5sie/08
Znowu on
Siedzimy wczoraj, relaks, niezmącenie i nagle Toksyczna śle smsa z Zakopanego (tak, z Zakopanego, a siedzimy akurat w mieszkaniu Meow, która zbiegiem okoliczności pojechała właśnie do Zakopanego - jak to się wszystko zazębia!), żeby włączyć na Dwójkę, bo Gombrowicz. Włączam z wypiekami i patrzymy. I tak nam obwisa wszystko z minuty na minutę. Co to kurna było?! (wypowiadam to tonem Kołaczkowskiej ze skeczu Hrabi pt. "Kobieta"). Dziś patrzę na program co to było i czytam, że to był fabularyzowany dokument pt. Rozdarcie, czyli Gombro w Berlinie. I powiem szczerze, że to powinno mieć tytuł Rozdarcie pana reżysera, czyli Gombro w Berlinie. Ten cały klimat dołu, grobu i pomoru, to cedzenie lektora, jakby z nagła odkrył bezsensowność życia i postanowił nagrać swój głos po raz ostatni, ta czarnobiałość, sepia w retrospekcji, natarczywość zagubienia, słabizna... Co to kurna było? Przecież pan Gombrowicz to człowiek o dystansie, o humorze nawet, płynny, ruchliwy w myśli, żywotny w obliczu spraw najciemniejszych, a nie taka zdechła kupa w zszarzałej kałuży. Ja tego dnia przypadkowo czytałem te berlińskie dzienniki z trzeciego tomu, więc jestem na świeżo (jak to się wszystko zazębia!). Ani przez myśl mi nie przeszło, żeby Gombrowicz się wyrażał w tym tonie fatalnym, gryząc jeszcze ziemię (a w filmie gryzł i to dosłownie). A ta śmierć wszechobecna berlińska, europejska, polska, która naraz się mu objawiła... Jakby z innego korzenia pochodziła niż to w filmie się słyszało, czuło. Jej źródłem była młodość, wonie przeszłości, zarówno samego Gombrowicza, jak i wszystkich berlińczyków okrążających go wkoło. Rozdarcie było spowodowane śmiercią Argentyny (stała się wspomnieniem), ale i śmiercią własną przy tak bliskiej obecności Polski (powrót do Polski zamykałby cykl życia). Ale tego autor chyba nie wychwycił. A może wychwycił, ale to nie brzmiało jak powyższe, tylko jak... nie wiem... rozbicie moralne wskutek zaistniałych zbrodni hitlerowskich. Teksty te same, ale zaaranżowane w sposób prawie odwrotny. Pan Wiesław Saniewski, bo to jego dzieło, przefiltrował zapewne te zależności poprzez swoje zwiędnięcie i taki też skutek: nudny, nietrafiony. Oburzyliśmy się, zawiedliśmy, jakbyśmy czekali na to tygodniami, a to przecież przypadek (przypadek?), że w ogóle włączyliśmy. Gombrowicza trzeba śledzić po jego linii w dół, do niższości, bo tym jest ostatecznie podszyty. Jego najciemniejszą ciemność najlepiej ująć, ustawiając go w dynamice, w jasnym, młodym słońcu. Jak wtedy, gdy w Kosmosie, odmłodzony o lata, szedł z Fuksem po zakopiańskim upale... (ja nie jestem przesądny i staram się wierzyć w istnienie zbiegów okoliczności, ale to już na bank nie zazębia się przypadkowo).









