Spacer (miasta strony c.d.)
Pierwsze uderzenie brzydoty - brudny dziadek na wózku. Nie ma nogi. Smaży się w nieobecnym słońcu. Idę dalej, coraz bardziej ciepło. Wybieram kierunek na park. Ukrop. Kaka na chodnikach. Odnotowuję zwiększoną aktywność much przy kamienicach. Z bram dobiega skisła woń amoniaku. Chodzą ludzie. Chodzą muchy (przy tej temeraturze zaczynają chodzić).
W parku jakby się wściekli - więcej ludzi niż drzew. Pod Platanem gra jakiś żenujący zespół. Wycofuję się, schodzę w dół w stronę autobusu. Po wejściu do krainy spalin szybko żałuję. Ktoś musiał tu nasikać. Niedobrze mi, wysiadam. Idę na tramwaj. Na przystanku stoi nieco dziabnięty koleś. Łydki jakby (tu muzyka z Psychozy) w strupach. Łokcie jakby w strupach.
W tramwaju zająłem miejsce obok nieszkodliwie wyglądającego mężczyzny, co szybko okazało się błędnym posunięciem. Wiem, że nie umył penisa, czuję to. Odwracam wzrok na prawą kolumnę siedzeń, żeby o tym nie myśleć - gruby facet trzyma się za oparcie. Jego ręka... grzybica!
W międzyczasie wsiada duża kobieta. Brwi krzaczaste, długie włosy na podbródku, z rodzaju wczorajszych. Wysiadłem. Na skrzyżowaniu na pasach staje przy mnie koleś od strupów - z tak bliska zapach staje się nie do zniesienia. Odchodzę dwa metry w bok, uciekam kupić papierosy, ale! W sklepie znowu on, przede mną!
W pośpiechu ruszam do pubu, gdzie zasiadam na Noteckie ciemne i gdzie otwieram zeszyt, żeby to wszystko opisać. I siedząc tak po tym całym spacerze przez miasto czuję jak śmierdzą mi nogi. Schowane skrzętnie w butach, ale wiem, że śmierdzą.









