Spoza Szczecina
Kraków. Gołębie. Srają jak wszędzie indziej. Ludzie. Srają jak wszędzie indziej. Spokój. Gorąco. Jestem tu już trzeci dzień. Głowa mi śmierdzi wczorajszą imprezą. Czasem przyglądam się rzeczom i w rozpuku myśli nie ogarniam ich słowami. Bo za ulotne.
Kraków. Chciałem pojąć fenomen tego miejsca. Dlaczego muszyska uparcie zlatują się właśnie tu? Dlatego, że większe „możliwości”? Nie, za proste. Na razie nie pojąłem, być może dlatego, że przyjechałem z góry nastawiony na to pojęcie.
Kraków. Ulica Gazowa w Dzielnicy Żydowskiej sugeruje, że tkwi tu jakieś pozornie niewidoczne poczucie humoru, że coś jest na rzeczy. Pomijam już ulicę Kupa. Może jestem blisko rozwiązania zagadki. A może po prostu za bardzo chcę ją rozwiązać. Nie wiem skąd mój sceptycyzm do Krakowa. Może stąd, że zanim tu jestem, wiem już, że ma tu być zajebiście. Ale nie jest, jest normalnie. Na razie. No może poza tym, że to miejsce nie sprzyja studenckiej kieszeni. Stąpam po tych ulicach z pewną ostrożnością.
15 minut później
Akcja-reakcja. Kich, zdrówko, dziękuję. I tego nie da się przeprowadzić inaczej. Savoire vivre, ale jaki głupi. Przedwczoraj obserwowałem salę kina Mikro pełną klaszczących ludzi. Ja też klaskałem. Im głośniej oni, tym głośniej ja. Im dłużej i intensywniej, tym ja również. Gdyby człowieka wyjąć z tego kontekstu – jakież to głupie! Z drugiej strony tylko tak się dało nagrodzić miażdżący koncert 10000 Szelek. I z przyjemnością popłynąłem wraz z innymi w ten zbiór głupich gestów. Bo aż się prosiło.
























Pozostaw komentarz!