Manson, Facebook i komiksy
Wywiad dla szczecińskiego Prestiżu
by Aneta Dolega
(pełna wersja)
Już w grudniu na amerykańskim rynku wydawniczym pojawi się komiks o twórcy obecnie najbardziej popularnego portalu społecznościowego na świecie jakim jest Facebook. Autorem okładki tego albumu jest Michał Szyksznian. Jest młody,nieprzyzwoicie utalentowany i mieszka w Szczecinie.
Pierwszy raz gdy usłyszałam o tobie, było to związane z Marilynem Mansonem. Znajoma podrzuciła mi link do twojej strony, na której znajdują się portrety Mansona twojego autorstwa. Podobno to twój idol i podobno go znasz. Jest tak?
Jest moim autorytetem artystycznym na miarę Gombrowicza, który również odegrał w moim życiu dużą rolę. Mansona zacząłem poszukiwać 11, 12 lat temu. Przez wiele lat prowadziłem polski fandom internetowy, obecnie skupiłem się na prowadzeniu samej strony internetowej z newsami. Poznałem go rok temu na koncercie w Warszawie. Namalowałem mu prezent i jak to zazwyczaj bywa przez znajomego znajomych trafiłem do Stodoły na backstage, gdzie mój obraz trafił w jego ręce. Spodobało mu się na tyle, ze zechciał się ze mną spotkać po koncercie.
Jak to jest spotkać na żywo taki autorytet?
Sam pomysł na to jest już przerażający, dlatego że śledząc przez lata aktywność tej osoby, nagle masz okazję stanąć z nią twarzą w twarz. Przez pierwsze trzy minuty nie potrafiłem nic powiedzieć ale po tym czasie atmosfera się rozluźniła – poczułem, że Manson nie ma problemu komunikacyjnego. Zresztą był tak zaaferowany prezentem, że zaczął mnie komplementować, co mnie z kolei ośmieliło, żeby z nim porozmawiać. Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, wymieniliśmy się kontaktami. Sporadycznie się do siebie odzywamy co też jest bardzo fajne, bo jest to pewna forma spełnienia marzenia – nie każdy ma możliwość napisania maila do swojego ulubionego artysty, albo dostania od niego znienacka mms-a.
Co mu się tak spodobało w twojej pracy?
Był zachwycony formą, odwzorowaniem detali. Spodobał mu się sam pomysł wręczenia takiego prezentu. Przyznał również, że sam chciałby w ten sposób malować i to sprawia na nim największe wrażenie.
Wspomniałeś Witolda Gombrowicza. On jest chyba jednak z innego bieguna artystycznego niż Manson.
Te dwa duchy artystyczne mają ze sobą wiele wspólnego. Widzę te podobieństwa. Gombrowicz chwyta mnie swoim całościowym podejściem do życia i sposobem widzenia rzeczywistości, który jest mi bardzo bliski i trochę analogiczny. Pozostali artyści, których uwielbiam to Marek Koterski, który robi genialne filmy i Alejandro Jodorowsky, który dał mi bodziec do tego, żeby wymyślić swoją własną historię i zrealizować ją w formie albumu komiksowego.
Co to będzie za historia? Możesz nam zdradzić chociaż odrobinę?
Bardzo autobiograficzna a jednocześnie uszyta w taki sposób, żeby każdy mógł się z nią identyfikować. Jest to trochę biblijne, trochę postapokaliptyczne, trochę inspirowane Jodorowskim, trochę psychoanalizą, okultyzmem, hermetyzmem… Jest dużo rzeczy, które się na to składają, jak choćby eksploracja seksualności i strefy id, czy zwyczajne poszukiwanie wiedzy o swoim miejscu w świecie. Bohater przeżywa fantastyczną historię w świecie w nieokreślonej przyszłości, próbuje odnaleźć metaforyczny kamień filozoficzny.
Dużo różnorodnych wątków, zahaczających o filozofię i kulturę. Skąd te inspiracje?
Studiowałem przez pięć lat filozofię. Wybrałem ten kierunek studiów po liceum plastycznym. Nie chciałem kontynuować edukacji artystycznej, bo wydawało mi się, że to już jest to, że to jest podstawa, którą powinienem znać. Z natury jestem samoukiem i irytuje mnie uczenie się tego co nie jest moją pasja, co jest obowiązkowe. Faktycznie po ukończeniu plastyka dopiero zacząłem rozwijać się rysowniczo, bo rysowałem koszmarnie będąc jeszcze w szkole. Filozofia to wypadkowa moich zainteresowań. Studia rozpocząłem Gombrowiczem – wybrałem go na egzaminie wstępnym – i Gombrowicza uczyniłem bohaterem mojej pracy magisterskiej. Chciałem w ten sposób zamknąć koło, a jednocześnie zbliżyć się do jego mózgu na tyle, żeby móc choć trochę go polizać.
Wybrałeś finalnie komiks.
Komiks jest bardzo bliski filmowi, a film to taki obszar na którym można łączyć wszystkie dziedziny artystyczne. Komiks można zrealizować samemu, nie potrzeba tu współpracy grupowej. A do współpracy grupowej jestem nastawiony ambiwalentnie. Z jednej strony fajnie, że jest grono ludzi, które może pomóc w realizacji tego nad czym chcę pracować, a z drugiej strony muszę mieć poczucie, że nad wszystkim panuje.
Zrobiłeś okładkę do komiksu o twórcy Facebooka Marku Zuckerbergu, który niedługo będzie miał premierę w USA.
Zarówno film jak i komiks, który niedługo wyjdzie – są to rzeczy nieautoryzowane czyli nie wychodzą od ludzi Marka Zuckerberga. Na rynku amerykańskim wychodzi sporo nieautoryzowanych biografii. Miedzy innymi niezależne wydawnictwo Bluewater Productions dla którego projektuję okładki wymyśliło sobie taki sposób na przyciągnięcie czytelników z innej kategorii społecznej, z innego obszaru zainteresowań. Wykorzystuje do tego figury celebrytów robiąc o nich historie, które są oparte na faktach z ich życia.
Poszukuje często zleceń przez internet i tak trafiłem na to wydawnictwo. Mój styl się im spodobał. Robię okładki, wnętrze komiksu tworzą inni rysownicy, którzy dopiero rozpoczynają swoja przygodę w tym biznesie. Chciałbym się kiedyś zakorzenić w przemyśle komiksowym na tyle żeby mieć możliwość życ z tego tak jak żyją niektórzy rysownicy zagranicą. Internet pozwala mi na to, żeby wysłać okładkę o 5 rano do Los Angeles. Nie wybrzydzam w doborze postaci. Czasem tylko dziwi mnie wybór. Kiedyś dostałem zlecenie zrobienia okładki do komiksu o Królowej Elżbiecie II i stwierdziłem, że w pewien sposób to może być żenujące dla mnie, a z drugiej pomyślałem, że jest to fantastyczny motyw na to, żeby się sprawdzić, chociażby dlatego, że angielska Królowa nie znajduje się w obszarze moich zainteresowań. Rysowałem też okładkę do komiksu o Sarze Palin, choć kwestie polityczne nie bardzo mnie obchodzą. Miałem też okazję robić okładkę do komiksu, którego bohaterem jest Justin Bieber. Tutaj miałem wahania, czy się tego podjąć, bo jest to naprawdę żenujący temat. Ale spodobało mi się to, że tak mnie to odstręcza. Niejako na przekór sobie, ale też ze względu na korzyści jakie może to później przynieść, przyjąłem to zlecenie.
Twórca Facebooka i Lady Gaga, którą też narysowałeś to aktualnie najgorętsze nazwiska celebrytów na świecie. Jak się pracuje z takim materiałem?
Facebook jest przedłużeniem obszaru na którym się towarzysko obracamy, więc jest to temat jak najbardziej bliski. Świetnie mi się pracowało nad Lady Gagą. Rysowałem scenę z klipu „Alejandro”, który wizualnie jest pyszny i czerpie z fajnych źródeł. To była czysta przyjemność. Co do Marka Zuckerberga, to muszę wyznać, że nawet nie znałem tego nazwiska zanim zabrałem się za okładkę. I okazało się, że jest to bardzo znana postać i w momencie gdy film o nim jest w kinach, za chwilę premierę będzie miał komiks. Cały trick zrobienia tej okładki polegał na tym żeby nie wykorzystywać loga Facebooka, ponieważ jest to nieautoryzowana biografia, co pozwala na wizualne przedstawienie postaci, a nie korzystanie z żadnych znakow czy marek. Na tej okładce Zuckerberg rozsuwa dwie prostokątne płyty, które kolorystycznie są zbliżone do tego w jakich barwach jest Facebook. No i na koszulce ma napis „Lubie to!”. To jest trochę takie balansowanie na granicy tego znaku, ale nie pozwala się nikomu przyczepić. Konstytucja amerykańska uwzględnia, że można pisać co się żywnie podoba o znanych postaciach o ile jest to zgodne z prawdą. To samo dotyczy komiksów.
A polskie komiksy?
Przestałem się interesować polskimi komiksami wiele lat temu, choć wcześniej kolekcjonowałem najprzeróżniejsze. To wspaniale, że w Polsce wydaje się ich coraz więcej i na co raz wyższym poziomie, ale tez ich koszt jest większy. Aktualnie jest to droga zabawa, skierowana do osób bardziej majętnych, zdecydowanie dorosłych.
Pochodzisz i mieszkasz w Szczecinie. Mógłbyś opuścić to miasto?
Gdyby była możliwość – tak, ale przede wszystkim możliwość ogarnięcia się finansowego, bezstresowego życia. Myślę, że wybrałbym nie tyle inny kraj europejski, co inny kontynent. Ale ja nie narzekam na Szczecin, nie mam presji żeby stąd wyjechać. Chadzam tu swoimi utartymi ścieżkami, niczym Gombrowicz po Buenos Aires, czy Kant po Królewcu, z tą różnicą, że robię to bardziej chaotycznie i spontanicznie. Chciałbym doczekać się momentu, w którym to inni będą tutaj przyjeżdżać.
(Tekst dostępny w wersji skróconej w listopadowym szczecińskim Prestiżu).
















Pozostaw komentarz!