakt z czystą przyrodą i świadomością na poziomie mistyczno-łóżkowym. Kiedy po latach skompletowałem muzykę Maanamu okazało się, że dobrze zarejestrowałem oba okresy (choć każdy na inny sposób).  Jako odkrywca kopiący w lamusie dzieciństwa przeżyłem wówczas ciągnące się przez całą dyskografię wielkie ekscytujące deja vu. Te piosenki są po prostu znajome, czy się ich słucha czy nie. Z tak zrodzonymi sentymentami trudno dyskutować — wszystko może stać się częścią naszej nostalgii i sprawić, że pozostaniemy wobec tego praktycznie bezkrytyczni. Mam tak z kilkoma rzeczami, m.in. właśnie z drącym się, kosmiczno-balsamicznym tonem Kory. To jedna z tych iluzji przeszłości, która pozostanie ze mną prawdopodobnie do końca... Tymczasem premierę nowej płyty Kory przesunięto na przyszły rok. Wyczekuję ze spokojem i pewnością, bo jak już zdążyła pokazać Grace Jones, 60 lat to dobry wiek na artystyczny restart.


Maanam - Kadyks (1989)

6kwi/10

Marcowe historie

Ostatnio pojawiły się z różnych stron pytania pod tytułem "co ja właściwie robię". Dziś bowiem, aby poznać człowieka ludzie nie pytają co ten człowiek uważa na dany temat, tylko pytają gdzie pracuje. Skorzystam z okazji i podkreślę tu jeszcze raz publicznie, że nie pracuję z prostego powodu: aby móc realizować swoje talenta i doprowadzić do sytuacji, w której będę mógł z nich wyżyć. I nie mówię tu o ciułaniu w studio reklamowym, bo jest mi to obce do tego stopnia, że gdybym miał wybierać pomiędzy studiem, a naklejaniem cen w Carrefourze, wybrałbym to drugie. Mówię o drodze wybrukowanej wyrzeczeniami, która jednak może mnie poprowadzić do zwycięstwa. Taka jest moja odpowiedź.

Musiałem to tłumaczyć różnym osobom (z różnym natężeniem i różnym skutkiem). Dodam przy okazji, że nie umiem odpowiadać wiele razy na to samo pytanie używając tych samych zwrotów i zdań. Za każdym razem staram się inaczej dobierać czasowniki, synonimy, używać nieco innych chwytów, aby z nudów nie paść przed sobą trupem. (Powtarzanie tego samego, w taki sam sposób i każdemu z osobna grozi apatią i wchodzeniem w mechanizm). I jeśli pojawia się w krótkim odstępie czasu sporo osób, które mnie częstują tym samym pytaniem, wówczas zaczynam dostrzegać, że ilość wariantów w języku polskim jest jednak ograniczona, nad czym ubolewam. Rozwiązanie: odpowiadać zbiórczo lub poznać nowy język. Tymczasowo wybieram opcję numer jeden.

Zostawmy jednak w tyle historie zawodowe i lingwistyczne, a przejdźmy do miłosnych. Niedawno chciałem pozbyć się (symbolicznie) swojego pierścionka, więc wpadłem na wspaniały pomysł, że go po prostu połknę! Pierścionek okazał się być jednak zbyt duży i utknął przy krtani — nie chciał ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Kasia próbowała go przepchnąć palcami, wyczuwając go w szyi. Nic z tego. Zachowując zimną krew zacząłem prowokować wymioty. Ponieważ jednak robiłem to przy stoliku w Hormonie, przy ludziach, instynkt (czytaj: Kasia) nakazał mi w pewnej chwili udać się do łazienki.  Kluczem był spokój — pierścień w końcu wypadł do klopa, obyło się bez pogotowia. W tym miejscu historii zmieniłem zdanie i postanowiłem go ratować, włożyłem rękę w ustęp, wyciągnąłem, opłukałem i już wiedziałem, że tego nie można się tak po prostu pozbyć, że to mógłby być błąd. Życie samo pisze dla siebie metafory!

Tymczasem sprawa z wystawą Mansona zrobiła się nieco bardziej tajemnicza. Galeria, która miała być jej organizatorem, nagle już nim nie jest. Z dnia na dzień znikają banery, postery, prace i nazwisko Mansona z ich witryny. Kurator zaczyna milczeć, więc pewnym jest, że nic już z człowieka nie wykrzesam. Zwracam się do Instancji Najwyższej, która informuje mnie, że wystawa jednak się odbędzie (muzeum potwierdza to samo). Proszę go o wskazanie innego kontaktu. Jedna z osób z jego otoczenia informuje mnie, że z wejściówkami to nie do końca tak, jak mi to uprzednio naświetlono — dezorganizacja, a czasu coraz mniej. Stanęło na tym, że zostaniemy tam z Toksyczną tajniacko "wprowadzeni". Będziemy jednocześnie jedynymi przedstawicielami polskiej biedoty pośród zbiorowiska grubych ryb po grecku. Tajemnice! Suspens! Te trzy dni w Atenach zapowiadają się smacznie. Przy okazji obadam pozostałości lepszego świata, czyli Akropol, tym razem już nie przez pryzmat historii sztuki, a bezpośrednio i naocznie. Rezerwacje poczynione.

Jeszcze a propos rysunków. Dorzuciłem jakiś czas temu do galerii portret Joan Jett, który wykonałem dla Bluewater Productions. Wydawnictwo to w głównej mierze korzysta z popularności różnego typu celebrytów i tworzy o nich komiksy, co jest zresztą nową, po części pasożytniczą formą wydawniczą w Stanach. Jak się okazuje — mimo obelg ze strony innych wydawców — są oni w stanie swoimi historyjkami ożywić nieco podupadający rynek komiksowy w Ameryce poprzez wprowadzenie zupełnie nowego narybku klientów. Interesuje mnie jednak co innego, a mianowicie to, że mogą nieco wypromować swoich twórców. Niech dowodem będzie fakt, że ich komiksy są pokazywane w amerykańskiej telewizji śniadaniowej i docierają nawet na polskiego Pudelka. Komiks "Joan Jett and the Runaways" (będący zresztą reprintem serii rockowej z lat 90-tych) wychodzi w czerwcu, na fali powodzenia nowego debiutu kinowego Florii Sigismondi. Więc będąc mniejszą pijawką, podczepiam się pod pijawkę większą i sprawdzam czy to środowisko jest aby w stanie być mi pomocnym w uskutecznianiu moich planów. Jak na razie zapowiedź komiksu ozdobiła stronę MTV Splash Page oraz szereg pomniejszych portali, które przekopiowały z niej newsa. Czekam na publikację i obserwuję, a w międzyczasie rysuję kolejne okładki. I to z postaciami, o które byście mnie nie podejrzewali.

29sty/10

Potworki z nudy

Ostatnio, przeszukując Wikipedię odnośnie neuroz i innych zaburzeń psychicznych oraz osobowościowych (w celu postawienia sobie diagnozy), stwierdziłem, że określa mnie najbliżej introwertyzm typu B oraz typ osobowości unikającej. Wybaczyłem sobie przy okazji kilkuletnią dystymię, choć nie dało jej się do końca doczyścić. Zauważyłem jednak, że wszystko to musi jakoś współżyć z moimi silnymi przejawami egocentryzmu. Egocentryzm ten potrzebuje publiczności, choćby w liczbie jednej osoby, a więc jest to dążenie w pewien sposób sprzeczne z tym, o czym informuje diagnoza (a informuje o silnych tendencjach do izolacji). No bo jeśli człowiek pozbędzie się wszystkich podmiotów wokół, to czy można jeszcze mówić o silnym zarysowaniu ego? Czy można mówić o kierowaniu otoczenia na siebie? Czyż nie jest tak, że dopiero przez towarzystwo innego możemy określić siebie jako "kogoś" i znaleźć drogę do nakierowania na swoją osobę? Jak można nakreślić samoistnie zawieszony w przestrzeni podmiot, gdy nie ma go z czym porównać? Gdzie jest most, który to wszystko zespaja?

Co ciekawe, izolacja wywołuje niezwykłe, a czasem straszne mutacje ego. Jest jednym z moich ulubionych tematów nie tylko ze względu na to, że miewam ku niej grawitacje, ale także przez tę straszność i mutogenność. To wylęgarnia potworków, przesady i wyostrzonego, niekiedy iluzorycznego subiektywizmu. I zdaje się, że jako taka, musi mieć gdzieś swoje ujście. Prowadzi bowiem do napęcznienia się mózgu, do wytworzenia się w nim osobnego świata, osobnej struktury, osobnego klastra w ulu, osobnego życia w życiu. Niech no porównam to do sytuacji z samego prapoczątku życia na Ziemi: izolacja aminokwasów w "zupie pierwotnej" stała się pierwszą tendencją do łączenia się związków chemicznych w sposób nieprzypadkowy. Nie było ku temu szczególnego powodu, a jednak pojawił się sensowny wynik równania: wyizolowanie się struktur doprowadziło do powstania DNA. W umyśle współczesnego człowieka, w moim umyśle, izolowanie się to początek uzyskiwania sensu w chaosie, to tendencja do porządkowania się zdarzeń, tak jak w gombrowiczowskim Kosmosie. Chaos rzeczy, chaos, informacji, chaos myśli – tu tkwią nowe, samorodne sensy. Tu się wytyczają kierunki podług swojej własnej wewnętrznej logiki. Fiksacje. To musi mieć gdzieś swój upływ, to się nie może bez końca izolować. To musi wypływać na świat i wpływać na niego, musi mieć swoje własne potwierdzenie w innym umyśle, musi się wmieszać w czyjś umysł i napaść na niego, tak jak jeden zestaw genów napada na drugi.

Jak to działa? Mamy prazupę, ciepłą kałużę (umysł) w otoczeniu podłoża z zastygłej lawy (niech to będzie zwyczajna sytuacja nudy). Ciecz paruje w atmosferę (otoczenie) i w wyniku zjawisk i wyładowań atmosferycznych (zderzenie z rzeczywistością) skrapla się i powraca do siebie (autorefleksja). W wyniku zderzenia z nowymi pierwiastkami zaczyna się synteza aminokwasów i dowolne się ich łączenie w białka (izolacja i wyszukiwanie nowych sensów w chaosie). Wkrótce powstają nowe mutujące struktury, potworki chemiczne (jak również psychiczne). Przypadkowy sens, którego nigdy nie było. W przypadku człowieka: raz uruchomiona maszyneria, która domaga się publiczności.

I zdradzę tylko, że pierwotnie ten wpis miał mieć tytuł "Przegląd kulturalny". Miałem opisać kilka filmów, które ostatnio przejrzałem. Jednakże już w pierwszych kilku zdaniach zmutowałem do tego stopnia, że strumieniem myśli doprowadziłem się do odszukania mojego modelu umysłu (przypadkiem?). Ilustracją tego modelu będzie schemat uzyskania syntezy związków organicznych w eksperymencie Stanleya Millera i jego aparatura laboratoryjna:

10gru/09

Inauguracja Mikaela

Życie, w naszym trywialnym, codziennym ludzkim wymiarze, jest jak gra strategiczna, w której punktami są pieniądze. Zbierz jak najwięcej, wymieniaj na żywność, przedmioty, buduj dom, swoje państwo, rozrastaj się i wierz głęboko w sens tego pożerania. I tak ludzie konsumują i rozrastają się, czasem nawet dosłownie. Zdarza się, że żyją przez pryzmat punktów i myślą punktami. Dobrze, syto, płasko. Albo ciągle źle, głodno... i też płasko.

Niedopunktowany organizm, taki, który nie uśmierza sobie układu nerwowego (i ma przy okazji mózg, którego używa) jest w o wiele większej potencji kreatywnej. To właśnie poczucie dyskomfortu może być najlepszym bodźcem do działania. I wtedy człowiek działa. I znowuż zaczyna zbierać punkty. Albo je przejada, albo uzależnia się od zbierania.  W obu przypadkach sensy tego wszystkiego jednakowo się spłaszczają.

Jak mogę wrzucić się na taśmę produkcyjną życia, kiedy mam wyostrzoną świadomość i wrażliwość na to, co w nas i między nami? Po zmaganiach z korporacyjnym kanibalem zanurzyłem się w dyskomforcie. Dzięki temu myślę w sposób bardziej nieokrzesany, paniczny, ostry i przesadny. Intuicja podpowiada mi, że będzie mi to bardzo potrzebne. Zresztą, dyskomfort to najlepszy generator rzeczy wartościowych. Tuż obok nudy.

Od sierpnia (czyli odkąd przestałem się miotać z poczwarą) kumuluje mi się w głowie nowy świat — projekt, co do którego nie bardzo jeszcze wiem jako go wyhodować. Bo muszę zbierać punkty. Ale na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że będzie to dość niezwykła synteza mleka, które wyssałem z różnych sutków. I w środek tego wchodzi moje odbicie, Mikael, poszukiwacz sensu — jako główny bohater.

7gru/09

A imię moje 444

Mógłbym wymienić multum dowodów na to, że żyję w Pomiędzy. Określiłbym tym samym w jakiś sposób swoją sytuację psychiczną i życiową. Ale! Chciałbym przedstawić również kilka dowodów natury fizjologicznej. Mam średni wzrost (gdzieś pomiędzy karłem, a siatkarzem); mam twarz prawie w całości pozbawioną zarostu, za to dość bujnie owłosione nogi; mimo swojego wieku nadal przejawiam ciało nastolatka; koniec końców mój mózg jest zawieszony pomiędzy dwoma gniazdami we włosach na głowie.

Być może jestem człowiekiem średniej temperatury, rozładowaniem napięcia, które wytwarza się pomiędzy kontrastami. I tak jak wąsy u Nietzschego, stałem się fizycznie projekcją tego zamysłu.

28paź/09

Nocne seanse dla dorosłych

Zdarzają mi się sny-filmy, tj. sny na zasadzie filmowej opowieści, gdzie przed moimi oczami toczy się cała historia, ja natomiast pozostaję nieobecnym widzem, nie mającym wpływu na cokolwiek. Jestem obserwatorem, którego nikt nie dostrzega, mogę być wszędzie i patrzeć z jakiegokolwiek kąta kamery. Jestem operatorem, a w głębokiej podświadomości nawet reżyserem - w końcu to mój mózg generuje te obrazy. Na zwykłym poziomie świadomości jestem nieświadomym tych procesów widzem. Powtarzam: jako widz nie mam wpływu na akcję.

Są to sny, które nadają się na historie komiksowe. Albo na ilustracje. Często związane są z elementami seksu i przemocy - historie erotyczne przechodzą w makabrę, horror, nawet gore. Nie wiem skąd we mnie te krwawistości, ja nawet tego nie lubię. Ale przydarzają mi się, gdy śpię. Niczym erotoman elektryzuję się kontaktami intymnymi, niczym rzeźnik oglądam bolące, otwarte mięsa (swoje i obce). Jednak w momencie, gdy mam sen-film, a więc nie uczestniczę w nim bezpośrednio, mogę odetchnąć z ulgą - nic z tych rzeczy nie przydarzy mi się i nie wywoła fizycznego bólu.

I proszę sobie nie wyobrażać, że ja tylko o tym śnię. To tylko fragment tego sennego świata. W moich snach wiją się bardzo podstępne i przemyślane wątki. Zdarza się, że spotykam na swojej drodze ludzi, którzy potrafią mnie zagiąć słownie, lub zadać zagadkę, do której nie potrafię udzielić odpowiedzi. Gdy sami odpowiadają, nagle wszystko staje się jasne i olśniewające. Manipulują mną, robią w konia, kłócą się ze mną, kłamią. Jeśli spojrzeć na to z boku, wówczas jasno widać, że to ja manipuluję sam sobą, sam się robię w konia, kłócę się z sobą i kłamię sobie na poziomach różnych osobowości. A nawet więcej, oszukuję się do tego stopnia, że śnię o budzeniu się, a następnie wierząc, że to jawa, dalej śnię, aż ponownie się wybudzam, nie wiedząc, że dalej śnię o kolejnym wybudzeniu, etc. Nie przestaje mnie to zadziwiać.

I tak na przykład dzisiejszego poranka, w ostatniej godzinie snu zaczęły się sekwencje filmowe. Zima, niebiesko-blada gama kolorów, typu Zmierzch. Jestem (jako kamera, widz) w korytarzu, na wprost drzwi. Otwierają się, wpada chmura rozproszonego wiatrem śniegu, za nią ostre, zimne słońce. Wchodzą dwie osoby, chłopak i dziewczyna. Obejmują się ramieniem, podpierają. Jest wojna, znaleźli schronienie. Widzę ślady czerwonej krwi na ich ubiorach. Chłopak patrzy dziewczynie w oczy, chwila zawieszenia i ciszy. Odgłos wiatru zanika, spowolnione spojrzenia informują mnie, że jest między nimi głębsza więź. Prawie słyszę to typowe dla sytuacji bicie serca. Chłopak mierzy strzelbą w dziewczynę, oddaje strzał. Drugi. W całym tym spowolnieniu widzę jej smutną twarz, która pochyla się w dół, aby w okolicach mostka dostrzec na białej sukience dwie ciemnobordowe rany, zarysowane równo niczym małe plastry buraka na talerzu.

Oburzenie, jestem wśród widowni. Nauczycielka polskiego przyszła na ten film ze swoją klasą. "Ten film jest pełen bezmyślnej przemocy" - zwraca się do mnie. Zabiera dzieciaki z foteli. Znam tę twarz, spośród czterech nauczycielek polskiego z jakimi w życiu miałem lekcje, tylko wobec tej nie czułem żadnego szacunku. Patrzę na nią, chwytam jednego z wystraszonych 10-latków, biorę go na ręcę i przytulam. "Wytłumaczę ci, co się stało" -- mówię mu opiekuńczo, ale tak, żeby tamta słyszała. "Wojna to najokrutniejszy rodzaj przemocy jakiego doświadczają ludzie. Ten chłopak zastrzelił dziewczynę, bo widziała wojnę. Była ubrana na biało, a więc uosabiała niewinność. Zabił ją, żeby uchronić ją przed utratą tej niewinności". Chłopak rozumie, przytakuje smutno, nadal uwieszony. Wybałuszam się na nauczycielkę, żeby dać jej do zrozumienia swoją przewagę nad jej zdolnościami interpretacyjnymi. Ona mruży oczy i pyta nagle: "Ty masz chyba mało znajomych, co?" Bezczelna baba! Chce mnie podejść od tej strony! "Mam na tyle, aby nie czuć niedosytu" - odpowiadam nieco zmieszany jej nagłą złośliwością. Odprowadzam chłopczyka do drzwi, które są drzwiami jego domu, a jednocześnie drzwiami łazienki. Ściany w kolorach łososia zmieszanego z beżem, sztuczne światło u sufitu. Tutaj wracam do bycia kamerą, widzę jak chłopak wchodzi, zmierza w stronę lustra. Dzwoni mu telefon. To jego dziewczyna. Zamiast z nią rozmawiać, mówi żeby poczekała, zaraz jej coś podeśle. Rozbiera się do białych majtek, uchyla je, cyka z aparatu w komórce fotkę swojego penisa. I szczerzy się zadowolony przed lustrem. Budzę się, siadam na łóżku. Nie wiem po co uświadamiałem go w kwestii niewinności, skoro on już swoją utracił. Za chwilę uderza mnie to, że śniąc przeszedłem od przemocy do seksu. Znowu.

14wrz/09

26 stopni wtajemniczenia

140909Alfabet łaciński zawiera 26 liter. Dziś kończę 26 lat i znam już je wszystkie. Od teraz będę mógł zajmować się nie tylko poszczególnymi znakami - teraz będę mógł składać je w słowa i zdania. Towarzyszy mi patetyczna świadomość tego, że coś się we mnie dokonuje, staje, spełnia jak klątwa. Nabieram przekonania, że noszę w sobie własną istotę, własne niezmienialne sedno. I tak mi trudno zadać sobie pytanie czy ten finisz jest dobry... 26. Oto koniec aktu, dorosłość.

Może powinienen z tej okazji poczynić parę wyznań. Jak już wielokroć wspominałem żyję w Pomiędzy, w krainie, która jest prostą metaforą rozdwojenia, na jakie zresztą cierpi wielu z nas. Jestem mężczyzną o umyśle z żeńskimi zdobieniami, jestem dorosłą istotą o twarzy młodego, jestem drapieżcą seksualnym skrytym w ramionach monogamii, jestem zablokowanym twórczo pomysłowym kreatorem, etc. To przybrało rodzaj obsesji, we wszystkim widzę te dychotomie, które - według nauczań mądrej filozofii - istnieją po to, by się z sobą ścierać i generować nowe, dynamiczne rezultaty. Pytam zatem: czym są moje rezultaty?

Moim pierwszym w życiu słowem musiało być pozbawione znaczenia, płaczliwe "Aaa..". Następnie przeszedłem do zanegowania rzeczywistości w formie "Bee". Przy C pojawiła się Ciekawość. "Co to jest?" - pytałem. "Dupa" (jako czterolatek przechodziłem pierwszą fazę używania wulgarnych słów). Następnie "Eee", w formie odmowy wysublimowanej, bardziej świadomej. No i rzecz jasna "Fuu", umiejętność oddzielania pereł od gnoju. I tak się przetoczyłem dalej przez ten alfabet i dotarłem w końcu do Zet. Zmęczony. Zaczepny. Zaborczy, zaciekły, zwieszony, zdławiony, zagmatwany, zawikłany, zbolały, zatruty, zrażony, złośliwy, zirytowany, zaniepokojony, zasępiony, znużony, zawieszony, zahamowany... Zdaje się, że zgromadziłem zawikłany zestaw zjawisk. Zestawione zdają się zasklepiać w zamęt i zgubienie. Zniknąć. I znowu się zrodzić. A!

Ale przecież nie jest tak źle, to bardziej poezja na potrzebę chwili niż skomlenie czy narzekanie. Przyznaję, że przez ostatnie dwa lata za bardzo stonowałem. Cierpię na przewlekłe nieporuszenia. Mam uboższą mimikę twarzy. Cichnę i obserwuję. Natomiast ta dzisiejsza urodzinowa świadomość bycia skompletowanym do działania daje obraz wielu możliwości i jakoś mnie łechce. Jestem piekielnie ciekaw co się wydarzy. W mojej głowie, na moim papierze. Czyli w życiu moim.

9wrz/09

Damsko-męskie

Ostatnio, obserwując po ludziach, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że stwierdzenie "mężczyźni to egoiści" jest bezmyślnie powtarzanym fałszem. Nie, to kobiety są egoistkami. Mężczyźni po prostu przejawiają narcyzm. A im bardziej są narcystyczni, tym bardziej zmuszają kobietę do bycia egoistką i do bezskutecznego starania się, by odkleić mężczyznę od lustra i zmusić do patrzenia na nią, do robienia czegoś dla niej. A im silniej kobieta to uskutecznia, w tym większy narcyzm wpędza mężczyznę, bo może on się przed tym obronić jedynie uciekając w siebie. Tym sposobem dochodzimy do kolejnej czarnej dupy.

Lubię sobie czasem pogeneralizować.

5lip/09

Spacer (miasta strony c.d.)

Niedziela. Parno. Chmury. Miasto pod stalowym parawanem, a mimo to budynki nadal zachowują się, jakby stały skąpane w słońcu. Gorąco. Jakaś babcia kuca na skrzyżowaniu i zamiata róg ulicy zmiotką. Wyrywa wystające spomiędzy płytek rośliny. Sprząta? Nie, grzebie. Za czym? Trudno mi uwierzyć, żeby bieda zmuszała ludzi do szukania między chwastami. Czyżby było aż tak gorąco?

Pierwsze uderzenie brzydoty - brudny dziadek na wózku. Nie ma nogi. Smaży się w nieobecnym słońcu. Idę dalej, coraz bardziej ciepło. Wybieram kierunek na park. Ukrop. Kaka na chodnikach. Odnotowuję zwiększoną aktywność much przy kamienicach. Z bram dobiega skisła woń amoniaku. Chodzą ludzie. Chodzą muchy (przy tej temeraturze zaczynają chodzić).

W parku jakby się wściekli - więcej ludzi niż drzew. Pod Platanem gra jakiś żenujący zespół. Wycofuję się, schodzę w dół w stronę autobusu. Po wejściu do krainy spalin szybko żałuję. Ktoś musiał tu nasikać. Niedobrze mi, wysiadam. Idę na tramwaj. Na przystanku stoi nieco dziabnięty koleś. Łydki jakby (tu muzyka z Psychozy) w strupach. Łokcie jakby w strupach.

W tramwaju zająłem miejsce obok nieszkodliwie wyglądającego mężczyzny, co szybko okazało się błędnym posunięciem. Wiem, że nie umył penisa, czuję to. Odwracam wzrok na prawą kolumnę siedzeń, żeby o tym nie myśleć - gruby facet trzyma się za oparcie. Jego ręka... grzybica!

W międzyczasie wsiada duża kobieta. Brwi krzaczaste, długie włosy na podbródku, z rodzaju wczorajszych. Wysiadłem. Na skrzyżowaniu na pasach staje przy mnie koleś od strupów - z tak bliska zapach staje się nie do zniesienia. Odchodzę dwa metry w bok, uciekam kupić papierosy, ale! W sklepie znowu on, przede mną!

W pośpiechu ruszam do pubu, gdzie zasiadam na Noteckie ciemne i gdzie otwieram zeszyt, żeby to wszystko opisać. I siedząc tak po tym całym spacerze przez miasto czuję jak śmierdzą mi nogi. Schowane skrzętnie w butach, ale wiem, że śmierdzą.

4lip/09

Miasta strony

Miasto objawia czasem swoje inne strony. Mało tego, nachalnie się z nimi narzuca. Dzisiaj wszystkie kobiety po 40-tce wyglądały mi na mężczyzn w przebraniu. Złudzenie było tak mocne, że o mało w nie nie uwierzyłem.

Widzę, że stoi na przystanku, postawna, ubrana średnio gustownie. Złoto tu i ówdzie. Profil twardy, kanciasty, z wydatną brodą. Pani Doubtfire. Peruka? Wychodzę z tramwaju, idzie kobieta na oko 180 cm wzrostu. Szczęka. Okulary typu Jan Suzin. Zmierza twardo, szybko. Siatka pełna czegoś, stukot butów. Następna. Nieładna, zmiażdżona życiem, zaniedbana. Włosy na całym podbródku. Dziś żadna nie wygląda na kobietę. To miasto zamieszkują różnej maści transwestyci.

Living on video

David Bowie - Cracked Actor (live in Hollywood, Los Angeles, 1974)

UserOnline

Users: 5 Guests

Meta

Ostatnie komentarze

Archiwum

Last.fm

The Boxer
30 Jul 2010, 13:06
The Boxer
30 Jul 2010, 12:47
The Boxer
30 Jul 2010, 12:41
The Boxer
30 Jul 2010, 12:35
The Boxer
30 Jul 2010, 12:32

Newsletter