Po drugiej stronie lustra
Manson ma Lewisa Carrolla i Davida Bowie.
Ja mam Witolda Gombrowicza i Mansona.
Kto będzie miał mnie? I z kim będę współdzielił bieguny czyjegoś zainteresowania?

Czytam wspomnienia Kępińskiego o Gombrowiczu z okresu jego kształtowania się, ze szkolnego życia warszawskiego lat dziesiętnych i dwudziestych, i jestem coraz bardziej zdezorientowany. Zdaje mi się chwilami, że czytam o sobie. Te podobieństwa narzucają się z jakąś histeryczną nachalnością. Gombrowicz wespół i jednocześnie na uboczu, Gombrowicz wyśmiewający, ciągle przekręcający, nazywający, złośliwy, uparty. Gombrowicz kwestionujący, oddalający się, silnie zdystansowany wobec rodziny, z którą żyje. Gombrowicz społecznie niezaaklimatyzowany, alogiczny, niedorobiony, widzący za dużo, milczący, rozgadany, produkujący w sobie „całe królestwa”. Gombrowicz ciągle wyglądający zbyt młodo jak na swój wiek. Zamiast Gombrowicz wystarczy podstawić Szyksznian — zmieni się kontekst, zmienią realia, ale prawdziwość tych zdań nie ulegnie zachwianiu. W jego postawach często słyszę i widzę siebie. Tak jak wtedy, gdy we Wspomnieniach polskich zrobił mnie w vbalona i określił wagę „pomiędzy” w swoim życiu. I jak teraz wykazać, że do pewnych rzeczy dotarłem sam, niezależnie od „Ity”? Już się nie da. Pułapka.
Czasem to odbicie narzuca się tak bardzo, że cała sytuacja zaczyna wyglądać aż głupio i banalnie. A jednocześnie jestem przekonany, że gdybyśmy mogli ze sobą porozmawiać, to żadnej wspólnoty byśmy nie osiągnęli. Mimo wszystko… Przeżywam zapewne to samo, co przeżywał Manson wkraczając w umysł Carrolla. Widzę z całą jaskrawością część wspólną i wpływa to na poziom jakiejś obsesyjności w obserwowaniu. Denerwuje mnie to, ale i zachwyca w stopniu najwyższym. Pytanie tylko, czy mam jakiegoś szkolnego kolegę, który jest na tyle lotny, by w przyszłości, jak Kępiński, opisać mnie z pamiętnikarską wprawą i zachowaniem sensu?





















hmmm, ze 5 groszy swoje dodam…”bo np JA”
mam gombrowicza i lempicką wymiennie z hopperem;) a gombro zawsze, najbardziej dzienniki chyba:)
Ładny zestaw
Hoppera pokazał mi Kamil. To co masakruje, to, nazwijmy to, „płaska przestrzenność” i mistrzowska dokumentacja amerykańskiego snu. I to jakoś silnie wpływa w człowieku na pobudzenie nostalgiczne, poruszenie, ukłucie za mitem.
Dziennik z kolei to wydarzenie, które da się czytać w każdą stronę, po wielokroć, a i tak zawsze wywołuje to samo zaciekawienie i prowadzi do odkryć. To biograficzny film drogi, który opowiada o czyjejś intymności intelektualnej. Są tam poupychane żywe czary mózgu. I perwersje, które się tylko czuje, ale nie ma się na nie dowodu. Bo jedyny, jak się zdaje, aspekt Gombrowicza, który zablokował mu możliwość pełnego wyznania się, to aspekt seksualny. Ale koniec końców najlepsze jest to, co ukryte.
Pozostaw komentarz!
UserOnline
Facebook
Ostatnie komentarze
Archiwum Bloga
Living on video
Lilly Wood & The Prick - Down the drain (2010)