Piszę
Od paru dni piszę. Największy chyba tekst swojego życia. No i to poczucie męki, wtaczania czegoś ciężkiego pod górę, które mi towarzyszy z każdym akapitem. Powiem szczerze – nie bawi mnie to. Preparowanie pół-filozoficznego i ćwierć-naukowego tekstu, za wydruk i oprawę którego trzeba zapłacić i za obronę którego również trzeba zapłacić (a jakże!) – to mnie nie jara. Leży przede mną dziesięć otwartych książek, inne czekają na półce. Tonę w tym, tu nawet porządek staje się chaotyczny. Cedzę. Rozwlekam. Preparuję. Znużenie.
Byłem ostatnio na jakiejś imprezie. Mówię „jakiejś”, bo jakoś częściej chodzę i przestałem je rozróżniać. Otóż swoim zwyczajem siedziałem, bo jestem z tych, co preferują stolik nad parkiet. Akurat prawie wszyscy, których ewentualnie znałem mieli odwrotne preferencje, więc siłą rzeczy oddawałem się monologowi. I gdy przez trzy godziny leciał ten sam nudny utwór, zacząłem się zastanawiać o co właściwie tym ludziom chodzi. Jakiś tam smętny lans. Głupio się gibają (a tej nocy robili to wyjątkowo głupio). I zacząłem szukać w tej sytuacji czegoś niezwykłego, co zapewne widzą, a czego ja nie dostrzegłem. A może ja po prostu czegoś nie rozumiem? W takim razie tym silniej chciałbym pojąć. Patrzałem. Naraz wydało mi się, że chyba zmuszają się, albo przynajmniej jedno z nich się zmusza, a inni zmuszają się za nim. Nie przyszli dlatego, że mieli ochotę, tylko dlatego, że wypadało. To syndrom soboty – jest sobota więc trzeba wyjść do klubu i siedzieć do oporu z nadzieją, że będzie fajniej niż jest (sam byłem świadkiem tego, że są ludzie przejawiający niemożność wyjścia, mimo że im się nie podoba). Są też syndromy innych okazji, analogiczne. Sączyłem to piwo i ani krzty poruszenia, wódkę nawet, ale nic, ani chwili podrygu. Dłubaj mnie nawet na parkiet wyciągnął, ale po 10 minutach zszedłem, bo – nie czując muzyki – czułem się przed sobą idiotycznie, gibając się żałośnie w jakimś zmuszeniu, bez radości z tego gibania, tylko po to, żeby źle o mnie nie pomyślano. Gibanie dla gibania, bo inni się gibają. Siadłem. Dalej nasunęło mi się pytanie: Do jakiej grupy należę bardziej? Do tych, którzy nie czują klimatu klubów (jak choćby Piotr, który nie siedzi w tych miejscach do upadłego, nigdy się nie zmuszając – wyszedł, bo nie jego bajka), czy też do tych, którzy za klubem się trzęsą (jak choćby ci, których wiecznie tam można zobaczyć). Do ostatnich na pewno nie należę, ale i do pierwszych nie jestem w stanie się dopisać. I co? Znowu pomiędzy. W niezdecydowaniu i nieokreśleniu. Mogący się odnaleźć na imprezie, ale często obojętny. Sceptyczny co do zabawy w gronie obcych, choć przecież nie zawsze, nie zawsze.. Mający czasem zrywy do pląsu, czasem tańczący w duchu, a czasem w zupełności odcięty. Pozdrawiający przechodzące twarze, przynajmniej te, które kojarzy. Przyglądający się twarzom obcym. Widocznie stolik jest mi pisany. I jest najlepszym w tej kwestii rozwiązaniem. Lubię mieć swoje miejsce. A gdy pojawi się ochota, zawsze przecież mogę je opuścić i oddać się przyjemności, która niewątpliwie ma szansę się pojawić.
Anyway. Zrobiłem Agnieszce logo dla jej firmy. Bez szaleństw, z zawijasem, stylowo. Zamieszczam, co by nie było, że ja nic nie robię:










Uuu widzę Corel w jednym palcu!
Przyznam, że ja również należę do tych, „co preferują stolik nad parkiet”, także coś wspólnego mamy
. Pomijając fakt, że ja ogólnie jestem aspołecznym stworzeniem, co ponad wszystko nie znosi wszelkiego rodzaju dyskotek i tym podobnych nudnych imprez, gdzie nie ma nic poza łupaniem w głowę jakąś męczącą muzyką (jak widać Ciebie to spotkało), tłumem szalejącego ludu i oślepiającymi światłami. Uciekam od takich klimatów daaalekoo. Nie lubię, tak po prostu. I dlatego nigdy nie doświadczyłam na sobie i szczerze nie rozumiem tzw. ‘syndromu soboty’. Ludzie zachowujący się niczym zaprogramowane roboty, bo tak wypada i nie można odstawać od towarzystwa. Powiedz mi Bulls, czemu właściwie nie wyszedłeś z tamtego klubu, skoro tak naprawdę nie chciałeś tam być? Trzeba było oddalić się do domu i urządzić sobie prywatny koncert, w zaciszu własnego pokoju, powiedzmy np. Mansona
.
A logo kojarzy mi się z zakładem fryzjerskim. Wybacz, jeśli absolutnie błędnie
A ja przeciw imprezom nic nie mam. O ile nie zaczynają mnie męczyć, rzecz jasna. I o ile nie są zbyt częste. Ta mnie, przyznam, zmęczyła i gdybym był sam, to pewnie bym poszedł. Ale sam nie byłem, dzieliłem ten czas z innymi… Również nie podzielam syndromu soboty – ale ten syndrom ma swoje konkretne podłoże. Otóż ludzie, którzy pracują i mają stałe zatrudnienie mogą odreagować prozę tygodnia właśnie w weekend. Nie wiedzą często, że te wyjścia – nie dla przyjemności, nie z impulsu zabawy, lecz wynikające z prostego faktu, że trzeba wyjść dla samego wyjścia – podkreślają tylko prozę pozostałych dni i wzmacniają to poczucie mijającego kalendarza. Bo to tygodnie, miesiące odliczane cotygodniowymi imprezami. I jeśli impreza jest słaba, to cierpią na niemoc wyjścia, sądząc podświadomie, że jeśli zostaną dłużej, to coś się zmieni na lepsze. Nie mogą sobie pozwolić na poczucie zmarnowania czasu w weekend. Więc to o wiele bardziej skomplikowane niż się na pierwszy rzut oka się wydaje
Z kolei zacisze domowe ma swoje niezliczone plusy – ale nie można popadać w drugą skrajność. Życie w jednej skrajności to choroba, a życie w obu skrajnościach naraz to.. no cóż, sztuka!
A firma, owszem, fryzjersko-stylizująca
Szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie, że za kilka lat, kiedy już (być może) będę miała stałą pracę, weekendowe imprezy staną się dla mnie jakaś odskocznią od ‘szarego, codziennego życia’. Uczniowie, czy studenci również przez pięć dni w tygodniu muszą znosić pewną monotonię, ale dla nich, przeważnie, sobotnie zabawy sprawiają radość. Ja jestem w tym przypadku cudacznym gatunkiem odmieńca. Oczywiście całkowicie nie zrezygnowałam z imprez, aż takim odludkiem się nie stałam. Można powiedzieć że bywam, aczkolwiek rzadko. Pamiętam, jakieś disco sprzed, bodajże czterech, pięciu miesięcy, poszłam, właściwie wyciągnięta przez koleżanki siłą. Ale pomyślałam „idź, a nuż Ci się spodoba, nie siedź w tych czterech ścianach”. Poszłam i się rozczarowałam. Kumpele szalały, a ja nie potrafiłam się zgrać z muzyką, jakieś techno łupało młotkiem w głowę, na zmianę ze znienawidzonym do głębi disco-polo, ja siedziałam smętnie w piwem w ręku. Czyli tak samo jak z Tobą – nie byłam sama więc nie zostawiłam znajomych i nie poszłam w cholerę, byle jak najdalej. W końcu się zlitowali i puścili piosenkę Madonny, trochę odżyłam, ale nie umiałam się odnaleźć wśród tego całego tłumu nieznajomych twarzy. Nie przepadam za wielkimi zbiorowiskami ludzi, jednak preferuję moją samotność. Czy popadłam w tę skrajność, o której wspominałeś, chyba nie, bo jednak lubię wyjść, tylko w skromniejszym gronie i w znacznie spokojniejsze miejsca. Np. uwielbiam grać w bilard i przez cały ostatni rok potrafiłam bywać kilka razy miesięcznie w klubie, razem z grupą. Dużo rozmów, żartów, śmiechu – bo jednak nasza gra do profesjonalnych nie należy
, takie ‘imprezy’ autentycznie lubię i z przyjemnością bywam. Jednak interesują mnie Wasze zloty, będąc na takim, z pewnością czułabym się nieswojo, tylu nieznajomych wokół, ale przecież łączy nas Manson i to mi się w takich spotkaniach podoba, ludzie bawią się razem przy ulubionej muzyce, poznają się rozmówcy z forum, którzy do tej pory się nie widzieli (przynajmniej większość, bo oglądałam zdjęcia ze zlotów, np. na tym wrocławskim, z grudnia 2007 wyglądaliście na bardzo zgraną ekipę, pewnie wielu z Was zna się od lat? Nieźle się bawiłeś i próbowałeś cucić kolegę, który chyba zasnął ;P), ogólnie sympatyczna sprawa te zloty fanów, naprawdę.
Chętnie bym jeszcze popisała, ale trochę się rozgadałam, mam nadzieję, że nie masz mi tego za złe, ale skoro poruszyłeś temat, to może masz ochotę kontynuować rozmowę?
Pozostaw komentarz!
UserOnline
Facebook
Ostatnie komentarze
Archiwum Bloga
Living on video
Yes! Yes! - Extra Loveable (2011)
Tagi
Shortcut
Last.fm