Pasja śmierci i Porno

Oglądałem ostatnio dokument Kingi Wołoszyn-Świerk pt. „Dziewczęta z Auschwitz” i doświadczyłem silnego, nietypowego odczucia zgrozy. Dzięki temu miałem jednocześnie pole do przemyśleń i koniec końców uczepiłem się nazistów w kontekście egzystencjalnym, wolnościowym – bo nie ma co ukrywać, ludzie, którzy dostali w swoje ręce żywą grę komputerową w formie obozu koncentracyjnego, musieli przekroczyć granicę człowieczeństwa, bo weszli na obszar potworności, a jednocześnie… wolności – czyli na obszar, który wymaga ciągłego poszerzania i transgresji.
Zgodnie z duchem psychoanalizy żywię głęboką wiarę w przekonanie, że ludzką rzeczywistość da się sprowadzić do dwóch fundamentalnych i pozornie wykluczających się sił: popędu seksu i popędu śmierci. Albo jak kto woli do działania w trybie konstruktywnym i destruktywnym. Albo bardziej uczenie – do formuł libido i mortido (tego ostatniego używam naprzemiennie z terminem destrudo). Wykluczają się pozornie, bo nie ma między nimi wyraźnej granicy, to dwa ekstrema jednego spektrum z bardzo niewielkim i trudnym do zlokalizowania momentem „przejściowym”, być może nawet nieistniejącym.

Uderzyło mnie podczas oglądania, że ludzie, którzy dają jednoczesny upust obu siłom zawsze są postrzegani jako potwory. Neron, Markiz de Sade (który „powiedział wszystko”), Jeffrey Dahmer i inni seryjni mordercy… wliczają się w to także naziści biorący czynny udział w Holokauście. Pasją kreatywną Adolfa Hitlera było zbudowanie nowej 1000-letniej Rzeszy i spłaszczając stanowisko Nietzschego, zapragnął dokonać tego przez faktyczną destrukcję. To wyczyszczenie krajobrazu miało na celu utworzenie miejsca pod to, co nowe. Gdy pierwiastki libido i destrudo wystrzeliły w jego wizji z jednoczesną siłą, pojawiła się przed nim możliwość doświadczenia absolutnej wolności, Panowania. Możliwość stanięcia w konkury z Bogiem, któremu odbiera się stworzony przez niego świat i przerabia na swoją modłę. Być może Hitler nawet nie był takim potworem, może zwyczajnie nie umiał zatrzymać maszyny, którą włączył. Droga do absolutnej wolności to bowiem droga w jedną stronę. Nie tylko dlatego, że jej poczucie to najsilniejszy narkotyk na świecie, ale także dlatego, że wolność ze swej natury to uciekający królik i aby móc go doganiać, trzeba ciągle przekraczać swoje dotychczasowe granice, poszerzać obszar swobody – wszystko po to, aby utrzymać się w tym poczuciu, lub przynajmniej blisko niego.

Naziści z Auschwitz mieli całkowitą kontrolę nad więźniami i więźniarkami. Obóz był jednocześnie kaźnią i burdelem, tu można było nie tylko „powiedzieć wszystko”, ale i wszystko zrobić. Co zatem robi człowiek, który wie, że jest Panem? Co robi z obliczu możliwości czynienia wszystkiego? Zezwierzęca się – powiedzieliby niektórzy. To zezwierzęcenie to nic innego jak spuszczenie hamulców z libido i destrudo, natomiast sposób na jaki się to realizuje jest zazwyczaj bardzo ludzki. Ludzki bo wymyślny, bo wynikający z kaprysów, bo celowo okrutny, bo służący wyładowaniu frustracji, zabawie, czy nawet relaksowi. Wyjątkowo przypomina to filozoficzny projekt Libertyna i cztery miesiące balangi w zamku Silling. Żeby nie szukać daleko zaznaczę, że w 1975 roku Pasolini umiejscowił swoją wersję 120 dni Sodomy w realiach włoskiego totalitaryzmu i nie zmieniło to ani na jotę wydźwięku opowieści. Czas był inny, ale ludzie pozostają w gruncie rzeczy tacy sami, przynajmniej na poziomie pragnień. Zresztą już sama obozowa relacja pana i niewolnika z daleka pachnie przemocą i seksem, ulubionym zestawem, przy którym po cichu brandzluje się cały świat. Bo czy nie jest tak, że podnieca nas właśnie to, co się dzieje na styku obu sił? Podnieca nas ich spotkanie, ich amalgamat. Świat w swej podświadomości jara się agresją wypływającą z seksualności, jara się nierównością, przewagą jednego człowieka nad drugim. Klęczenie przed Panem do złudy przypomina klęczenie przed obliczem surowego, karzącego starotestamentowego Boga. To jakaś naturalna ludzka skłonność do niemal religijnego traktowania źródła seksualnej siły i przewagi, przy czym seks oralny staje się formą religijnego obrządku czczenia fetyszu, zaś penetracja to akt oddawania się w ofierze i oczekiwania na „łaskę”, na błogosławieństwo nasienia (skojarzenia narzucają mi się tak namolnie, że nie mogę tego ignorować).
W codziennym świecie popędy libido i destrudo zaspokajają gazety i portale internetowe, zamieszczające niekończącą się ilość artykułów o przestępstwach na tle seksualnym, o morderstwach ze szczególnym okrucieństwem, etc. W telewizji najpopularniejszymi serialami stają się te, które nie tylko uwodzą kreatywnością i bezkompromisowością, ale które zawierają także duży ładunek seksu i przemocy, dając tym samym wyraz ludzkich sił napędowych (nie szukać daleko: True Blood, American Horror Story). W kinie to samo, nieprzerwanie pociąga nas motyw „sex crime” jak i bycie jego podglądaczem, obserwatorem. Gdy coś balansuje na mrocznej granicy, albo ją przekracza, wówczas zlatujemy się do tego jak muchy do obiadu – być może w celu ogrzania się w cieple czegoś, co ma „odwagę” eksplorować te dwa obszary tak, jakby były jednym i tym samym. W większości przypadków lubimy „odważne” rzeczy (odważne na naszą miarę). Może w tym właśnie jest klucz do rozumienia seksu i przemocy, do rozumienia miłości i nienawiści – to tak naprawdę jedna siła, która, mimo, że objawia się dwojako, ma ten sam korzeń: wolność, odwagę swobody.
W ostatnich latach dostęp do każdego rodzaju pornografii stał się łatwiejszy niż kiedykolwiek, mamy więc możliwość konsumowania wszelkich fantazji, nawet najbardziej wymyślnych. Wszystko kumuluje się na obszarze ludzkiej miednicy, która to, jako jedyna w całej strukturze ciała ma dla człowieka tak ambiwalentny sens: tam lokujemy intymność, wstyd, kpimy z tych dziur i narządów, przydajemy im plugawe imiona, a jednocześnie wyjemy pożądaniem tworząc sobie z tych anty-ust fetysz.
Fetysz to istotne słowo, bo zwraca uwagę na przedmiotowość, która występuje w relacjach seksualnych. W świecie, w którym jesteśmy dosłownie zasrywani informacjami o ludziach, podmiotowe traktowanie człowieka przestaje być wartością. Często alienujemy się z konieczności. Jednocześnie do wejścia w świat fantazji wystarczy komputer i internet. Tu nikogo nie trzeba podmiotowo traktować. Tu można każdemu dopisać takie cechy, na jakie ma się ochotę i bez konsekwencji podchodzić jak do fetyszu. To domowa wersja poczucia wolności. Nawet Sadyczny libertyn zakończył swą podróż zamknięty jedynie w czystej fantazji o konsumowaniu, w swojej własnej małej fabryce zbrodni i śmierci, gdzie człowiek był już tylko narzędziem, kolejnym „numerem” do pożarcia i wypróżnienia. Przypominają się zaraz obozowe tatuaże, bezimienność tych ludzi, najwyższe upokorzenia, jakich doznawali. Brzmi to też trochę jak uszyte na miarę ultrakonsumenckiego świata XXI wieku… Jestem szalenie ciekaw jak będzie wyglądało pokolenie, które będzie miało do czynienia z pornografią od dziecka. Sam jestem przykładem takiej osoby, ale jednak dorastałem w czasach VHS i świerszczyków, a to oznacza, że miała na mnie wpływ nieco inna kultura niż dzisiejsza – i choć miałem dostęp do gier pozwalających na seksualną interakcję z postacią, było to niczym w porównaniu z tym, czym potrafią w tym temacie zaskoczyć dzisiejsze symulatory gwałtu z Japonii.
Ale do tematu! Czas, abym przytoczył słowa Wielkiego Pisarza i Wieszcza Gombrowicza: aby być wolnym, trzeba chcieć być wolnym, ale nie za bardzo. Wynika z tego kilka ważnych rzeczy. Po pierwsze, bycie wolnym polega na chęci bycia wolnym, a nie na faktycznym byciu wolnym. Bierze się to z tego, że stan wolności (tożsamy z poczuciem całkowitej przyjemności, spełnienia) nie jest czymś, co przysługuje na stałe. Gombrowicz naprowadza na ważną rzecz: za wolnością (szczęściem) człowiek goni i to jest jej sens. Gdybyśmy przeżywali szczęście permanentnie, nie moglibyśmy mieć jego pojęcia, bo nie umielibyśmy rozróżnić co jest szczęściem, a co nie. Mało tego, jak już kiedyś wspomniałem przeżywanie szczęścia w czasie teraźniejszym jest jak przeżywanie czegoś, co jest logicznie niemożliwe do wychwycenia i może być równie dobrze traktowane jak śmierć czy wegetacja (choćby kwestia orgazmu jako „małej śmierci” – do czego z pewnością jeszcze kiedyś wrócę).
Dwa: wolność to pułapka. Człowiek nastawiony na osiąganie poczucia wolności, to człowiek zniewolony przez wolność. Tragiczny, ale niezwykły paradoks. Stąd też, aby wyjść z pułapki wolności, która z racji swej natury nakazuje nam poszerzać granice, trzeba „chcieć być wolnym, ale nie za bardzo”. Istotny jest tu dystans, przekora wobec samego siebie i zrozumienie, że na tę chorobę nie ma lekarstwa. Być może pierwszym krokiem do wolności, która nie przeradza się w swoje przeciwieństwo, jest właśnie uświadomienie sobie natury wolności i zaakceptowanie faktu, że jest ona nieosiągalna? To już tradycyjna sztuczka filozoficzna, ale póki co działa niezawodnie i zawsze pozwala zyskać na czasie – przynajmniej dopóki nie uświadomimy sobie, że jest totalnie niesatysfakcjonująca.









Damn censorship..can’t accesses it…
The link isn’t working or is it something else? Besides, I’m writing my blog in Polish so I guess you won’t be able to read it, anyway.. It’s about Auschwitz, the master & servant relationships and how we use porn (in the context of sex & violence) to feel free. The main thought is taken from Witold Gombrowicz who once criticized existentialism: „To be free, one have to feel the need to be free, but not too much”. In other words, watch out or you’ll become a slave of your own Freedom.
Oh, i understood ^_^ Sade Believed in Reaching & Expanding Freedom, And ended up Locked & depraved of his ink and paper…I loved it;Quite A mind Opening Statement ^^ Ah, Our Country Internet Provider block Sites & Pages That Includes Key Words Such as Porn.
Zanim dotarłam do sedna, zmarłam w czasie podróży przez przemaglowany na wszystkie strony temat zwalczających się w człowieku popędów seksualnego i śmierci (a może temat nie jest przemaglowany, tylko ja go sama dla siebie zmęczyłam przy okazji „Analizy ludzkiej destrukcyjności” Fromma, oraz zaczytywaniu się w literaturze obozowej hitlerowskich i sowieckich obozów pracy/zagłady – pół godziny temu skończyłam „Smakowanie raju” Erlichsona). Będę musiała przeczytać wpis jeszcze raz (albo zacząć od sedna).
Przynajmniej zdjęcie Dity Von Teese zrobiło mi dobrze
I’ll be back.
Zaczęłam odpisywać i tak się rozpisałam, że postanowiłam jednak nie komentować, bo może powinnam założyć bloga, na którym odpowiadałabym sama sobie na tematy przez Ciebie poruszane.
Ale stwierdzam, że to miło, że ktoś potrafi nakłonić mnie do napisania czegoś więcej niż tylko „fajne” albo „lubię to”
Zabawne, za każdym razem po przeczytaniu tego, co piszesz czuję, że kocham Cię jeszcze bardziej
>Jestem szalenie ciekaw jak będzie wyglądało pokolenie, które będzie miało do czynienia z pornografią od dziecka.
Można powiedzieć, że niejako na Twoje pytanie odpowiedziała Małgorzata Szumowska w wywiadzie dla Dużego Formatu:
„Patrzę na młodsze pokolenie i zadziwia mnie ich brak obciążeń, które mieliśmy my, wychowani w pruderyjnej komunie i w katolicyzmie. Mamy w tych sprawach wdrukowaną barierę moralną, której oni w ogóle nie czują. Nie oceniam, czy to dobrze, czy źle, choć pewnie w ostatecznym rozrachunku niedobrze, prawda?”
Więcej… http://wyborcza.pl/1,75480,11027535,Malgorzata_Szumowska__Moj_temat_to_niemoznosc.html
Ty masz to obciążenie, ja też. Ale galerianki? Gimnazjaliści uprawiający z nudów „słoneczko”? Szóstoklasistki wyśmiewane na kwejku, bo proponują „loda”? Patrzę na to ze smutkiem, zażenowaniem, ale i z pewną dozą zazdrości. Ta blokada, czy to religijna, postreligijna czy społeczna jest zdjęta. Kolejne tabu padło, libido wyzwolone. Ale czy aby na pewno? Czy można mówić o wolnym libido, jeśli, tak jak wspomniałeś, nie zaznało się jego blokady? Z czego zatem to wyzwolenie? Seks staje się dla nich jedną z czynności fizjologicznych, traktowanych bezrefleksyjnie, na sportowo, z nudów. Nie z oddania, poświęcenia, nasze ciało nie jest niejako darowane drugiej osobie. Staje się żywą „dmuchaną” lalą, pojemnikiem na spermę. Nie wiem, w jaki sposób te dzieciaki rozwiną swoją seksualność, gdzie świadomość seksualna, budowana nie rekordowymi osiągnięciami, nie ilością, ale wiedzą i uświadamianiem sobie własnych potrzeb, ograniczeń, rozpatrywaniem zróżnicowanych doznań. To pogubienie się.
Wszystko się bierze z głowy: seks, przemoc, wolność. Nie ilość ruchów miednicą zrobi z nich kochanków, nie kolorowe włosy, kolejne krechy koki.
Proszę o wybaczenie, że jeszcze nie odpisałem, ale ostatnio nie mogłem złapać takiego dnia, w którym mógłbym przysiąść, pomyśleć i napisać coś sensownego – za niedługo się poprawię!
Pozostaw komentarz!
UserOnline
Facebook
Ostatnie komentarze
Archiwum Bloga
Living on video
Yes! Yes! - Extra Loveable (2011)
Tagi
Shortcut
Last.fm