Inauguracja Mikaela
Życie, w naszym trywialnym, codziennym ludzkim wymiarze, jest jak gra strategiczna, w której punktami są pieniądze. Zbierz jak najwięcej, wymieniaj na żywność, przedmioty, buduj dom, swoje państwo, rozrastaj się i wierz głęboko w sens tego pożerania. I tak ludzie konsumują i rozrastają się, czasem nawet dosłownie. Zdarza się, że żyją przez pryzmat punktów i myślą punktami. Dobrze, syto, płasko. Albo ciągle źle, głodno… i też płasko.
Niedopunktowany organizm, taki, który nie uśmierza sobie układu nerwowego (i ma przy okazji mózg, którego używa) jest w o wiele większej potencji kreatywnej. To właśnie poczucie dyskomfortu może być najlepszym bodźcem do działania. I wtedy człowiek działa. I znowuż zaczyna zbierać punkty. Albo je przejada, albo uzależnia się od zbierania. W obu przypadkach sensy tego wszystkiego jednakowo się spłaszczają.
Jak mogę wrzucić się na taśmę produkcyjną życia, kiedy mam wyostrzoną świadomość i wrażliwość na to, co w nas i między nami? Po zmaganiach z korporacyjnym kanibalem zanurzyłem się w dyskomforcie. Dzięki temu myślę w sposób bardziej nieokrzesany, paniczny, ostry i przesadny. Intuicja podpowiada mi, że będzie mi to bardzo potrzebne. Zresztą, dyskomfort to najlepszy generator rzeczy wartościowych. Tuż obok nudy.
Od sierpnia (czyli odkąd przestałem się miotać z poczwarą) kumuluje mi się w głowie nowy świat — projekt, co do którego nie bardzo jeszcze wiem jako go wyhodować. Bo muszę zbierać punkty. Ale na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć, że będzie to dość niezwykła synteza mleka, które wyssałem z różnych sutków. I w środek tego wchodzi moje odbicie, Mikael, poszukiwacz sensu — jako główny bohater.
























Och, Jezusie, jak ja marzę o dyskomforcie! Niestety musiałabym go znosic pod mostem a to już tak nie pobudza kreacji;)
Pozostaw komentarz!