Relacja z oglądania telewizji
12:45
Jednym okiem czytam, drugim oglądam program kulinarny. Choć patrzę gdzie nie trzeba, to już mnie skręca, juz mi się soki po brzuchu rozlewają. Jaja benedyktyńskie... (w myślach nieśmiało objawia się papież). Mówią: śniadanie najważniejszym posiłkiem dnia. A ja nigdy nie umiem się zmusić do śniadania. Jakoś tak niedobrze się człowiekowi robi, za wcześnie. Jedzenie tuż po przebudzeniu: jakby ciało przeżywało szok przyjmując w siebie jawę.
13:40
W telewizji skoki narciarskie, czyli tak zwane święto religijne. Zwyczajowo klęczą przed Małyszem i się wzajemnie przekonują, poklepują, że może tym razem skoczy jak kiedyś. Dla wielu oznacza to jedyny sukces w ich życiu, dla innych uzdrowienie córek, mężów, etc. Recytują wypis cnót: Małysz w 2001 roku wygrał na tej skoczni dwukrotnie. Dwa razy wygrał. Nasz Adaś. Nie wytrzymam, ja chcę to pojąć, ale to przytłacza. Jak usilnie ludzie żerują na czyimś sukcesie, traktują go jak własny, chwalą się nim, wymuszają. Biedny człowiek niszczony presją, napięciem. Nie dziwię się, że daje dupy. Też bym dawał - złośliwie i z premedytacją!
13:50
Małysz nie dość, że sportowy impotent, to jeszcze paskudny!
13:55
Ale Kamil Stoch nie dość, że skoczył daleko, to jeszcze nie paskudny! Oczy małyszowych wyznawców skonsternowane.
14:00
"Parę tysięcy rodaków przyjechało niezależnie od tego czy Adam będzie skakał tak dobrze, jak byśmy chcieli" - pada nabożny komentarz. Zmusza mnie to do współczucia. Na szczęście przypominam sobie tę okropną reklamę czekolady z Małyszem. Wraca mi sceptycyzm.
14:10
Zajadam gotowanego buraka, adekwatnie do siebie samego.
14:21
Jak do tej pory w pierwszej piątce ani jednego Polaka. Hoho, tabunowi małyszowców obniża się morale. Ale wszystko przed nami, Adam jeszcze nie skakał.
14:28
Na skoczni widać już wąsy. Zaczął padać deszcz. Jedzie... Wybija się... Leci... 130 metrów! Tak! Najgorszy wynik tych zawodów! TAK!!!
- Nieee... zupełnie nieudany skok... - zawstydzony głos komentatora.
- Nie było dobrych warunków... - żałośnie przekonuje drugi.
Chwilę po Małyszu skacze Szwajcar, 213 metrów. Już słyszę różańce i lamenty wyznawców, którzy w tej minucie chwieją się w wierze. Tak trzymać, Małysz złośliwy! Wybaczam mu tę czekoladę.
14:50
Co się dzieje? Co się dzieje?! - powtarzają. Nic, to Małysz z was się śmieje! Skaczą od początku, powtórka rozdania (wszyscy polscy chłopcy nadal lepiej od Małysza). Każą Stochowi tłumaczyć porażkę Adama, ten się denerwuje, spięty, warczy rumieńcami.
15:30
Odwołują zawody. Co się dzieje? Co się dzieje?! A oni dalej o tym Małyszu. Przestańcie, dajcie oddychać, spójrzcie na tych młodych, co lepsi od niego! Puszczają z góry przygotowany materiał o złej kondycji Mistrza (wypowiada się m.in. prof. Jerzy Żołądź). Bóg im w oczach umiera, poruszają się z lekka panicznie, na ślepo. Kamil Stoch nowym mesjaszem sportu narodowego! Jutro repeta.









