Dźwięk harmonii
Przyszły święta, więc miałem sobie zrobić przerwę w rysowaniu, ale ten królik za mną za bardzo chodził. Przy pomocy tuszu, stalówki i pędzelka narysowałem autoportret w króliczych uszach, które powziąłem z filmu pt. Gummo (zdaje się, że znalazły się w nim za sprawą Chloë Sevigny). Oglądaliśmy ostatnio z Kamilem i obaj poczuliśmy jego absolutną magię. Przypomniało nam się nawet, że musieliśmy kiedyś gdzieś ten film widzieć, ale absolutnie go nie pamiętaliśmy, poza kilkoma impulsami, które dochodziły nas z ekranu. Gummo przeraża i zachwyca — to już samo w sobie jest dobrą recenzją. Toczy się w nim luźno zarysowana historia ludzi zamieszkałych na amerykańskiej prowincji. To Jerry Springer, tyle, że na poważnie, ze smętnym pomrukiem melancholii, z ciężkim sapaniem psa goniącego swój ogon, z przygniatającym ciężarem niemożności. W tym zdeformowanym świecie wszyscy są genetycznie obciążeni przegraną, tutaj Ameryka wraz ze swoimi amerykańskimi snami nie dociera. Na tym małomiasteczkowym dnie płynie jednak unikatowy strumień poezji. To autorski obraz pokolenia dorastającego w latach 90-tych, będącego poza moralnością, ale jeszcze nieświadomego tego wszystkiego, co się wokół niego dzieje (obecnie dorastające pokolenie ma bardziej wyostrzony wgląd w swoją chujową rzeczywistość — ich poprzednicy poruszali się niemal na ślepo). Twórca, Harmony Korine, pokazuje je od strony sedesu, spływu, kloaki. Temu wszystkiemu przygrywa idea czegoś innego, czegoś lepszego — ucieleśniona przez króliczego chłopca grającego na harmonii. Korine zasiada tymczasowo na naszym świeczniku.








