Prawie meta
6 listopada 2008
No Comment
Złamał mi się długopis, którym pisałem przez ostatnie półtora roku. Najwyraźniej zapomniałem go wyjąć z tylnej kieszeni, gdy poszliśmy wczoraj z Jadzią na imprezkę. Ostatnie, do czego mi posłużył, to podpisanie oświadczenia o autorstwo własnej pracy magisterskiej – tuż zanim ją oddałem w dziekanacie. I trach, złamany. Oddałem zresztą nie tylko magisterkę, oprócz tego przyniosłem zdjęcia, kwity, obiegówkę, legitymację, indeks, kartę egzaminacyjną. Innymi słowy posadziłem na uczelni sporego kupsztańca w geście ostatecznego rozliczenia się. I trach, złamany. Życie samo dla siebie produkuje metafory.
Wyszło mi około siedemdziesiąt stron tekstu. Trochę „zbyt sentymentalnie i antropologizująco”, ale „ładnie Pan pisze” – więcej w zasadzie od promotora nie usłyszałem. Ale za to mogę się pochwalić, że pisałem ten tekst zupełnie bez kierownictwa, samemu, na oślep, bez poprawek z góry. Napawa mnie to jakąś dumą. Za dwa tygodnie obrona.
























Pozostaw komentarz!