Sprawa Justina Biebera
Justin Bieber to nowy typ sensacji: wylansowany na Youtube, kontrakt z dużym labelem, histeria. Na czym polega jego fenomen? Większość z nas patrząc na Biebera ma ochotę skręcić sobie kark (tylko po to, żeby móc spojrzeć w stronę przeciwną). Jest w nim zawarta niepokojąca seksualność — niepokojąca, bo chłopak ma już 16 lat, a nadal pozostaje zaklęty w androgyniczne dziecko (lub w karłowatą lesbijkę, jak powiedzą złośliwi; przy okazji warto odwiedzić stronę Lesbijki wyglądające jak Justin Bieber). Jako przepełniony dobrem i słodyczą lolitek, jest promowany na zdobywcę dziewczęcych serc. Mimo to zaledwie w ciągu roku stał się wielki. Tak szybko jak Gaga, którą zresztą ostatnio prześcignął: jeden z jego teledysków został wyświetlony ponad 250 milionów razy, co jest nowym rekordem Youtube'a.
Praca to praca, a jako osoba z profesjonalnym nastawieniem podejmuję przemyślane decyzje jeśli chodzi o budowanie portfolio. Jestem naprawdę daleki od tego, żeby lubić ten typ popu. Moje sympatie muszą jednak pozostać na chwilę zawieszone, ażebym mógł wykonać zadanie w pełni. I wykonałem. Okładka, która będzie zdobiła nieautoryzowany komiks biograficzny Biebera jest chyba jedną z dziwniejszych rzeczy, jakie do tej pory mi zlecono.
Obrazek jest inspirowany Małym Księciem de Saint-Exupery'ego. Pomysł powstał z prostego skojarzenia sytuacji dziecka w świecie dorosłych i został podsycony tytułem płyty Biebera (My World). Na tym moja rola się kończy. Informacja o komiksie zbiera jednak tak nierówne reakcje jak samo istnienie Biebera. Po pierwsze i najważniejsze: ile faktów z biografii dziecka da się zmieścić na 30-tu stronach? I, na boga, na ile ciekawych? Wstawiając pracę na DeviantArta podpisałem ją "Oto portret nowego antychrysta Justina Biebera do jego komiksu biograficznego". Z miejsca podchwycił to jeden z bardziej popularnych blogów, ciesząc się tym, że nawet autor okładki ma opory do tej postaci. Musiałem to zmienić na prośbę redaktora, który uskutecznia właśnie promocję, bo news rozplenił się dalej. Zmieniłem, bo to przecież jego zyski, więc czemu miałbym się wpychać w paradę. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal uważam Biebera za nowego antychrysta. Koniec z erą Jerry'ego Springera! W tym słodkim, dobrym i uzdolnionym (choć głupiutkim) dziecku tkwi utajone wielkie zło. Jak szybko pożre go showbiznes i jak szybko wydali w formie demonicznej i bezwzględnej? Jeszcze zdążymy się o tym przekonać śledząc przez najbliższe lata tabloidowe ploty.
Info o komiksie z E! News.
Kora mózgowa
Aktywność psychiczna jest w pewnym wieku rzadko osiągalna, z różnych przyczyn. Choćby z takiej, że starzejący się człowiek ukonkretnia się, zastyga jak żywica w jakimś kształcie. Przy czym, z nadmiaru wiedzy (i rozkładu), upada wewnętrzna łatwość poszukiwania możliwości, zanika dynamika i wizjonerski algorytm myślenia tak właściwy dla młodości. Dodatkowo, w tak szybko zmieniającej się rzeczywistości (używam tego słowa na określenie ludzkiej cywilizacji), mało kto jest w stanie nadążyć za nowym stanem rzeczy. Wywołuje to, szczególnie u ludzi starszych, poczucie, że ten świat nie jest ich światem. Dochodzi cała kwestia dezorientacji, niepewności, uruchomienia się nostalgii i nabierania fałszywego mniemania, że "kiedyś było lepiej". Trzeźwość myślenia, odwaga, czy brawura zamieniają się w obojętność, bądź lękliwość i niepewność, wygląd fizyczny obraca się w niwecz i nie tylko świat, lecz nawet własne odbicie w lustrze staje się obce. Końcowym wynikiem tych zależności jest usuwanie się w cień. Następuje wyłączanie się z obiegu i wegetatywne skupianie na własnej, prywatnej i niezmiennej iluzji czasu przeszłego ("konserwatyzm"). W tym punkcie krystalizują się już chyba tylko natrętne pytania o mistykę życia, o drogę dla siebie w oderwaniu od tego, co wokół. (Nie jest tak zawsze, ale generalizuję, żeby coś nakreślić... i przy okazji oswoić się z przyszłością).
Stąd też zadowala mnie ostatnia aktywizacja Kory, którą można określić jako ugodzenie w sutannę — mówię o "Zabawie w chowanego" oraz o wywiadach, choćby dla Wprost (1,2,3) czy Rzeczypospolitej. Zdaje się, że Kora przeorganizowała się i uzyskała dystans, który pozwala jej się rozliczyć z dawnych doświadczeń. Oznacza to także, że posiada dar, który podtrzymuje w niej buńczuczną ruchliwość myśli i pozwala włożyć kijek w tabu. Dodajmy do tego wszystkiego niedawny, całkiem dosadny list w obronie Palikota. Ten bohemiarski ton oskarżycielski przywołuje w myślach jej siłę z przeszłości.
Nad zagadką Kory i Maanamu zastanawiam się już od pewnego czasu. Bo zagadką dla mnie jest to, dlaczego tak dobrze przyswajam i nastrajam się w obliczu tych utworów, tych tekstów. Kontekst Maanamu jest dla mnie jak dobrze skrojona i pasująca kamizelka. Rozwiązanie tkwi, jak mi się zdaje, w tym, że urodziłem się w czasie, dla którego Maanam był ścieżką dźwiękową.


W 1983 roku Maanam miał na koncie bardzo zacny materiał i szykował się z wydaniem następnego. Urodziłem się w momencie, gdy przez polskie podwórka przelatywały już dwa albumy. Zaraz wyszedł trzeci, Nocny Patrol, ten kamień szlachetny, następnie Mental Cut , no i szczytowe zakończenie lat 80-tych w postaci Się ściemnia. Ta trójca jest chyba najbardziej esencyjna dla pierwszego Maanamu. Wszystko razem daje obraz snujących się, meduzalnych, opiumowych, wypłowiałych, betonowych ciemnych zaułków, portów, win, tang i zdrad, z towarzyszącą temu pazurzastą ekspresją sceniczną Kory, z tekstami pełnymi dynamicznych powtórzeń i zapętleń, z muzyką, która nie starała się kalkować Zachodu. Maanam miał swoją zupełnie odrębną półkę na polskiej scenie rockowej. Oczywiście będąc tak młody, nie wiedziałem tego i nie przetrwarzałem, tylko kodowałem. W okresie przejściowym dla Polski (i dla Maanamu) również przeżywałem własne przejście, stałem się bowiem siedmiolatkiem, a więc nabrałem świadomości własnego Ja i jego odrębności od świata. Wszystko, co zdarzyło się wcześniej, zapisałem w nieświadomym.


Drugi etap Maanamu to lata 90-te. Ten czas, w którym Kora przeczekała noc i ukochała poranek, dzień, weszła we wspólny język i w uwielbienie dla uniwersum, w kontakt z czystą przyrodą i świadomością na poziomie mistyczno-łóżkowym. Kiedy po latach skompletowałem muzykę Maanamu okazało się, że dobrze zarejestrowałem oba okresy (choć każdy na inny sposób). Jako odkrywca kopiący w lamusie dzieciństwa przeżyłem wówczas ciągnące się przez całą dyskografię wielkie ekscytujące deja vu. Te piosenki są po prostu znajome, czy się ich słucha czy nie. Z tak zrodzonymi sentymentami trudno dyskutować — wszystko może stać się częścią naszej nostalgii i sprawić, że pozostaniemy wobec tego praktycznie bezkrytyczni. Mam tak z kilkoma rzeczami, m.in. właśnie z drącym się, kosmiczno-balsamicznym tonem Kory. To jedna z tych iluzji przeszłości, która pozostanie ze mną prawdopodobnie do końca... Tymczasem premierę nowej płyty Kory przesunięto na przyszły rok. Wyczekuję ze spokojem i pewnością, bo jak już zdążyła pokazać Grace Jones, 60 lat to dobry wiek na artystyczny restart.
Maanam - Kadyks (1989)
Bitter Glitter # 1
Wygrzebałem dziś z przepaści dysku powstały parę lat temu zalążek paskowego projektu Bitter Glitter. Wstawiam zatem ku reaktywacji:
Prezydent Nijakomorowski
Po raz pierwszy nie głosowałem, i to nie tylko z lenistwa, lecz także z braku zainteresowania. Gdyby wygrał mój kandydat, Jarosław Kaczyński, wówczas stwierdziłbym, że na darmo szedłem, bo uzyskałbym ten sam efekt i bez zagłosowania. Wygrywa Komorowski i myślę: jak dobrze, że nie poszedłem, bo i tak nic szczególnego w wyniku bym nie zmienił. Zanim jednak wyjaśnię dlaczego typowałem Kaczyńskiego i zadośćuczynię Waszemu poruszeniu, napiszę jeszcze jeden fragment zdania złożonego, aby przedłużyć oczekiwanie i wzmocnić napięcie. Otóż! W piątek przed wyborami doszło do mnie to, jak bardzo rząd Tuska i PO są dla mnie niewygodni względem mojego własnego politycznego zaangażowania. Największe zainteresowanie polityką przejawiałem bowiem w czasie panowania wroga, tj. premiera Jarosława, w tym okresie fantastycznych, debilnych i oczoprzewrotnych żenad, żalów, wpadek i pomyłek. Platforma, jak tylko wygrała wybory, postarała się zachować twarz i pokazać się jako opcja lepsza i sensowniejsza od poprzedniej ekipy (co w sumie trudne nie było). Giertych i Lepper zniknęli. Nastąpił czteromiesięczny okres potwornej, rozlazłej i oleistej nudy, który całkowicie przestroił mnie na inny kanał codziennej prasówki: na Pudelka. Trwa to do dzisiaj. I patrzę teraz na tego Komorowskiego, na jego nudny wąs z innej epoki, drgający niewidocznie pod naporem smętnych fal jego nijakiego głosu. Dobry ojciec piątki dzieci. Skorelowany z planami partii rządzącej, niekonfliktowy chodzący sens. No i umówmy się: dla mnie i dla wielu innych pozostawał najbardziej oczywistą opcją wyboru.
I dlatego też postanowiłem nie narażać się na własne pośmiewisko i, po części z chęci zrobienia sobie na przekór, zamiast na talerz flaków, chciałem zagłosować na czarny charakter, na błąd skondensowany, w obecności którego każdemu lasuje się mózg każdy się angażuje politycznie (przypomnijcie sobie tylko!). Poza tym, jeśli potrzebne jest więcej argumentów, niech wypowie się za mnie jedna z kobiet z suwalskiego, która stwierdziła, że dostosowuje kandydata na prezydenta do swojego wzrostu. W moim poczuciu wszystko się zatem sprzysięgło przeciw Komorowskiemu. Nie mogłem pozwolić na to, aby przez okres pozostały do kolejnych wyborów rząd nie generował żadnych tarć. Nie czuję, jakoby statyczność służyła całej sprawie. Mimo to, niedzielne lenistwo zwyciężyło, a Kaczyński i tak został odstrzelony. Bez żadnej pompy i zachwytu, jakby nic, nastała era Bronka. Co równa się, jak podejrzewam, totalnej anihilacji polityki w moim umyśle — przynajmniej na najbliższy czas.
Genealogie bólu: podróż do Wiednia
Wyjazd do Wiednia rozpocząłem od pociągu ze Szczecina do Warszawy, a następnie autokarem z Warszawy do Wiednia. Nie licząc przemiłego i zakrapianego noclegu w stolicy, moja podróż w ruchu trwała łącznie 19 godzin. Pozwolę ją sobie przewinąć i skrócić. 28-go czerwca o 5:00 rano byliśmy z Toksyczną na miejscu i zobaczyliśmy opuszczone miasto — o tej porannej, słonecznej porze Wiedeń spał i tylko gdzieniegdzie dało się dojrzeć jakąś niewyraźną, spóźnioną do łóżka sylwetkę. Na Karlsplatz przywitało nas czarne akwarium Kunsthalle, brodata kobieta i przytwierdzona do elewacji jednego z budynków gigantyczna wytrzeszczona sowa (która zapewne nie była tym, czym się wydawała). Posuwając się dalej w poszukiwaniu jedzenia (Wiedeń o tej porze nie je) odkrywaliśmy ludzkie i pół-ludzkie rzeźby oraz zaklęte w fontannach dawne dramaty. Wiedeń był tym wyszywany. Syreny, poeci, ekstatyczne i wytryskujące pozy. Umęczone ciała dźwigające elewacje. Neoklasyczna geometria i okołobarokowe zdobienia. Miasto zanurzone w przeszłości, nasłuchujące echa demonów, które — jak mi się zdaje — zdążyły już to miejsce opuścić. Choć przecież nie do końca: tego dnia w Wiedniu rozum znowuż wsadzał palce w swe najwrażliwsze punkty. Czekała na nas inauguracja wystawy prac Mansona, zatytułowanej Genealogie bólu, wraz z towarzyszącymi projekcjami krótkich metraży Lyncha.
Dzień zapowiadał się być długim i tak też było w istocie. Po zostawieniu bagaży w tanim hostelu ruszyliśmy do pięciogwiazdkowego hotelu Le Meridien po odbiór wejściówek, które miały tam trafić za sprawą kolońskiej galerii Brigitte Schenk. Wiedzieliśmy, że w hotelu rezyduje Manson (co ciekawe, na mapie metra hotel oznaczony był jego ulubioną liczbą 15), jednakże wiedzieliśmy też, że ma naprężony grafik wywiadów dla prasy, postanowiliśmy zatem poczekać kulturalnie na wieczór. Usiedliśmy na ławce przy placu przed hotelem. Zszedł z nas stres. Byliśmy już bowiem pewni, że mamy zapewniony wstęp na wernisaż.
I jak to w moim życiu czasem bywa, rozpoczął się wkrótce szereg sytuacji wyjętych wprost z filmu. Po krótkim, dwugodzinnym śnie w hostelu wróciliśmy do centrum, już w wieczorowych uniformach. Przed Kunsthalle (które jest również restauracją) połowę ogródka wydzielono dla gości wernisażu. Na deskach leżał uroczyście czerwony dywan. Wybiła 19:00, a więc godzina, na którą powinni pojawiać się goście. Nieśmiało spytałem czy można wchodzić, młody mężczyzna przy bramce sprawdził zgodność nazwiska z listą i weszliśmy. Po dwóch krokach przyatakował nas zespół czterech osób z tacami. Alkohol stał najdalej, więc w zażenowaniu chwyciłem wodę. Potrzebowałem dwóch minut, żeby zacząć się jakoś pewniej poruszać po tym obcym terenie. W środku, w przedsionku, stały obficie zastawione białym winem stoły. Zaskoczył mnie brak poczęstunku w formie stałej (bo jako bieda przybyła z Polski mieliśmy nadzieję oszczędzić na kolacji; morele i truskawki niczego więc nie załatwiały). Tuż obok lasu mieniących się złotawo kieliszków stało stoisko, na którym rozlewano Mansonową markę absyntu. Krążyliśmy niepewnie zastanawiając się czy wejdzie od przodu, czy od tyłu, jak potoczy się wystawa, czy będzie Lynch, etc. Staraliśmy się omijać kamery, które wodziły oczami za gośćmi i szukały ofiar do wywiadów. W którymś momencie, pomiędzy kolejnymi, szybkimi kieliszkami wina (to właśnie uwielbiam na wernisażach) zauważyliśmy, że w sali głównej, za szybami i kotarami, znajdują się już jacyś ludzie. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że to konferencja prasowa — pech chciał, że gości o tym nie informowano, jak również ich tam nie wpuszczano. Dopiero po fakcie zrozumiałem, że te wszystkie zdjęcia z dotychczasowych wystaw były robione właśnie podczas chwil dla prasy. To wszystko wygląda absolutnie inaczej kiedy się w tym uczestniczy. Materiały z YouTube wygenerowały w nas pewne fałszywe mniemania co do czasu trwania poszczególnych etapów wystawy.
Szybkie papierosy, szybkie wino, nerwowe tupanie stopami, przypadkowa rozmowa z przypadkowym gościem. W powietrzu tkwiła właśnie jakaś szybkość i przypadkowość. Połowa obecnych ludzi zdawała się przebywać tam bez wyraźnego powodu (jak potwierdził nasz rozmówca, sam dostał zaproszenie od kogoś przez kogoś). To miasto pełne jest wystaw, a więc śmietanka, jak podejrzewam, chodzi tam z ciekawości, która jest wywołana głównie znudzeniem i przesytem. Co ciekawe, byliśmy tak dobrze wtopieni w tłum, że nic szczególnego nas nie wyróżniało.
Wreszcie wpuszczono gości. Patrzymy, oglądamy, popijamy Mansinthe (ale tylko dlatego, że nigdy go nie piliśmy; anyż jest nam wrogi, więc szybko odłożyliśmy na wpół pełne kieliszki i wróciliśmy do wina). Zobaczenie na żywo obrazów, które zna się tak dobrze, było niewątpliwie przyjemnością. Szczególnie, jeśli chodzi o największą (nawet dosłownie) ozdobę wystawy, czyli pośmiertny portret Elizabeth Short, znanej również jako Czarna Dalia. Na szczęście robienie zdjęć nie było zakazane, obeszliśmy ścianę cykając pierwsze fotki, nadal niepewni czy wernisaż zmierza w jakąś ustaloną stronę, albo czy autor zaszczyci ludzi swoją obecnością (a sztuka bez autora zawsze porusza się po nieokreślonym obszarze, dopiero w relacji z twórcą i jego dramatami ożywa do swoich granic i możliwości). Wkrótce zauważyliśmy Mansona wychodzącego z kibla. Zniknął w innym pomieszczeniu. Wyczuwaliśmy, że niedługo pojawi się oficjalnie przy mównicy i tak też się stało. Otoczony przez ochronę wsunął się zręcznie na scenkę razem z Geraldem Mattem, dyrektorem Kunsthalle, który zafundował mu długą przemowę po niemiecku.
Zdaje się, że Manson był już w tym momencie zmęczony. Wysłuchał grzecznie introdukcji, przypozowując jednocześnie fotoreporterom. Mogliśmy wepchać się na sam przód, jako, że to nie koncert, no i też inny rodzaj kultury. Ku naszemu zaskoczeniu Manson jedynie podziękował gościom za przybycie, po czym migiem ulotnił się na zaplecze. 10 minut później wyszedł stamtąd w towarzystwie obstawy i bez słowa ruszył w kierunku wyjścia.
Trochę z niedowierzaniem otworzyliśmy aparaty gębowe, jako, że byliśmy przekonani, że dla gości również ma wyznaczony czas. Ucieczka z Kunsthalle była przeprowadzona szybko i sprawnie, tak, by nie zablokował go tłum ludzi. Toksyczna w przypływie asertywności zaczepiła Tony'ego, menadżera, wyjaśniając w paru słowach kim jesteśmy, i że chcielibyśmy coś przekazać Mansonowi. Tony potwierdził, że Manson nie wróci na wystawę i polecił nam udać się do Le Meridien. Więc w tych naszych kreacjach, wraz z niechcący ukradzionym winem, pospieszyliśmy do hotelu, który był oddalony ledwie dwie przecznice dalej. Zestresowani i jednocześnie rozbawieni absurdalną sytuacją zatrzymaliśmy się na światłach. Toksyczna zauważyła, że koło nas zatrzymał się czarny samochód, podbiegła. Nie wiedziałem w czym rzecz i co to za samochód, dopóki Manson nie otworzył szyby i nie wskazał w moją stronę palcem, mówiąc, że mnie pamięta. Było to miłym zaskoczeniem, bo, pomimo wymienionej korespondencji, myślałem, że i tak będę musiał ponownie się przedstawić na żywo, aby nakierować go na tor tego, kim jestem. I tak też z tym winem podszedłem na środek trzypasmówki, przywitałem się zdezorientowany. Polecono nam jednak zejść z ulicy, bo przecież niebezpiecznie. "Do zobaczenia później" — rzucił Manson, gdy włączyło się zielone światło.
Weszliśmy do Le Meridien i usiedliśmy w hallu. Zaraz pojawił się Tony, również potwierdził, że pamięta z Warszawy. Zaznaczył jednak, że teraz Manson ma czas, w którym nie wolno mu przeszkadzać, i że będzie udawał się na kolację. Zaproponowaliśmy więc Tony'emu, że przekażemy mu to, co mamy dla Mansona w prezencie, jednakże ten momentalnie stwierdził, że źle by się czuł w takiej sytuacji i wolałby, aby było to dane osobiście. Poprosił, abyśmy usiedli i poczekali. Czekaliśmy długo, przy okazji zaczepił nas rozbawiony kierowca, który najwyraźniej miał radochę z sytuacji na skrzyżowaniu. Gdy wreszcie w lobby pojawił się Manson z ekipą wstałem z siedziska. "Hey Bullshick" — usłyszałem tubalny głos wielkiej czarnej postaci dzierżącej w ręku szklankę Serpis Absinthe. Wytłumaczył nam, że udaje się na kolację, i że chce abyśmy poczekali na niego w hotelu. Chciał nas początkowo wziąć ze sobą, jednakże ani nie było miejsca w samochodzie, ani w rezerwacji. Postaliśmy przez moment, wymieniliśmy parę uprzejmości. "Idzcie do baru, tylko się nie upijcie za bardzo" — rzucił przed wyjściem. Picie w drogim hotelu na pewno nie było dla nas dobrym pomysłem, bo żyjemy w innych realiach i w innym kontekście niż on. Ale przyjęliśmy uprzejmie radę, po czym zaraz zniknął za drzwiami wlotowymi. Nie byliśmy pewni czy mamy siłę na czekanie, ale chcieliśmy spróbować. Niestety oczekiwanie niemiłosiernie się przedłużyło, aż stwierdziliśmy, że musiało się coś wydarzyć i oznacza to dla nas zakończenie wieczoru. Napisałem mu, że uciekam, i że zostawiam prezenty w recepcji. Wracaliśmy do hostelu w poczuciu niespełnienia, liczyliśmy bowiem na towarzyski meeting, który koniec końców nie nastąpił.
Rano przetarłem zaropiałe od snu oczy i odczytałem przeprosiny. Wyjaśnił, że dała mu w kość różnica 10-ciu stref czasowych. Podobnie jak my, żałował, że spotkanie się nie udało. Obiecał przy okazji odebrać z recepcji to, co zostało zostawione. On miał za 4 godziny samolot, a my dwa dni do autokaru. Trzeba było coś zrobić z pozostałym czasem, więc musieliśmy uskutecznić jedną z najnudniejszych czynności na tej planecie: zwiedzanie. Zapuściliśmy się na ślepo w Wiedeń. Nie znaleźliśmy jednak takiego smaku, jakiego szukaliśmy. Demony wiedeńskie odleciały wraz z zaproszonym gościem do Los Angeles i nawet orgiastyczne sceny w ogrodzie belwederskim nie zmieniły we mnie tego poczucia. Byliśmy ponownie na wystawie, tym razem na spokojnie, bez prasy, porobiliśmy zdjęcia na stronę, kupiliśmy pamiątki w formie plakatów. Dzień później Manson odpakował paczkę. Dwie prace, Ferdydurke po angielsku i butelkę Żubrówki. Cytat, jaki napisałem na Gombrowiczu brzmiał: "Gdybym miał w tej chwili udzielić moim współtwórcom, to jest moim czytelnikom, jakiejś najważniejszej rady, powiedziałbym etc." — Witold Gombrowicz, 1968. Na Żubrówce było dodane: "Najlepsze z sokiem jabłkowym". Dostałem ciepłe podziękowania, w których określił to wszystko jako rzecz dla niego bardzo specjalną i głęboką. Misję zatem uważam za wypełnioną.
Prawdziwa krew
Zdaje się, że w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że mówi sobie "trzeba przystopować". Oczywiście nie na długo. Ale tak, zachciało mi się chwilowo przystopować, bo wymiotowałem ostatnio z takim napięciem, że wewnętrzne ciśnienie wypchnęło krew przez skórę na twarzy. Objawiło się to w postaci mnóstwa małych czerwonych piegów, które znikały przez cały dzień. Poza tym wymiotowanie na środku ulicy to zwyczajnie krępująca sytuacja... W szczególności dla filozofa.
Rysuję ostatnio głównie Żydów bądź lesbijki. Nie, żeby mi to przeszkadzało, nawet mnie to łechce, ale pomyślałem, że warto zaznaczyć pojawienie się takich tendencji. Po zebraniu się do kupy rozpocząłem pracę przy portrecie Howarda Sterna, jako, że był on następny w kolejce dla BlueWater. Z tej okazji obejrzałem nawet Części intymne (swoje i czyjeś). Redaktor prześle w tym tygodniu mój rysunek do Sterna w celu zdobycia opinii. Teraz przede mną prawdziwy komercyjny smakołyk, wisienka na szczycie tortu (na klacie) — okładka do Lady Gagi. Chciałbym już pokazać poprzednie, ale muszę grzecznie poczekać.
True Blood. Podtrzymując się tanizną w postaci Supernaturals i oszałamiającym diamentem w postaci Ekipy czekaliśmy z Kamilem na nowy sezon. No i jest. Odpowiednie wyważenie pomiędzy makabrą a seksem nie zawodzi i działa jak zawsze elektryzująco. Nasze rzeczywistości są bowiem napędzane siłami libido i mortido, a my siedzimy zafiksowani gdzieś pomiędzy tym wszystkim. W przyszłości mój Mikael opowie Wam o tym więcej.
Na koniec wieść pokrzepiająca. W ramach zadośćuczynienia za pieprzony wulkan Pod koniec miesiąca ruszy w Kunsthalle w Wiedniu wystawa zatytułowana "Genealogie Bólu". Składać się na nią będą obrazy Mansona i krótkie metraże Davida Lyncha. Na wernisażu będzie obecny i jeden i drugi. Kontakty wznowione, bilety zabukowane. W Wiedniu nigdy nie byłem (a gdzie ja nie nie byłem!). Jeśli pomyśli się o tym nie jako o najdroższym mieście w Eurobiznesie, tylko jako o mieście Schielego, Freuda i Wittgensteina, wówczas w wyobraźni otwiera się pociągająca ciemna szczelina i widać klarownie, że Wiedeń skrywa demony rozumu. Choć dawno pogrzebane, to jednak.
Którędy do Bullsik Gallery? v.4
Poniżej tradycyjny już wybór fraz, po których ludzie w Google odnaleźli moją stronę.
amerykanskie artysci
antychryst online
co się dzieje z mansonem?
czy człowiek jest istotą inteligentna i co to znaczy?
erekcja justina biebera
fallatio gallery
filmmy porno z wuefistkami
gdzie pracuje kamil od olejniczaka?
golenie penisa blog
grace jones porno
jak zagiąć słownie
justin bieber stoi penis
karłowate lesbijki
lubie meskie dupy
nie jestem stąd wojtyła
official blog marlina mansona
penis, rope, gallery
pornusy z okresem
retro porno w stodole
soundtrack sekcja zwłok
usmy cut swata gra internetowa
wittgenstein jak żyć?
www.masaz penisa.wideo
zarost żyda
Po pierwsze: skąd w ogóle założenie, że Bieber ma penisa? Prędzej zaliczyłbym go do grona karłowatych lesbijek (a to już o wiele ciekawsze!). Po drugie: soundtrack do sekcji zwłok z miejsca mnie zaciekawił i nawet oczarował. Nie jest to może usmy cut swata, ale wprowadza w zadumę. Jeśli zaś ktoś chce wiedzieć czy człowiek jest istotą inteligentną, to proponuję spojrzeć z litością na frazę "www.masaz penisa.wideo", która niejednego przyprawi o fallatio (opadnięcie).
Inna para szczęk
W zeszłą niedzielę poszła w Hormonie pierwsza edycja cyklu Prawie Kino. Agata i Jadwiga pomyślały o zaktywowaniu tego miejsca na sferę filmową i w końcu dopięły swego. Idea Prawie Kino podoba mi się przede wszystkim z jednego powodu: powrót do tradycji kin, w których można palić papierosy (nie wspominając o stojącym obok barze). Drugim powodem jest dobrze zapowiadający się repertuar. Na pierwszy ogień poszedł The Rocky Horror Picture Show, co było trafionym i przyciągającym uwagę strzałem. Jako, że wiem co nie co o czasach glam rocka, no i widziałem ten film kilkadziesiąt razy, przygotowałem za namową dziewczyn prezentację przed projekcją filmu. To wszystko miało zawrzeć się w sytej pigułce, tak, żeby nie zanudzić ludzi, a jednocześnie nastroić ich na ten cały sodomiczny jarmark. Jedyne "ale" może być skierowane do X, która tuż przede mną musiała "koniecznie powiedzieć parę słów o Susan Sarandon". Każdy z nas liczył na to, że zapomni i że da się odwrócić jej uwagę na tyle, że nie dopuści się jej do mikrofonu; przeliczyliśmy się. Czy to aż tak ważne, że Susan Sarandon rozstała się z Timem Robbinsem? Poza tym skąd ona wzięła przekonanie, że nie można uświadczyć tego filmu w telewizji? Polsat wyemitował The Rocky Horror co najmniej trzy razy na przestrzeni ostatnich 12 lat. Nie można natomiast uświadczyć go w polskich kinach — od teraz Hormon będzie mógł się w tej kwestii pochwalić.
Podczas prezentowania opowiedziałem mniej niż w zamierzeniu miałem powiedzieć, ale to nawet dobrze. Naprawdę rzadko mam okazję występować publicznie, więc miałem niepewność wymalowaną na wszystkim (całe studia skrupulatnie tego unikałem; zrobiłem zaledwie wykład o Gombrowiczu, wykład o Benjaminie Walterze oraz trzy prezentacje: o alchemii, komputerach kwantowych i rewolucjach naukowych). Ale ponoć wyszło dobrze. No, może poza generowaniem sprzężeń przy głośnikach. Ludzie dopisali i nie dopisali. Była niedziela, kac, deszcz, gotyk za oknami - w takich warunkach próba namowy do wyjścia z domów nie wróży raczej większego powodzenia. Ale w pewnym momencie odniosłem nawet wrażenie tłoczności. Prezentację opowiadałem pospiesznie, trochę na żywioł, bo robiłem ją na ostatnią chwilę (norma). Nie mam żadnego nagrania ani zdjęcia, bo... hm, no właśnie, dlaczego? Ale, w skrócie ujmując, przez prezentację przewinęło się około dziesięciu najważniejszych dla glam rocka wykonawców, a każdy z nich był zobrazowany krótkim materiałem filmowym. Po opowieści o historii i fenomenie filmu padło pytanie kluczowe: dlaczego ten film jest kultowy? Odpowiedziałem jak następuje:
Zdaje się, że dlatego, iż zawiera w sobie wszystko, począwszy od kilku gatunków filmowych: jest musicalem, jest komedią, jest dramatem, horrorem, czy też filmem grozy z elementami gore, w dodatku zahacza o science-fiction, jest również erotykiem i zawiera elementy filmu akcji. W jego ramach zawierają się różnorodne, charakterystyczne postaci. To trochę jak z girlsbandem czy boysbandem: nie musimy lubić całości, ale identyfikujemy się z wybraną osobą. Poza tym film jest intertekstualny, nawiązuje do hollywoodzkiego kina z lat 30-tych i 40-tych, jak również do filmów klasy B. Jest kiczowaty, a kicz jest przecież tym, co lubimy, choć może nie do końca się z tym obnosimy. Oprócz tego w filmie mamy dobre wyważenie proporcji pomiędzy wszystkimi jego elementami. Co ważne: film dotyka tabu. Jest w nim również obecna filozoficzna refleksja o hedonizmie i jego konsekwencjach. I koniec końców: pojawił się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie.
To są te składniki, które w tym przypadku wytwarzają powłoczkę kultu. Z kultu wychodzi cała kultura fandomu i jego zwyczajów. To zjawisko samonakręcające się. Za kilka dekad ludzie spojrzą na The Rocky Horror i, poza całym jego dziwactwem, z marszu dostrzegą jego ważność kulturową. Bo tym co tworzyło w 1975 kulturę z pewnością nie były Szczęki Spielberga, tylko inna para szczęk w wykonaniu O'Briena i Sharmana.
TVC 15
Tym, co przywraca mi teraz wiarę w człowieka, jest Discovery Science. To nie kokieteria, ja to faktycznie przeżywam. Mogę oglądać godzinny program o budowaniu największych teleskopów lub tam na rzekach, podglądać medycynę przyszłości lub poznawać fizykę teoretyczną i za każdym razem mój zwieracz wydziela cichy jęk podziwu. Miewam silne wzruszenia (szczególnie przy eksploracji kosmosu), a nawet zalążki łez. Na przykład ostatnio, podczas oglądania Superludzi, leżałem z rozdziawionymi usty i w całkowitej czołobitności. Bo proszę ja was, jakaż bladość innych wychodzi na jaw w obliczu człowieka, który z powodu wady genetycznej posługuje się naturalnym algorytmem obliczania potęg zawierających w swym wyniku po kilkadziesiąt cyfr. Albo ta zmutowana synestetyczka... Ja mam synestezję najprostszą - kojarzę znaki i pojęcia z barwami. Ale jakaż to mierność, przy osobie która w czasie rzeczywistym percypuje kolory i smaki otaczających ją dźwięków! A co powiedzieć na ślepego od urodzenia malarza, który maluje pejzaże i architekturę, i to w perspektywie? Albo na mężczyznę kontrolującego wewnętrzną temperaturę swojego ciała?
Gdy ujrzałem te niemożliwości, rozcapierzyłem się szeroko w stronę nieba w greckim, tragicznym grymasie. Choć na ogół po zachodzie słońca staram się nie spoglądać w tę stronę (niczym prawdziwa Świnia, rocznik 1983), ponieważ nocne niebo często napawa mnie lękiem. Rzeczy, których nie jesteśmy w stanie zrozumieć, zawsze będą wywoływać strach. Ludzki umysł nie jest w stanie pochwycić idei nieskończoności, więc ta płachta czerni nad głową bywa ciężarem nie do przejścia. Mimo, że z fizycznego punktu widzenia jest obrazem z przeszłości, to dla mnie jest jednak niczym wybieg w przyszłość, ku rzeczom, które i tak się nie ziszczą. To jeden z elementów tego tragizmu.
Poza Discovery Science i poza przypadkowymi programami przyrodniczymi spoglądam też na Zone Club i Polsat Cafe. Nie ma to jak dobre, szmatławe reality, czy programy o stylu, modzie i operacjach plastycznych. I o ile Discovery wprowadza we mnie uczucie podziwu dla człowieka, tak te programy bardzo często degradują to wszystko do poziomu ujemnego. Zdaje się, że rządzi mną wewnętrzna, nie do końca uświadomiona potrzeba balansu. Jeśli wyciągnąć z tych wszystkich moich odczuć średnią, wówczas wychodzę na zero. Ale jakże trójwymiarowe zzero.
Ostatnim z moich ulubionych kanałów jest Ezo TV, czy też wróżki pleniące się nocami po TVNie. Poza tym, że jest to wspaniała szkoła pieprzenia trzy po trzy, jest to również zestaw życiowych, dramatycznych prawd i niekontrolowanych wtop. Pewnie zastanawia Was czy dzwonię po wróżby. Nie, absolutnie, ale raz mi się zdarzyło wysłać smsa, tak z ciekawości. Niestety, nie poszedł na antenę, ale nie czuję się oszukany, ponieważ do dziś otrzymuję zachęty typu: "Jest spisek przeciwko Tobie, obiecuje pomoc - stanelam po Twojej stronie, bede bronic Twojej racji. Slij PLAN na nr... (3,66 zł)". Wróżki czuwają nade mną 24 godziny na dobę.

























