Firebirds
Wszedłem w posiadanie kolejnego unikatu, tj. pierwszego albumu grupy Firebirds. "Desire" był wydany w 1995 roku tylko na kasetach magnetofonowych i nigdy nie doczekał się reedycji na niczym. Dziś w sumie nie do zdobycia, pozostał albumem-widmo. Tak więc, żeby nie być sknerusem, podzielę się zdobyczą — link.
Piekło, itd.
Coraz bardziej oddalam się od mainstreamu życia codziennego, czyli od myślenia o stałym zatrudnieniu, mieszkaniu, karierze zawodowej, czy emeryturze. Przestałem już nawet walczyć i wymuszać na sobie pewne rzeczy — ja po prostu jestem w chwili obecnej zorganizowany psychicznie w sposób, który się z tym wszystkim mija. Nie mogę, nie godzę się, jestem twórczym duchem zamkniętym w niemożności realizacji z powodów pieniężnych! Sytuacja, delikatnie mówiąc, żalowa, ale niestrudzenie szukam rozwiązania.
W kwietniu Manson ma nową wystawę swoich prac w Atenach. Tytuł wystawy: Hell, etc. Niestety, przeloty samolotem są dla mnie cenowo zabijające, choć zobaczymy co da się do tego czasu zrobić. Wieczór inauguracyjny (na którym Manson będzie obecny) jest tylko na zaproszenia, ale udało mi się pociągnąć odpowiedni sznurek. Mimo wszystko, jeśli Szyksznian nie będzie w stanie przyjechać do Mansona, to może i Manson przyjedzie do Szykszniana: zaproponowałem kuratorowi wystawy, aby ruszyć z Hell, etc. poza Grecję, wprost do Warszawy. Wstępnie są chętni, jednakże rzecz może zależeć przede wszystkim od tego, czy wystawa nie "wyprzeda się" już w Atenach.
Śnił mi się ostatnio Gombrowicz i jest to prawdopodobnie wywołane moim powrotem do wzmożonej lektury okołogombrowiczowskiej. Książkę Agnieszki Stawiarskiej, opisującą rzeczywistość Gombrowicza od momentu, gdy się pojawił na Ziemi, do jego emigracji w 1939 roku (Gombrowicz w przedwojennej Polsce) pochłonąłem z wypiekami. Nie wiem w jaki sposób pani Stawiarska ogarnęła tak przepastny materiał, ale winszuję. Czytanie o literackim światku Warszawy z okresu międzywojnia i lawirowanie między setkami nazwisk i wypowiedzi wprowadziło mnie w czasowy kołowrotek — zacząłem to wszystko "widzieć i słyszeć", niczym film historyczno-biograficzny. Rzecz niezwykła i do polecenia. W chwili obecnej mierzę się z kolei z cegłą korespondecyjną: 19 lat wymiany listów pomiędzy Gombrowiczem a Giedroyciem (redaktorem "Kultury"). I szczerze powiem: wolę jednak biografie i korespondencję niż "analizy twórczości". Z tych pierwszych więcej się dowiaduje o człowieku. A im więcej wiem o człowieku, tym lepiej układa mi się w głowie jego twórczość. Ujęcia naukowe to często przydatna zapomoga umysłowa, ale jednak... to są teksty bez życia i nieco uśmiercające. A przecież tu chodzi o żywe stwarzanie się, nawet pośmiertnie. Ale, do czego zmierzałem? No więc Gombrowicz mi powiedział we śnie, abym pisał, i to już, ponieważ nie ma czasu i inaczej wszystko mi przepadnie. Pomyślę więc o uskutecznieniu wysiłków z Gitarzystą i o zaczepieniu się gdzieś do felietonowania. Odczytuję jego radę również w ten sposób: abym łapał każdą okazję do uczynienia tego, czego pragnę. A pragnę między innymi napisać i wyrysować mojego Mikaela, bo przecież szkoda, aby tak dobra rzecz pozostała w czterech ścianach mojego umysłu.
Stół, najlepiej foremny
Ja z tymi imprezami to mam tak, że z jednej strony potwornie ich nie znoszę, a z drugiej mam jednak potrzebę przebywania z innymi. Nie znoszę, bo jakość rozmów jest byle jaka. Nie chodzi mi o tematykę, chodzi mi o pasję i rozkosz wypływającą z samego bycia wobec siebie. Tego najczęściej nie ma. Ja tam przecież nie chodzę dla muzyki, tylko dla towarzystwa, dla wzajemnego przenikania się. Oczywiście tylko z tymi, z którymi chcę (a to już nieco inny temat!).
Dlatego tak lubię w lokalach stół. Rozmowa na stojąco jest jakościowo różna od tej przy stole, jest zazwyczaj nijaka, pusta, przelotna, zdawkowa i czasem aż wstyd w niej uczestniczyć. Na stojąco to mówią do siebie ludzie, którzy nie chcą się wdawać w głębsze gadki i muszą się nawzajem odbębnić. Są w gotowości do lotu, do odfrunięcia i liźnięcia kolejnej przypadkowo spotkanej osoby. Stół zaś to miejsce, które prowokuje do spojrzenia sobie w szyszynki. Jest jak szachownica, na której rozkładamy swoje figury. Mało tego, człowiek przy stole jest jakoś bardziej wylewny niż na stojąco, traktuje innych z większą uwagą. Stół to wizualizacja przestrzeni, którą pomiędzy sobą i dla siebie rozpościeramy, to pole wzajemnej wymiany, pole strategii, masowania i zderzania się temperamentów. To obszar do konstruowania relacji. Dlatego też preferuję stół nad parkiet. Tańczenie. Też nie lubię i lubię. Nie lubię, bo mnie odrywa od możliwości werbalnego uzewnętrznienia. Może dlatego często się zdarza, że na parkiecie nie przestaję mówić. Ale! Zanim tam się w ogóle znajdę, upływa zazwyczaj sporo alkoholu, jak również czasu, podczas którego niezmiennie okupuję stół.
Już wielokroć doświadczyłem tej szczecińskiej pustki lokalowej, pustki ludzi, którzy nie mają pasji do przebywania ze sobą (nawet przy stole!). Ja to widzę także u tych, których w ogóle nie znam. Przychodzą tam, bo nie wiem, bo wypada? Bo się umówili? (tylko w sumie po co?) Bo weekend? Bo nie mają co ze sobą zrobić? Bo szukają wrażeń, których i tak nie otrzymają? Nie otrzymają z prostej przyczyny: "bywanie gdzieś", a "przebywanie ze sobą" to dwie różne rzeczy. To całe łażenie po pomieszczeniu jak jakieś gołębie na rynku...
A tymczasem Kasia z Piotrem (zobacz Piotr, że Ciebie też uwzględniam!) w nowym mieszkaniu mają barek do siedzenia. To mi się podoba. To już nawet nie szachownica, to stół do ping-ponga, mini korcik tenisowy. Absolutnie fantastyczne.
Biegając z nożyczkami
Różnica: 170 stron Dostojewskiego w 2 tygodnie i 300 stron Burroughsa w 2 dni. Doszedłem do prostego wniosku: Dostojewski mnie tą książką co prawda przymęczył, ale cała sytuacja mogła też mieć źródło w fakcie, że średnio zainteresowało mnie to, nad czym się spuszczał. Inaczej jest z Biegając z nożyczkami Burroughsa. Augustena Burroughsa (nie mylić z Williamem S.!).
Burroughs sklecił swoją książkę ze zdystansowanego psychologicznego chaosu. A nawet psychiatrycznego. Matka Augustena, odzwierciedlenie egocentryzmu, histerii i obłędu, jest jedną z najlepiej zarysowanych postaci, na jakie ostatnimi czasy trafiłem. W ogóle całość tych wspomnień to zestaw tak zły i nieprawdopodobny, że w pierwszym odruchu wszystko może się wydać absolutnie zmyślone. Prezentowany przez Burroughsa typ humoru i rozładowania sprawia, że mam ochotę choć na moment się tam znaleźć i zanurzyć w tym nieokiełznanym smrodzie, w tej paradzie dowolności, w miejscu, które jest wypełnione rozkładem i potencją — jednocześnie! Życie rodzinne zawiadywane przez psychiatrę jest równie patologiczne, co życie rodzinne zawiadywane przez alkoholika i wariatkę. Augusten doświadcza obu na raz. To taki Parnassus, ale przeniesiony na wymiar codzienny, do smutnej, zwiędłej i rozczarowującej rzeczywistości, w której samemu trzeba mierzyć się z mroczną wyobraźnią innych. I w przeciwieństwie do Parnassusa — przepełniony seksualnością. "Psychiatryczna" rodzina Finchów to komuna dziwaków, na czele której siedzi dyplomowany lekarz, porozumiewający się z Bogiem za pomocą własnego stolca. I w tym wszystkim on, Augusten Burroughs, który wspominając te historie po latach, jest równie autentyczny jako sześciolatek, jak i prawie dorosły chłopak (jego sposób budowania logiki w zdaniach!). Zjadłem tę książkę momentalnie, zapchałem się nią jak świnia i pokwikiwałem smutnawo, że mi się skończyła. Potrzeba mi więcej (Spragniony dopisany do listy). Zdaje się, że będę potrzebował odświeżyć też adaptację filmową, tak porównawczo. Film widziałem dwa lata temu — moja kapryśna pamięć do filmów bywa zaskakująco krótka, lecz w tym przypadku historia utrwaliła się we mnie twarzami aktorów. Tak więc nie obeszło się bez nich przy samym czytaniu. Zwiastun poniżej:
Zbrodnia i szpara
Jako przyznający się do swego niedouctwa niedouk postanowiłem ostatnio odrobić zaległości literackie w postaci Dostojewskiego. Chwyciłem więc za jego opus magnum, czyli Zbrodnię i karę i rozpocząłem bardzo męczącą petersburską wycieczkę po wszystkich możliwych ulicach. Dostojewski to porcja ponad miarę. Po 170 stronach musiałem powiedzieć "basta" i odłożyć ten niekończący się obiad z dwudziestu dań. Na jak długo? Nie wiem. Ale nieprędko zgłodnieję. Dostojewski mnie zagadał i przymęczył, niczym gość, który nie chce wyjść, mimo, że gospodarze już dawno zasypiają.
Ja rozumiem kontekst dziejowy, w którym to było napisane, rozumiem, że była to nowatorska preegzystencjalistyczna formuła jego czasu – miasto nabudowane na patologicznych instynktach, psychologiczny wgląd w zbrodnię, z dodatkową skłonnością (d)Raskolnikowa do autoszczerości. Ale nie zmienia to faktu, że w kontekście współczesnym Zbrodnia i kara to literatura, która chyba jednak się starzeje. To całe kataryniarstwo... Wiem, że jeszcze nie powinienem oceniać książki, kiedy nawet jednej trzeciej nie przebrnąłem, ale, na boga, to cegła, więc i proporcje robią się inne.
Przy okazji, Fiodor to niezwykłe imię. Pasuje dla kota (ba! być może sam bym sobie takie wybrał, gdyby mnie kiedyś ktoś spytał o zdanie). Mój kot ma 11 lat i do tej pory jest bez imienia. Coś jak Psina Gombrowicza. Kamil nazywa go Książę. Może czas go przechrzcić na Księcia Fiodora? Z pięć lat temu Książę miał takie swoje ulubione zamknięte miejsce w piwnicy, do którego wchodził przez szparę w żaluzjach na dwie-trzy godziny, po czym jakby się nic nie stało – wychodził. Kasia uznała wtedy, że on tam pisze swoje dzieło filozoficzne. Jak się tak zastanowię, to stwierdzam, że wielkością z pewnością dorównywałoby klocom Dostojewskiego. Ale czy było by w tym tyleż samo obsesji i dramatu? Nie, to Księciu nie przystoi. To by zapewne była literatura chłodna, nienawistna, wykalkulowana i dotycząca projektu hodowli ludzi, nie inaczej.
Amerykański Artysta
Trochę na temat ostatniej pracy, "American Artist". 5 stycznia Manson obchodził swoje urodziny i z tej też okazji otrzymał ode mnie drugi obraz, tym razem w całości wykonany cyfrowo. Koncepcja klarowała mi się od Nowego Roku. Manson był jeszcze w świątecznym nastroju i wałkował jeden ze swoich ulubionych filmów, American Psycho, co sugerował wszem i wobec w swoich statusach i zdjęciach na MySpace. Chodziło mi o przełożenie tego filmu na język jego życia. Postanowiłem zrobić coś na kształt fikcyjnego plakatu filmowego, z wykorzystaniem sławetnej wizytówki.
Kiedyś, jeszcze za czasów Holy Wood (2000), Manson powiedział, że pomiędzy artystą, a seryjnym mordercą jest cienka granica. Chodziło o to, że obaj kierują się tym samym rodzajem pasji i obsesji, lecz artysta posiada inne narzędzia do wyrażania tego. Podmieniłem Mansona na Patricka Batemana, a zamiast Jean (jedyna kobieta, którą Bateman brał w ogóle pod uwagę jako potencjalną bliską duszę) na białej kanapie siedzi Evan Rachel Wood. Manson, podobnie jak Bateman, fantazjuje o zabiciu jej, lecz koniec końców wykorzystuje pistolet na gwoździe, aby złączyć wspólnie ich dłonie. Mamy zatem wspólnotę krwi, pasję cierpienie i miłość – zawarte w jednym geście. Manson "robi dziury w szczęściu", w nawiązaniu do piosenki "Putting Holes in Happiness", przez co tytuł ten nabiera nieco innego sensu. Zresztą napisał tę piosenkę trzy lata wcześniej, również w swoje urodziny. Wówczas był to początek jego związku z Wood, a obecnie para się zaręczyła (o czym nie wiedziałem w trakcie rysowania tego plakatu!). A zatem wszystko jest do siebie dopasowane jak tylko się da.
2 stycznia zrobiłem trochę szkiców i bazgrołów, poszukując kompozycji. Gdy już udało mi się zbliżyć do tego, co chciałem, rozpocząłem ostateczne szkicowanie na komputerze. Pracę skończyłem o czwartej rano 5 stycznia. Efekt nieco za czysty, kliniczny, ale koniec końców tak mi się podobało. Czysto jak w mieszkaniu Batemana. Tego dnia musiałem jechać z samego rana pomóc matce w pracy, byłem zatem potwornie wymęczony i niewyspany, a w dodatku o 13:00 szykowała mi się audycja w radiu Szczecin.fm. Wszystko na wariackich papierach, ale dałem radę, zdążyłem, wysłałem z pozdrowieniami.
Nie publikowałem tej pracy, ale sześć dni później Manson wstawił ją na swój MySpace, podpisując: "obrazek urodzinowy. utalentowany kolega, jego imię widnieje w tekście napisanym małą czcionką. erekcja.". Strasznie miła forma podziękowania, szczególnie, że zrobił mi przy okazji trochę "reklamy". Co ciekawe, ludzie zaczęli masowo dzwonić na numer podany na wizytówce, spodziewając się usłyszeć... no właśnie, kogo? Numer w całości sfabrykowałem, klecąc go z paru symbolicznych liczb. Dzwonili tak co najmniej tydzień, a najśmieszniejsze jest to, że okazało się, że taki numer faktycznie istnieje i koleś, który odbierał telefon w Detroit nie był zapewne w najlepszym nastroju.
Jest parę nowizn w tej pracy. Po pierwsze, brak konturów, czego nigdy wcześniej nie robiłem. Po drugie, inny rodzaj kompozycji obrazu niż to miało miejsce dotychczas.
Jestem z niej zadowolony. Zresztą, gdybym nie był, to bym raczej jej nigdzie nie wysłał.
Którędy do Bullsik Gallery? v.2
No to sprawdźmy ponownie dzięki jakim frazom ludzie wyszpiegowali moja stronę w Google. Najciekawsze wyniki z ostatniego okresu:
czlowiek z 2 gniazdami we wlosach
depilacja kutasa filmik
jak zacząć sie spotykać po10ciu latach bycia z jedną kobietą
jan suzin wzrost
lody w ksztalcie penisa gallery
mała kobieta+duży mużyn erotyka
miesiste penisy
obrzydliwi transwestyci
odcięty penis
okulary typu suzin
pierdolenie głupiej barbary
przykry zapach ciała i z nosa
rozdziewiczyłem go
rzeźnik film erotyczny
skaleczyłam się brudną maszynka do golenia
zarost na połowie twarzy
Byliśmy przed Antychrystem
Von Trier miał podobne intuicje lecz lepsze środki. My za to mieliśmy lepszą imprezę. Gdy zechcecie mnie gdzieś zaprosić, weźcie pod uwagę, że może powtórzyć się to, co poniżej. Zdjęcia zrobione komórką na urodzinach Kasi w zeszłym roku.
Potworki z nudy
Ostatnio, przeszukując Wikipedię odnośnie neuroz i innych zaburzeń psychicznych oraz osobowościowych (w celu postawienia sobie diagnozy), stwierdziłem, że określa mnie najbliżej introwertyzm typu B oraz typ osobowości unikającej. Wybaczyłem sobie przy okazji kilkuletnią dystymię, choć nie dało jej się do końca doczyścić. Zauważyłem jednak, że wszystko to musi jakoś współżyć z moimi silnymi przejawami egocentryzmu. Egocentryzm ten potrzebuje publiczności, choćby w liczbie jednej osoby, a więc jest to dążenie w pewien sposób sprzeczne z tym, o czym informuje diagnoza (a informuje o silnych tendencjach do izolacji). No bo jeśli człowiek pozbędzie się wszystkich podmiotów wokół, to czy można jeszcze mówić o silnym zarysowaniu ego? Czy można mówić o kierowaniu otoczenia na siebie? Czyż nie jest tak, że dopiero przez towarzystwo innego możemy określić siebie jako "kogoś" i znaleźć drogę do nakierowania na swoją osobę? Jak można nakreślić samoistnie zawieszony w przestrzeni podmiot, gdy nie ma go z czym porównać? Gdzie jest most, który to wszystko zespaja?
Co ciekawe, izolacja wywołuje niezwykłe, a czasem straszne mutacje ego. Jest jednym z moich ulubionych tematów nie tylko ze względu na to, że miewam ku niej grawitacje, ale także przez tę straszność i mutogenność. To wylęgarnia potworków, przesady i wyostrzonego, niekiedy iluzorycznego subiektywizmu. I zdaje się, że jako taka, musi mieć gdzieś swoje ujście. Prowadzi bowiem do napęcznienia się mózgu, do wytworzenia się w nim osobnego świata, osobnej struktury, osobnego klastra w ulu, osobnego życia w życiu. Niech no porównam to do sytuacji z samego prapoczątku życia na Ziemi: izolacja aminokwasów w "zupie pierwotnej" stała się pierwszą tendencją do łączenia się związków chemicznych w sposób nieprzypadkowy. Nie było ku temu szczególnego powodu, a jednak pojawił się sensowny wynik równania: wyizolowanie się struktur doprowadziło do powstania DNA. W umyśle współczesnego człowieka, w moim umyśle, izolowanie się to początek uzyskiwania sensu w chaosie, to tendencja do porządkowania się zdarzeń, tak jak w gombrowiczowskim Kosmosie. Chaos rzeczy, chaos, informacji, chaos myśli – tu tkwią nowe, samorodne sensy. Tu się wytyczają kierunki podług swojej własnej wewnętrznej logiki. Fiksacje. To musi mieć gdzieś swój upływ, to się nie może bez końca izolować. To musi wypływać na świat i wpływać na niego, musi mieć swoje własne potwierdzenie w innym umyśle, musi się wmieszać w czyjś umysł i napaść na niego, tak jak jeden zestaw genów napada na drugi.
Jak to działa? Mamy prazupę, ciepłą kałużę (umysł) w otoczeniu podłoża z zastygłej lawy (niech to będzie zwyczajna sytuacja nudy). Ciecz paruje w atmosferę (otoczenie) i w wyniku zjawisk i wyładowań atmosferycznych (zderzenie z rzeczywistością) skrapla się i powraca do siebie (autorefleksja). W wyniku zderzenia z nowymi pierwiastkami zaczyna się synteza aminokwasów i dowolne się ich łączenie w białka (izolacja i wyszukiwanie nowych sensów w chaosie). Wkrótce powstają nowe mutujące struktury, potworki chemiczne (jak również psychiczne). Przypadkowy sens, którego nigdy nie było. W przypadku człowieka: raz uruchomiona maszyneria, która domaga się publiczności.
I zdradzę tylko, że pierwotnie ten wpis miał mieć tytuł "Przegląd kulturalny". Miałem opisać kilka filmów, które ostatnio przejrzałem. Jednakże już w pierwszych kilku zdaniach zmutowałem do tego stopnia, że strumieniem myśli doprowadziłem się do odszukania mojego modelu umysłu (przypadkiem?). Ilustracją tego modelu będzie schemat uzyskania syntezy związków organicznych w eksperymencie Stanleya Millera i jego aparatura laboratoryjna:

Biblioteka kieszonkowa
Kupiłem na eBay od jakiegoś Argentyńczyka bootleg z Gombrowiczem. Rzecz rzadka, szczególnie, że w Internecie nie istnieją tego typu materiały filmowe. Film zamieszczony na zamówionym DVD to zripowany ze starszego nośnika blisko godzinny program telewizyjny pt. "Biblioteka kieszonkowa", który został nakręcony w 1969 roku w domu Gombra w Vence, we Francji (tuż przed jego śmiercią). Gombrowicz mówi po francusku, napisy są po hiszpańsku. Mimo, że nie posługuję się żadnym z tych języków, zająłem się tłumaczeniem, bo przecież bym nie wytrzymał. Jak się okazało, hiszpański ma podobną logikę jak polski i nie jest to tak trudne. Poniżej można obejrzeć owoc tego tłumaczenia, czyli trzy pierwsze fragmenty puszczone w jednej playliście (łącznie ok. 14 minut). Oprócz Gombrowicza pojawiają się także Dominique de Roux, Rita Gombrowicz oraz Psina.



