Półroczna dziura
Rok 2009 był dla mnie rokiem nieco leniwym, schyłkowym, ale i naszpikowanym licznymi, często przedziwnymi rodzynkami. Ułożył się sinusoidalnie, w myśl tytułu The High End of Low. Może to chodzi też o tę świadomość liczby. Bo niby dekada się już wykańcza, ale jeszcze nie, jeszcze się człowiek kisi i wisi, i na styku tego bezbarwnego stanu powstają przedziwne zwroty akcji.
Zaczęło się od mojego odejścia z Mansonpl — strony, którą współadministrowałem przez kilka lat. W pożegnalnej dymisji spreparowałem powody, dla których tak się stało. Z perspektywy roku widzę jaskrawo, że było to dla mnie oswabadzające cięcie i absolutnie nie cofnąłbym tego. Czasem stać mnie na radykalne posunięcia i ta sytuacja jest tego idealnym przykładem. Najczęściej nie są to przekalkulowane decyzje, tylko instynktowne reakcje na alarm, jaki się we mnie podnosi. Wraz z Toksią i Mofem (oraz kilkoma innymi) opuściliśmy to, co mógłbym na stan obecny nazwać Polsatem, po czym zdecydowaliśmy się na stworzenie swojego Canal +. 26 stycznia ruszyła strona celebritarian.pl. Ze złych emocji potrafią zrodzić się dobre rzeczy. Jednocześnie odpisał wówczas do mnie Gottfried Helnwein, co było zaskoczeniem, bo pytania do wywiadu przesłałem mu o wiele wcześniej i zdążyłem już o nich zapomnieć. Zgrał się idealnie z premierą Celebritarian — nie mogliśmy być bardziej uradowani. Uzyskaliśmy materiał, który mogliśmy zaprezentować innym na dzień dobry.
W tym samym czasie naszła mnie potrzeba dojścia do porozumienia z otaczającą mnie rzeczywistością, bo, krotko mówiąc, myślałem, że zabiję Kasię. Przestałem ją rozumieć, ona mnie, a jeśli przestajesz rozumieć swojego bliźniaka, to jedynym rozwiązaniem zdaje się być destrukcja. Musiałem zaakceptować to, że się od siebie oddaliliśmy, że mamy swoje własne życia, swoje własne związki, swoje własne priorytety i do pewnych rzeczy już nie mamy dostępu. Usiedliśmy, wyklarowaliśmy sytuację, pomogło. Przyszedł luty, Kamil znalazł mi ogłoszenie o pracę — musiałem iść na rozmowę, żeby chociaż stworzyć wokół siebie pozory entuzjazmu i motywacji. Przeszedłem pierwszy etap, przeszedłem i drugi. Z 200 osób wybrano 10 i tym sposobem, mając puste CV i brak wykształcenia informatycznego, rozpocząłem szkolenie i pracę w ponoć największej w Polsce firmie webhostingowej, home.pl. Pech chciał, że usiadłem na pierwszą linię frontu w call center, jako 24-godzinna pomoc techniczna, księgowa i handlowa.
Zarobki na początku uśmierzyły moją czujność, ale szybko zdałem sobie sprawę, że nie mogę się tam zaaklimatyzować i moja egzystencja w firmie bardziej przypomina zmaganie niż współpracę. Na przełożonych nie narzekałem, poza żoną kierownika, niesamowicie wrednym i drażniącym cipskiem z rodzaju tych, z którymi później zaczął również zmagać się Kamil. Była moją bezpośrednią przełożoną, ale tym razem nadepnęła na minę: któregoś dnia w ramach podziękowań narobiłem jej wstydu przy jej przełożonych, kwestionując wszystko, co jej dotyczy. Od tamtej pory chodziła jak w zegarku. Ale co z tego? To przecież nie zmieniło faktu, że staję się człowiekiem jednowymiarowym, że od kilku miesięcy nic nie napisałem, nic nie narysowałem, że pracuję w stresie, a po pracy tylko konsumuję, tuż przed spaniem i kolejnym stresującym dniem w biegu. Co z tego, że stać mnie było na drinki w Bramie? Czułem się jak Gombrowicz, który wykrzykiwał pracując w Banco Polaco, że woli już obóz koncentracyjny od pracy urzędnika. Może gdyby nie ta ciągła kontrola, brak swobody, elektroniczna obserwacja… Za Jodorowskym mógłbym rzec, że stałem się ofiarą i zacząłem umierać.
W czerwcu wyruszyliśmy do czeskiego Brna na koncert Mansona. Jak się okazało, był to chyba najgorszy jego koncert w historii. I szczerze mówiąc cieszę się, że miałem okazję tego doświadczyć. Nie był to mój pierwszy raz, więc nie żałowałem „straconego” czasu i pieniędzy. Wydarzenie epickie i godne zapamiętania! Lipiec ostatecznie postawił przede mną pytanie odnośnie mojej egzystencji w firmie. Zdecydowałem zakończyć swoje zmagania z korporacyjnym kanibalem, wziąć nożyce i poprzecinać te wszystkie potworne macki. Żeby było jasne – firma nie jest zła, jest wręcz zaskakująco dobra. To ja tam nie pasowałem. W sierpniu byłem już człowiekiem bezrobotnym, oszczędności nie starczyły na długo i wróciłem do biednego punktu wyjścia. Ale narysowałem coś, po raz pierwszy od pół roku. I wznowiłem bloga. I uknułem pomysł na komiks.
W zeszłorocznych zapisach na blogu istnieje półroczna dziura — teraz chyba już jasne skąd się wzięła. Spośród wydarzeń z późniejszych miesięcy najmocniej świeci warszawski koncert Mansona i historia z „Director’s Cut”. Absolutnie spokojnie i leniwie dobrnąłem do końcówki roku.
Mamy zatem 2010. Latających samochodów jak nie było, tak nie ma. Ale ta dziesiątka nosi w sobie restartującego kopa.






























Pozostaw komentarz!